Wiedźma Perpetua

Zmrużyłam oczy:

- Mam teraz przed tobą „Panie” klęknąć, czy coś takiego?- spytałam, ale mężczyzna nie od razu odpowiedział. Jeszcze raz machnął dłonią, a kiedy znowu nic się nie stało, spojrzał na nią oszołomiony.

- To niemożliwe…- wyszeptał, a potem zmarszczył brwi i gwałtownie wyrzucił rękę w górę. Wrzasnęłam wystraszona, gdy poły namiotu zaczęły nagle łopotać, jakby poruszane silnym wiatrem. Kiedy opuścił dłoń, wszystko nagle ucichło.

- Pójdziesz ze mną w pewne miejsce. Natychmiast- zakomenderował, a gdy pstryknął palcami jego ramiona okryła czarna peleryna, podobna do tej, którą miał na sobie Marlok.

- Masz jakieś odzienie wierzchnie?- zwrócił się do mnie, a ja zerknęłam na swój dres.

- Hm… Mam tylko to, co na sobie. Nie wystarczy?

- Nie- uciął krótko i pstryknął palcami po raz kolejny. W jego dłoni pojawił się czarny materiał, który rzucił mi niedbale. Zabolało mnie to lekceważące traktowanie, ale nie dałam tego po sobie poznać. Zacisnęłam wargi i okryłam się peleryną.

- Nałóż kaptur- zarządził król ostro i podał mi coś ze swojej kieszeni- A tym zasłoń swoje oczy.

Posłuchałam i tego rozkazu. Kiedy upewniłam się, że przepaska nie spadnie mi z twarzy, nieoczekiwanie poczułam silny uścisk na swojej tali, a moje stopy oderwały się od ziemi.

- Hej, co ty wyprawiasz?!- krzyknęłam zaskoczona.

- Czyżbyś już zapomniała, jak masz się do mnie zwracać?- wycedził wyraźnie zniesmaczony mężczyzna, ale udzielił mi odpowiedzi.- Zabieram cię do Perpetuy. Pojedziemy konno.

Nie odważyłam się spytać, kim jest kobieta, o której wspomniał Król i pozwoliłam się wsadzić na konia po raz drugi tego dnia. Przypadło mi miejsce przed jeźdźcem. Siedziałam po damsku, ale nie bałam się, że spadnę, bo Pan trzymał mnie mocno w swoim pewnym uścisku. Czułam się… bezpiecznie. Chociaż przy tym człowieku nie powinnam myśleć tymi kategoriami.

Droga minęła, jak z bicza strzelił. Koń szedł równo, a dzięki pelerynie pęd powietrza nie smagał mnie po twarzy. Zatrzymaliśmy się i Król postawił mnie na ziemi.

- Jesteśmy na miejscu, możesz już patrzeć- poinformował mnie sucho. Natychmiast skorzystałam z tego pozwolenia i rozejrzałam się po nowym otoczeniu. Znajdowaliśmy się na skraju lasu, tuż przed fasadą małej chatki, zbudowanej ze zbutwiałego drewna. Jej dach pokryty był świeżą strzechą, ale to nie dodawało jej uroku: zdawało się, że podczas pierwszej lepszej burzy wszystko runie.

Odwróciłam się. W oddali majaczyło miasteczko, nad którym górował potężny zamek ze smukłymi wieżami. Od dalszej kontemplacji krajobrazu powstrzymało mnie skrzypnięcie drzwi.

- Widzę, że mam gości- odezwała się miedzianowłosa staruszka, wychodząc z chatki.

- Witaj, babciu- powiedział Król i nieoczekiwanie dla mnie ukląkł przed kobietą na jedno z kolan, by z szacunkiem pocałować ją w rękę.

Królewska rodzina w takim miejscu? Wydało mi się to dość dziwne, ALE to wszystko był tylko sen, prawda?

- Vincencie, kim jest twoja… towarzyszka?- spytała nieśmiało staruszka i jej spojrzenie przeniosło się na mnie.

- Właśnie o tym chciałem porozmawiać.

Król wstał i otrzepywał z brudu ciemne spodnie na wysokości kolan, a w tym czasie jego babka ciekawie mi się przypatrywała.

- W takim razie zapraszam do środka- zaproponowała ciepło (cóż za przeciwieństwo wnuka!) i natychmiast zniknęła wewnątrz. Zerknęłam na władcę, oczekując jego rozkazów, a on wskazał mi ręką drzwi:

- „Panie” przodem- powiedział dość niegrzecznie, ale zignorowałam to i unosząc dumnie podbródek, minęłam go.

W środku chatka nie wyglądała wcale tak źle. Po przekroczeniu progu znalazłam się w małym pokoju urządzonym dość prosto i skromnie, ale schludnie.

- Proszę, siadajcie i rozgośćcie się- zachęcała staruszka, zajmując miejsce przy kominku na jednym z foteli. Drugi zajął Król, a mnie przypadło miejsce na kanapie naprzeciwko nich.

- Przejdźmy od razu do konkretów- zaczął mówić Vincent.- Od momentu, gdy wspólnie rzuciliśmy zaklęcie, w moim skarbcu nie przybyło monet, ani mi nie przybyło siły. Moi ludzie przez całą noc przeszukiwali moje dobra, spalili nawet jedną z wiosek, której mieszkańcy nie chcieli dać wstępu do swoich domów…

- I co?- przerwała z ekscytacji staruszka. Vincent spojrzał na nią ponuro:

- I nic! Wszystko jest jak zwykle, żadnych śladów działania magii… Aż do dzisiejszego ranka. Spójrz tylko na nią babciu.

Twarze zebranych natychmiast odwróciły się w moją stronę.

- Ekhm…- odchrząknęłam. Zaczęło mnie lekko irytować, że w MOIM śnie jestem postrzegana, jak jakieś dziwadło.- Przepraszam, ale co jest ze mną nie tak?

- Chociażby twój wygląd, kochanie- kobieta natychmiast udzieliła mi odpowiedzi.- Dziewczęta NIE NOSZĄ SPODNI.

Zerknęłam już po raz któryś na swój dres. Hm… no tak. To dlatego wieśniacy na pogorzelisku przyglądali mi się z takim zainteresowaniem.

- To jeszcze nic. To „dziewczę”- ach znowu ten ton!- jest odporne na moją magię i najwyraźniej do momentu spotkania mnie, nie miała pojęcia z kim ma do czynienia.

- To wszystko jest bardzo…intrygujące- rzekła ostrożnie staruszka, ale to nie powstrzymało złości Króla.

- INTRYGUJĄCE?! Kobieto, ty nie masz chyba pojęcia o czym mówisz!- ryknął i zerwał się z miejsca, a potem chodząc po pokoju mówił:

- Poddani się buntują, a moja matka nieustannie knuje nowe intrygi, aby strącić mnie z tronu. Nie mam teraz czasu na INTRYGUJĄCE pomyłki. Potrzebuję NATYCHMIAST więcej mocy i pieniędzy.

- Vincencie, usiądź- poprosiła babcia Króla, a on zacisnął zęby i posłuchał jej.- To zaklęcie NIGDY się nie myli. Pragnąłeś szczęścia… i najwyraźniej dostałeś je pod taką postacią.

Spojrzałam z niedowierzaniem na Vincenta. Vincent spojrzał na mnie z obrzydzeniem.

- Karolina, zbudź się w końcu- mruknęłam do siebie.

* * *

Kolejny rozdział dłuuugi:) Mam nadzieję, że się spodoba. Kiedy kolejny? Postaram się go dodać w połowie przyszłego tygodnia. Zapraszam do czytania i komentowania. Każda opinia się liczy!