- Nie trzeba się ich bać. No chyba, że nie masz zbyt czystych intencji, co do pobytu w tym miejscu.

Nie odpowiedziałam, ponieważ mój wzrok zatrzymał się na ganku, okalającym jedną z zamkowych wież, na którym stali strażnicy podobni do tych, których już spotkałam na moście. Jedyną różnicą było to, że ci goście tam, wysoko, mieli ze sobą broń wycelowaną we mnie i najwyraźniej byli gotowi w każdej chwili oddać strzał. Ale skoro nie miałam nic na sumieniu, to chyba nie powinni stanowić dla mnie zagrożenia…

Uprzytomniłam sobie, że ktoś się do mnie odezwał.  Zerknęłam w stronę, skąd dosłyszałam wcześniejsze słowa i ujrzałam uśmiechniętego, bosko umięśnionego młodego mężczyznę, jednak w dość niechlujnym (acz bogato zdobionym) stroju i z rozczochraną burzą kędzierzawych włosów na głowie.

- Gdzież moje maniery pierwszego kawalera na tym zamku? Jestem Mattias Jonathan Walery Patric Juan Piotr Paweł de domo Margoletti- wyrecytował i skłonił się przede mną głęboko. Wstałam ze swojego miejsca.

- Karolina Victoria de domo Konwalicka- odparłam i dygnęłam, rozkładając przy tym poły czarnej peleryny, którą zostawił mi Vincent. Oboje wyprostowaliśmy się, a mężczyzna nie krył zdziwienia:

- Czy to już koniec tej niewątpliwie uroczej, ale krótkiej prezentacji?- zapytał, a ja zmieszałam się, nie wiedząc, o co mu chodziło. Jakie jeszcze informacje miałam wyjawić podczas pierwszego spotkania? Mój numer buta?

- To znaczy… Sądziłem, że ta panna, o której mówił Vincent, pochodzi ze stanu diuków, skoro jest specjalnym gościem miłościwie nam panującego Króla Vincenta. Mojego kuzyna nawiasem mówiąc- dodał poufale Mattias, ściszając głos.

- W takim razie… proszę mi wybaczyć, obawiam się, że Konwaliccy nie mają żadnych szlachetnych korzeni. Mój dziadek był szewcem, a babcia gospodynią domową. Wątpię, żeby ich przodkowie nosili tytuł dzika. Eee… to znaczy diuka.

Zarumieniłam się, kiedy Mattias wytrzeszczył oczy.

- Coś nie tak…?

Mój rozmówca natychmiast przywołał uśmiech na swoją nieogoloną twarz.

- Nie, skądże. Przejdźmy jednak do meritum naszego spotkania. Vincent kazał mi zaopatrzyć pannę w strój odpowiedniejszy dla gościa stolicy Magicznego Świata i pokazać pannie okolicę. Zanim jednak gdziekolwiek pojedziemy, może coś zjemy, a ja, jeśli panna pozwoli, zmienię swoje odzienie na nieco bardziej wyjściowe?

Skinęłam głową na znak przyzwolenia i dałam się powieść Mattiasowi do gigantycznej sali, w której znajdował się stół, a przy nim rząd krzeseł. Spoczęłam na jednym z nich, a chwilę potem, zza drzwi w kącie sali, wyszedł młody chłopak, ubrany podobnie jak stajenny: z tym, że jego strój był wyprasowany i zdawał się leżeć jak ulał.

- Obsłuż tę pannę jak najlepiej, podczas mojej nieobecności. Jest Królewskim gościem, więc postaraj się, aby zapamiętała pobyt tutaj jak najlepiej- rozkazał surowo, marszcząc groźnie brwi Mattias, a kelner ukłonił się przed nim niemalże do samej ziemi.

- Tak, diuku.

Wywróciłam oczami, słysząc po raz kolejny ten tytuł, ale chyba nikt nie zauważył mojego gestu.

- Wrócę jak najszybciej się da. W tym czasie nie żałuj sobie niczego. Moje motto to: jedz, pij i baw się na koszt królewskiego skarbu!- stwierdził radośnie Mattias, mrugnął do mnie, a następnie opuścił salę, zostawiając mnie samą z obsługą.

- Czego sobie panna życzy na śniadanie, panno…?- zapytał kelner, a ja posłusznie dokończyłam:

- Panno Karolino. Wiesz co, przynieś mi cokolwiek, tylko niech to nie będzie surowe mięso i niech będzie podane w małych ilościach w czystych naczyniach- oznajmiłam, uwzględniając moje pierwsze obawy, co do jakości tutejszej gastronomi. Chłopak ukłonił się. Skinęłam mu głową, co zaskoczyło go chyba nie bardziej niż moje zamówienie i zniknął za drzwiami, zza których wcześniej się wyłonił. Westchnęłam i obejrzałam się za siebie. No tak. Na drugim końcu sali stali dwaj strażnicy z wycelowanymi we mnie strzelbami (?). Środki ostrożności w tym miejscu były naprawdę zdumiewające. Chyba żaden prezydent na świecie nie był tak dobrze chroniony, jak ten zakichany Król Vincent, który, biorąc pod uwagę jego moc, prawdopodobnie wcale tej ochrony nie potrzebował. W oczekiwaniu na posiłek rozglądałam się po ścianach sali, obwieszonych licznymi obrazami. Nie znałam autora żadnego z nich. Zresztą, czego ja właściwie oczekiwałam? Picasso, Van Gogh i Monet żyli w moim świecie, nie w tym tu…

Zanim po raz kolejny zaczęłam rozważać swoje położenie, kelner wrócił z kilkoma talerzami w rękach. Ustawił przede mną różne potrawy, a za chwilę wrócił z czerwonym winem, napełnił nim kieliszek i postawił przede mną.

- Życzę pannie smacznego, panno Karolino.

Po tych słowach nastąpił kolejny ukłon z jego strony i kolejne wywrócenie oczami przeze mnie na widok tych manier.

Kelner wrócił do swoich zajęć, a ja zajęłam się smakołykami, znajdującymi się przede mną. Moje życzenia zostały uwzględnione, talerze lśniły, dania pachniały pysznie, więc ochoczo spróbowałam kilku z nich. Były dobre. Naprawdę dobre. Lepsze, niż obiady mojej mamy- ale do tego nigdy jej się nie przyznam.

- I jak, smakuje?- zapytał radośnie Mattias, który wrócił, gdy kończyłam jedzenie. Zerknęłam na niego. Wyglądał lepiej, niż poprzednio: jego ubranie było uporządkowane, włosy zaczesane gładko do tyłu, twarz ogolona. Niestety, niewyspania nie dało się tak łatwo ukryć.

- Wszystko jest pyszne. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak byłam głodna.

Mattias zaśmiał się.

- Każdy, kto choć raz spróbował dań naszych kucharzy, już nigdy nie powie, że jadł coś lepiej przygotowanego, niż w tym zamku. Król Vincent dba o jakość. Właśnie dlatego nie możesz chodzić po tych korytarzach ubrana… w spodnie- zakończył Mattias, wyraźnie zażenowany tym, że musiał mi wytknąć ten szczegół. Zauważyłam też, że przestał się do mnie zwracać per „panno”.

- W takim razie nie traćmy czasu, tylko jedźmy obejrzeć kilka wypasionych kiecek. Może nawet znajdziemy coś, w czym nie będę wyglądać jak straszydło- stwierdziłam ochoczo, wstając od stołu.

- Yhm… Ekhm… No tak… -mężczyzna chrząkał, starając się ukryć rozbawienie.- Nie będę oponował przeciwko tym planom. W drodze porozmawiamy sobie trochę o panujących w tych stronach zasadach eleganckiej konwersacji.

- Spoko- oparłam, a Mattias, nie mogąc się już powstrzymać, parsknął śmiechem.