Każdy chce mieć dokąd uciec.

 

Co za banał. Z drugiej strony, czy to właśnie nie banały są tak często najprawdziwszymi zdaniami, jakie przyszło nam wypowiedzieć lub usłyszeć?

Wróćmy jednak do pierwszego, najważniejszego zdania mojej opowieści, które naumyślnie przekreśliłam- ot tak, z racji, że wszystko się teraz robi na przekór. Jestem pewna, że odczytaliście to zdanie, mimo że powinno umknąć waszej uwadze, skoro pokrywa je gruba kreska. Ha! Moja pokręcona, kobieca logika. A to, co będzie się działo dalej, zdecydowanie nie jest przeznaczone dla zdroworozsądkowców.

Dlaczego?

Bo będziecie musieli uwierzyć w moc własnej wyobraźni. Nie wiem, jak wy, ale ja prowadziłam dotychczas dwa życia, które zakończą się jednym i tym samym, czyli śmiercią.

Jedno z nich dzieje się w chwili, gdy piszę te słowa.

Drugie odkrywa przede mną swe oblicze dopiero po zaśnięciu.

To pierwsze jest bardziej skomplikowane, brutalniejsze, dłuższe.

Drugie- było odskocznią od pierwszego. Napisałam to w czasie przeszłym, ponieważ tego już nie ma: tych snów, które miewa każdy, gdy zamknie powieki i przyłoży głowę do poduszki.

Teraz miewam tylko jeden sen, który ciągnie się niemalże w nieskończoność (bo jak wyżej nadmieniłam, śmierć kończy wszystko).

A sen mój zaczyna się dokładnie 18 kwietnia 2013 roku.

.

* * *

 .

Wzdrygnęłam się, czując chłód, jakby ktoś nieoczekiwanie ściągnął ze mnie kołdrę. Zdegustowana do granic możliwości otworzyłam oczy, które przed chwilą zamknęłam i… zesztywniałam. Bynajmniej, nie z zimna.

Przecież nie dalej jak przed sekundą byłam w łóżku, w moim pokoju, w mieszkaniu moich rodziców.

Tymczasem teraz leżałam na leśnej ściółce, a wokół mnie zamiast nocnych ciemności, roztaczały się promienie słońca.

- Co do cho…- zaczęłam i zerwałam się na równe nogi przestraszona swoim odkryciem.

- Czy ja śnię?- zapytałam samą siebie i spojrzałam na swoje ręce i stopy: wyglądały normalnie. Ubrana byłam w stary, szary dres, w którym uwielbiałam spać, grube białe skarpetki, wydziergane dla mnie przez babcię. Wszystko- poza otoczeniem- zdawało się być takie, jak przed zaśnięciem.

- To tylko sen- stwierdziłam głośno, próbując przekonać samą siebie. Tylko czemu leśna ściółka tak uwierała mnie w podeszwy stóp i zmuszona byłam przymrużyć oczy, by nie oślepnąć od patrzenia na słońce? Czemu drzewa wokół widziałam tak wyraźnie? Z reguły moje sny były zamazane, nieprecyzyjne, no i co najważniejsze: zawsze COŚ się w nich działo.

Ta ostatnia myśl przyszła mi do głowy w złą godzinę, bo nagle usłyszałam tętent kopyt: Ktoś się zbliżał!

Odwróciłam się w stronę, skąd zdawały się dochodzić coraz głośniejsze dźwięki. Nie zawiodłam się: zza drzew wynurzył się jeździec w pelerynie na czarnym koniu, którego grzywa falowała lekko podczas jazdy, rozpływając się na boki, jakby składała się z ciemnej mgły. Nie dane było mi przyjrzeć się bliżej, ponieważ musiałam szybko uskoczyć w bok, aby nie zostać stratowana.

- Hej!- zdążyłam już tylko krzyknąć, zanim zaliczyłam kolejne bliskie spotkanie z leśną ściółką.

Jeździec zatrzymał się gwałtowanie.

Oj. Chyba nie o to mi chodziło. Poczułam, jak ze strachu serce gwałtownie mi przyspiesza, ale nie zdecydowałam się na ucieczkę. Przecież to tylko sen, prawda? Nic mi nie grozi, więc dlaczego miałabym tchórzyć? Niepewnie podniosłam się i otrzepałam swoje spodnie z igliwia, a w tym czasie jeździec zsiadł z konia i ku mojemu zaskoczeniu, wyciągnął zza siebie… miecz!

- Kim jesteś?!- ryknął donośnym barytonem.- Kim jesteś, że śmiesz stawać na mojej drodze?!

Przeraziłam się, ale zignorowałam to ciut za bardzo realistyczne uczucie strachu, objawiające się ciarkami na całej skórze i dumnie uniosłam głowę, aby powiedzieć:

- Jestem… Ka… Karolina! I nie mam po… pojęcia jak się tutaj znalazłam, ale z pewnością moim zamiarem nie było przeszkadzać panu w podróży.

Mój głos zdradzał zdenerwowanie i ujawniał mą bezbronność, ale to nie zachęciło nieznajomego do schowania broni. W międzyczasie przyjrzałam mu się. Wyglądał jakby urwał się ze średniowiecznego filmu o rycerzach i królach: miał brodę, długie ciemne włosy i twarz obsypaną bruzdami, które zapewne zdobył w walce. Gdybym była w tej chwili mniej sparaliżowana, z pewnością przetarłabym oczy, zdumiona tym widokiem. Co ja takiego oglądałam przed zaśnięciem, żeby teraz śniły mi się takie głupoty!? Mężczyzna, odziany w czarną pelerynę, po chwili namysłu, schował miecz i narzucił na głowę kaptur, który skrył jego groźne oblicze.

- Pójdziesz ze mną- stwierdził i odszedł w stronę swojego konia, jakby nie przyjmował do wiadomości, że niekoniecznie muszę za nim podążyć.

Niestety, nie było już we mnie w obecnej chwili ani grama odwagi, więc potulnie dałam się nieznajomemu wsadzić na konia i trzymając się mocno jeźdźca, modliłam się, by nie umrzeć od jego smrodu lub nie spaść, kiedy w oszałamiająco szybkim tempie mknęliśmy przez las.