- Gdzie jedziemy?!- krzyknęłam w ucho mężczyzny, który siedział przede mną, ale on nie kwapił się do udzielenia mi odpowiedzi. Jasny gwint, w co ja się wpakowałam? Czy nawet we śnie musiałam narażać się na każde możliwe niebezpieczeństwo?

Zerknęłam na konia i już bez większego zdziwienia zobaczyłam, że jego grzywa, która wcześniej wydawała mi się falować i rozpływać w powietrzu niczym mgła- w istocie nią była. Skoro to nie jawa, czemu miałabym być zaskoczona? Miewałam dziwniejsze nocne koszmary.

Nieoczekiwanie wyjechaliśmy z lasu na polanę, zupełnie strawioną przez pożar. Gdzieniegdzie nadal tlił się ogień, który najwyraźniej nie zamierzał oszczędzić ani skrawka zieleni tej zbolałej ziemi. Po polanie kręciło się kilku mężczyzn, wyglądających na wieśniaków, dogaszających pogorzelisko.

Zsiedliśmy z konia, a mój towarzysz zapytał jednego z nieznajomych:

- Gdzie Pan?

- W namiocie, o tam- odparł przerażony człowiek i drżącą ręką wskazał skraj polany, gdzie w istocie rozstawiono… hm… namiot to chyba za mało powiedziane- był to niemalże pałac! Mimo zachwytu, jaki wzbudziło we mnie to dzieło krawiectwa, nie uszło mojej uwadze, jak zapytany wieśniak spuścił potulnie głowę i cicho dodał:

- Jest bardzo zły dzisiaj…

Te słowa nie wróżyły niczego dobrego, ale mój towarzysz zdawał się nie zwracać na to szczególnej uwagi i dość śmiało skierował swe kroki we wskazanym kierunku. Z kolei ja nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Stałam w miejscu i, rozglądając się naokoło, spostrzegłam, że zgromadzeni tu ludzie nieśmiało mi się przyglądają. W ich oczach malował się strach, ale też… zdziwienie? Obawa? Nie potrafiłam nazwać tego uczucia jednoznacznie, co wprawiło mnie w lekką konsternację. Z rozmyślań wyrwał mnie dobrze znany mi głos:

- Na co czekasz?! Za mną, natychmiast!- zagrzmiał mężczyzna w pelerynie, a echo jego słów rozbrzmiało po całej polanie. Pochyliłam głowę i posłusznie dogoniłam człowieka, który, jak podpowiadało mi przeczucie, wiódł mnie właśnie do klatki lwa, niczym jagnię na pożarcie.

Im bliżej byliśmy naszego celu, tym wyraźniej dochodziły do mnie hałasy, których źródło skrywał pałaco- namiot. Coś podobnego do odgłosu tłuczonego szkła i trzasku łamanego drewna. Mój przewodnik zdawał się tym zupełnie nie przejmować i bez uprzedzenia wszedł do środka, rozchylając pewnym ruchem poły ozdobnego materiału, skrywające wejście.

W pierwszej chwili moje spojrzenie padło na połamane drewniane krzesła, walające się po dywanie razem ze szkłem i podartymi tkaninami, ale to nie one zaparły mi dech w piersiach. Po środku tego pobojowiska w rozkroku stał młody mężczyzna z zaciśniętymi w pięści dłońmi. Jego twarz o wyrazistych rysach, które dodatkowo uwydatniały krótko przycięte kruczoczarne włosy, była napięta, a mięśnie drgały nerwowo pod bladą skórą przy każdym oddechu.

Nieznajomy, który musiał być „złym Panem” i sprawcą tego bałaganu, wydał mi się owszem, groźny, ale nie przeraziło mnie to tak, jak można by się spodziewać. Uznałam, że musi być to bardzo dziwny sen, skoro ta nowa postać zdała się być w moich oczach… piękna.

Hipnotyzująca.

Tajemnicza.

Pociągająca…

* * *

Rozdział krótki, wnoszący niewiele akcji, ale wprowadzający nową postać, o której usłyszycie jeszcze nie raz…

Kolejny post z pewnością pojawi się tu do niedzieli włącznie (tyle nocy ze snami pełnymi przygód do tego czasu przyśnić się może…) i uwierzcie, już nad nim intensywnie pracuję!

Pozdrawiam osobę, która jako pierwsza odważyła się przeczytać to opowiadanie i już oficjalnie dziękuję jej za pierwszy komentarz.

Do usłyszenia!