- Co takiego powiedziałaś, skarbie? Że chcesz się obudzić, prawda?- zaczęła dopytywać się staruszka, a następnie spojrzała na swojego wnuka z miną obwieszczającą słowa „a nie mówiłam?”.

- I co z tego?- burknął król niechętnie i skrzyżował ręce na piersi.

- Vincencie, nie udawaj, że nie rozumiesz. ONA nie jest z TEGO świata! To zaklęcie sprawiło, że podczas każdego snu w jej krainie będzie przenosić się w nasze strony! Każdego dnia: od świtu, do zmierzchu. Gdy u nas będzie śnić: wtedy jej życie toczyć się będzie w jej wymiarze. Jednak czas nie będzie w obu światach równoległy: jej popołudniowa drzemka może ją tu zatrzymać na dwa dni bez snu. Ta dziewczyna ma teraz dwa życia: każde z nich może niestety zakończyć… śmierć.

To ostatnie słowo, które padło z ust kobiety, rozbrzmiało echem, odbijając się od gołych ścian chatki.

 - Czyli…- zaczęłam nieśmiało zastanawiać się na głos- oznacza to, że jeżeli zginę za chwilę, powiedzmy, rzucając się z dachu tego… domostwa, będzie to oznaczało, że nigdy więcej nie powrócę we śnie do tego świata?

- Zgadza się- przytaknęła ochoczo staruszka, najwyraźniej ciesząc się z tego, że pojęłam jej słowa.

- W takim razie możemy się ciebie szybko i łatwo pozbyć- stwierdził z satysfakcją Vincent, a jego ręka powędrowała do tego miejsca u boku pasa, przy którym wisiał miecz.

Ciarki znowu odbyły pielgrzymkę wzdłuż moich pleców.

- Nie, wnuku. Źle zrobisz, jeśli to uczynisz.

 - Ale będzie gorzej, jeżeli ktoś dowie się o tym, że ona jest skutkiem naszego zaklęcia i jest odporna na magię! Nie wiadomo, w jaki sposób mogliby to wykorzystać moi przeciwnicy- denerwował się Król, spoglądając na mnie gniewnie.

- To nie pozwól na to- ucięła Perpetua i podniosła się ze swojego miejsca.- Ukryj ją na zamku i uczyń ją jedną ze swoich sług lub powierz jej funkcję sprawowaną obecnie przez Alicję. Obojętne mi to. Za to jedne jest pewne: musicie już wracać.

 Również wstałam i spojrzałam na Pana, oczekując jego rozkazów.

- Za mną- wycedził, ale za nim wyszedł, ucałował z szacunkiem rękę swej babki. Sama ograniczyłam się jedynie do lekkiego skinienia jej głową. Jakoś nie mogłam jej wybaczyć tych ostatnich słów, które, jak podejrzewałam, wiązały się z zamknięciem mnie w jakimś lochu. Niespodziewanie, jakby odgadując moje myśli, kobieta uśmiechnęła się do mnie.

- Nie bój się, on cię nie skrzywdzi- powiedziała ciepłym głosem i położyła swoją dłoń na moim ramieniu, aby dodać mi otuchy. Przy okazji zauważyłam, że na jej ręce brakuje… końcówek palców. Perpetua, domyślając się mojego nagłego zakłopotania i obawiając się dalszych pytań, cofnęła szybko dłoń i lekkim ruchem głowy wskazała mi drzwi.

Vincent stał już obok swojego wierzchowca i spoglądał na zamek w oddali, który z pewnością należał do niego.

- Podejdź- zakomenderował, a ja niechętnie wykonałam to polecenie. Niedbałym pociągnięciem naciągnął mi kaptur czarnego płaszcza na głowę, a następnie zabrał się do krępowania moich rąk sznurem, którego koniec przyczepił do swojego siodła. Krople potu wstąpiły mi na czoło, gdy pomyślałam, co za chwilę nastąpi.

- Przecież nie dam rady nadążyć za tym koniem!

Vincent tylko uśmiechnął się pogardliwie na mój akt paniki:

- Pojadę wolno- stwierdził, krzywiąc się przy tym. Dosiadł pewnym ruchem swojego rumaka i ruszyliśmy.

„Mój król”. Jak to śmiesznie brzmiało. Dotychczas prawo rozkazywania mi i stanowienia prawa dla mnie mieli posłowie, wybierani przeze mnie w wyborach. Tymczasem teraz znalazłam się w świecie, w którym władzę miał jeden człowiek i mógł ją narzucić każdemu. Na początek obrał sobie za cel poniżyć mnie, ale zacisnęłam zęby i postanowiłam, że nie będę narzekać. Nie dam mu tej mściwej satysfakcji.

Kierowaliśmy się w stronę zamku, tak jak się spodziewałam, a droga, którą zapewne celowo wybrał Vincent, wysypana była drobniutkimi, ale za to ostrymi kamieniami, które boleśnie raniły moją skórę, rozcinając przy okazji na strzępy skarpetki podarowane mi przez babcię. Mimo, że zgodnie z wcześniejszą obietnicą, król prowadził konia chyba najwolniej, jak się dało, to ból przy każdym kroku stawał się nie do zniesienia. Zerknęłam na swoje stopy i na broczącą z nich krew. Z trudem zmusiłam się do spojrzenia przed siebie i zagryzając wargi, hamowałam łzy. W głębi duszy rodziła się we mnie coraz większa nienawiść do Vincenta, który, jadąc przede mną, ani razu na mnie nie spojrzał, nie odezwał się do mnie i generalnie zachowywał się tak, jakby nie prowadził za sobą… jeńca.

O tak. Jeniec. Zdobycz. To chyba najlepsze słowa, jakie przychodziły mi z pomocą w opisie mojej sytuacji. Stałam się zakładnikiem we własnym śnie, który był z gatunku tych, po których mocno boli głowa i przez cały dzień nie możemy się otrząsnąć z dojmującego poczucia nieszczęścia.

 

 * * *

Kolejny rozdział: pojawi się do 9.06.13