Dom Władcy Magicznego Świata

 

Vincent wyciągnął rękę przed siebie i ciało wieśniaka zapadło się pod ziemię.

- Coś ty narobił…!- wykrztusiłam z siebie, ledwo opanowując dygot całego ciała. Król przypomniał sobie o mnie i „zaszczycił” swoim pustym wzrokiem.

- Tak musiało się stać- stwierdził sucho, a ja nadal nie mogłam opanować wzbierających we mnie emocji.

- Że co?! Ty.. Ty.. ty nie masz pojęcia o czym mówisz!- krzyknęłam rozpaczliwie.- Żaden człowiek nie zasługuje na śmierć! Zwłaszcza, gdy BŁAGA na kolanach o życie! Nie masz moralnego PRAWA, aby zabijać!

- Jestem Królem, przypominam ci o tym- odparł beznamiętnie.

Objęłam kolana rękoma i zacisnęłam powieki. Pragnęłam teraz usnąć i wrócić do swojego świata. Milion razy bardziej wolałam pójść na znienawidzone przeze mnie zajęcia z gramatyki historycznej, niż być świadkiem takich scen.

- Krwawiłaś. Zemdlałaś. Opatrzyłem ci rany. Ten wieśniak to widział. Gdyby rozpowiedział o tym, że twoja krew jest czerwona, nie przeżyłabyś długo w tym świecie- powiedział nagle bardzo zwięźle Vincent. Albo się przesłyszałam, albo próbował mi wmówić, że przez kolor substancji płynącej w moich żyłach zginął człowiek.

Nie odpowiedziałam. Król najwyraźniej uznał, że udzielił mi satysfakcjonującego wyjaśnienia i dodał:

- Musimy jechać.

Tym razem nie musiałam iść pieszo. Vincent, tak jak to miało miejsce wcześniej, posadził mnie przed sobą na koniu. Tym razem, czułam wstręt, gdy jego ręka objęła mnie, i gdy podczas galopu nasze ciała ocierały się o siebie. Mężczyzna chyba zauważył tę niechęć, ale nie skomentował mojego zachowania, tylko zacisnął wargi i spiął konia, aby ten przyspieszył.

Tymczasem wjechaliśmy do miasteczka okalającego Królewski Zamek. Z daleka wydawało mi się ono nieco mniejsze, ale gdy zagłębiliśmy się w labirynt wąskich uliczek, szybko straciłam i tak kiepską orientację w terenie. Zauważyłam, że ludzie, którzy kręcili się tu i ówdzie, na nasz widok szybko uskakiwali w bok i padali na kolana, prawdopodobnie zdjęci strachem przed swoim władcą. Przed chwilą miałam okazję podziwiać, jak wyglądają jego rządy. Może lepiej byłoby, abym została zabita? Nie musiałabym więcej oglądać takich obrazków.

Widok zmieniał się bardzo szybko. Im bliżej byliśmy zamku, tym droga stawała się szersza, a domostwa po jej bokach większe i ładniej wykończone. W końcu było także widać drzewa i inną roślinność na poboczu. Tylko czekałam, aż wśród tego przepychu, zobaczę palmy rodem z Hollywood i aleję odciśniętych rąk sławnych osób Magicznego Świata.

Nie było mi jednak dane oglądać wspomnianych widoków. Zamiast tego ulica uległa zwężeniu, gwałtownie skręciliśmy i wjechaliśmy na most, po którego drugiej stronie wyrosła przed nami gigantyczna budowla, jaką wcześniej widziałam tylko z oddali.

Zamek Królewski.

Straże stojące po obu stronach drogi patrzyły na nas uważnie, a gdy rozpoznały konia Vincenta, salutowały kolejno, co wglądało dość zabawnie dla mnie, bo kojarzyło mi się z falą, którą robią kibice na trybunach. Szybko jednak opanowałam się, przypominając sobie wydarzenia sprzed chwili.

Koń wyhamował, gdy tylko znalazł się na dziedzińcu. Natychmiast przy nas pojawiło się dwóch ludzi w czarnych płaszczach, a także chłopak w koszuli tego samego koloru. Wszyscy skłonili się głęboko, gdy Król zeskoczył z konia.

- Zawołać mi Mattiasa. Natychmiast- zakomenderował.

- Tak, Panie- odparło szybko dwóch mężczyzn, okryli swoje głowy kapturami, po czym oddalili się szybko. Vincent zwrócił się teraz do trzeciego z nowo przybyłych:

- Uszykuj dla mnie Błyskawicę. Wracam do Lasów Pagitty. Grom niech odpocznie, wyczesz go dobrze i nakarm- rzucił zwięźle, a potem nagle chwycił mnie w pasie i postawił na ziemi. Chłopak szybko chwycił lejce konia i oddalił się razem ze zwierzęciem.

- Nie mamy dużo czasu- zwrócił się do mnie Król.- Mam inne zajęcia niż niańczenie cię, dlatego zajmie się tobą mój daleki kuzyn, Mattias. Jeżeli chcesz tutaj przeżyć…

- Nie chcę- rzuciłam szybko, ale Vincent zignorował mnie.

- … to musisz pamiętać o kilku prostych zasadach. Pierwsza: nie zrań się. NIKT nie może dowiedzieć się, jakiego koloru jest twoja krew. Po drugie: nie mów o swoim prawdziwym pochodzeniu. Nie ufaj nikomu, poza mną i Mattiasem. Nie buntuj się, bo i tak źle się to dla ciebie skończy. Wieczorem wydam co do ciebie szczegółowe rozporządzenia. Radzę się do nich stosować.

Po tych słowach Vincent odwrócił się na pięcie i odszedł, jak gdyby nigdy nic. Dotarło do mnie, że po raz pierwszy zostałam sama- żaden obcy człowiek nie próbował mnie wsadzić na konia i nikt mnie nie ciągnął w kolejne nieznane mi miejsce. Rozejrzałam się. Wokół mnie zdawało się nie być żywej duszy. Na wybrukowanym dziedzińcu znajdowała się fontanna, wokół niej w donicach ktoś zasadził różnego rodzaju kwiaty, których nazw nie mogłam przywołać z pamięci. Dostrzegłam pomiędzy nimi ławeczkę i zdecydowałam na niej usiąść. Woda szumiała przyjemnie, a słońce przygrzewało mocno, mimo wczesnej pory.

Byłam ciekawa, dlaczego nikt mnie nie pilnował. Przecież to Królewski Zamek! A gdybym była jakimś płatnym mordercą czy Kubą Rozpruwaczem i chciała się tu zaczaić na Vincenta? Kto by mnie powstrzymał?

Odpowiedź poznałam, gdy skierowałam swój wzrok na mury. Nie zdążyłam jednak zrobić nic więcej, jak drgnąć z zaskoczenia, ponieważ usłyszałam niski, zachrypnięty męski głos.