Wypadłam niczym przeciąg z domu duchess Marii i błyskawicznie rozejrzałam się, chcąc rozeznać się w sytuacji.

Na ulicy, wcześniej pustej, znajdował się teraz tłum ludzi, zarówno ubogo jak i bogato wyglądających, co było dość dziwne, biorąc pod uwagę, że obecnie znajdowaliśmy się bliżej zamku, czyli w „ekskluzywniejszej” części stolicy.  W środku tej ciżby przeciskało się wojsko, otaczając zwartym szykiem kilka osób. Zebrani tu ludzie byli wyraźnie podzieleni w swoich opiniach na temat tego zajścia:

- Zabić ich!

- Na stos!

- Zostawcie tę biedną dziewczynę! Fatmo, nie daj się!

- Rewolucjonistom powinno od razu ścinać się głowy!

Zaskoczona całym tym zajściem, przylgnęłam do ściany, aby nie zostać rozdeptana. Wzrok skupiłam na dziewczynie, która najwyraźniej wywołała całe to zamieszanie: na Fatmie- tak krzyczał w jej stronę tłum.

Nie wiedziałam, czym sobie zasłużyła na aresztowanie, ale nie wyglądała mi na morderczynię, albo jakiegoś groźnego przestępcę. Miała na sobie prostą niebieską suknię, w której wyglądała niezwykle skromnie. Włosy związane w warkocz, odsłaniały hipnotyzującą twarz: nieskazitelnie białą, piękną, skupioną. Dziewczyna zdawała się być ponad całym tym zgromadzeniem. Wzrok miała trochę nieobecny i skierowany w jedną stronę. Podążyłam za jej spojrzeniem i ku własnemu zaskoczeniu ujrzałam, że Fatma patrzy na… Mattiasa!  

- Mattias!- krzyknęłam w jego stronę, ale nie było szans, aby mnie usłyszał w tym hałasie. Zresztą, kuzyn króla zdawał się nie zwracać uwagi na to, co działo się wokół niego. Przeciskał się w stronę aresztowanej dziewczyny, co wyraźnie ją zaniepokoiło. Chciała się cofnąć, ale natychmiast zagrodzono jej drogę.

- ONA pójdzie ZE MNĄ!- ryknął Mattias, chwycił Fatmę mocno za rękę i wyprowadził z kordonu strażników, którzy niechętnie na to przystali.

- Na co się gapicie?! ROZEJŚĆ SIĘ!- krzyczał Mattias do tłumu. Ludzie przycichli i pospiesznie zaczęli oddalać się, podczas gdy wojsko ruszyło z pozostałymi jeńcami w stronę zamku. Gdy tylko zrobiło się więcej miejsca, natychmiast spróbowałam przecisnąć się w stronę obserwowanej przeze mnie dwójki. Jednak kiedy znalazłam się bliżej, to, co zobaczyłam, zmusiło mnie do powtórnego zatrzymania się.

- Puszczaj! Nie chcę cię znać!- jęczała Fatma, próbując wyrwać się z silnych rąk Mattiasa, który był tak wściekły, jak jeszcze nigdy wcześniej go nie widziałam.

- Jak śmiałaś spiskować przeciwko Vincentowi?! Postradałaś resztki rozumu?! Nie wiesz, co ci teraz grozi?! Idiotka!

- W takim razie puść mnie, a ucieknę i uniknę śmierci na szubienicy!

- Jak śmiesz mnie o to prosić?!

Wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Gdy Mattias wymierzył policzek dziewczynie, nie zastanawiałam się ani chwili. Ruszyłam się ze swojego miejsca i zareagowałam instynktownie: uderzyłam mężczyznę w jego najwrażliwsze miejsce. Zaskoczony, puścił Fatmę, która nie czekając, natychmiast rzuciła się do ucieczki. Poszkodowany Mattias nie był zdolny do ścigania jej, więc swoją złość wyładował na mnie.

Zdezorientowana cofnęłam się o krok i chwyciłam się za piekący policzek. Łzy bólu napłynęły mi do oczu. Kilka osób, które nadal znajdowały się na ulicy, nie widziały, lub nie chciały widzieć tego, co właśnie się wydarzyło.

- Nigdy więcej… nie waż się…- dyszał zły Mattias i spoglądał na mnie wzrokiem bazyliszka, trzymając się jednocześnie za krocze, które musiało go nieźle piec po moim ciosie kolanem.

Nie zdążyłam odpowiedzieć nic mądrego, bo zza rogu zaczął dobiegać tętent kopyt. Odwróciliśmy wzrok w tamtą stronę akurat w tym samym czasie, gdy zza jednego z domów wyłonił się nie kto inny, jak…

Vincent.

Król Vincent.