Vincent wydawał się równie zaskoczony, jak my.

- Co wy tu robicie?- spytał chłodno i spojrzał na nas podejrzliwie. Nadal trzymając rękę przy twarzy, otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale Mattias uprzedził mnie:

- Dzięki twojej nowej znajomej Fatma właśnie uciekła.

Słowa te podziałały na Króla niczym płachta na byka. Jego zimny wzrok spoczął teraz na mnie, a ja spuściłam oczy, czując, że nie wytrzymam tego spojrzenia. Kilku wojskowych, którzy siedzieli na koniach tuż za Vincentem, wstrzymało oddech. Cokolwiek miało mnie teraz spotkać- nie miało być to nic miłego.

- Zabierz ją do zamku- wysyczał przez zaciśnięte zęby Król.- Niech Baltazar sporządzi jej portret. Jutro po tych ulicach będzie chodził nowy Czarny Kapturek.

Nie zrozumiałam, co te słowa oznaczały, ale nie brzmiały jakoś przerażająco. Musiało jednak kryć się za nimi coś podejrzanego, skoro Mattias zrobił się blady ze strachu. Mimo to, nie odważył się zakwestionować wydanego rozkazu.

- Tak jest, Panie- wychrypiał. Vincent zawrócił konia i wydał krótką komendę „znajdźcie ją”, a następnie samotnie pogalopował na białym rumaku w stronę zamku, nie zaszczycając ani jednym spojrzeniem mnie i Mattiasa, któremu nareszcie udało się wyprostować po wcześniej doznanym uszczerbku.

Rozejrzałam się szybko na boki w poszukiwaniu innych świadków tego zajścia, ale cały tłum skutecznie ulotnił się. Zostaliśmy sami. Mój towarzysz zacisnął wargi. Nie wiedział, co powiedzieć, a ja nie zamierzałam mu ułatwiać rozpoczęcia rozmowy. Na jego szczęście duchess Maria wychyliła się z drzwi swojego domu:

- Czy dobrze słyszałam…?- jej głos drżał, co nie napawało mnie optymizmem.

- Będziemy potrzebować czarnej sukni…- mruknął naburmuszony Mattias w odpowiedzi. Z żalem spojrzałam na czerwone cudo, które miałam na sobie. Jakkolwiek niewygodny był ten gorset, a falbany drapały moją skórę, to nie chciałam ich zdejmować. Uznałam jednak, że chyba na dziś dzień naważyłam sobie wystarczająco dużo piwa, które teraz należało wypić.

W pracowni duchess Marii panowała grobowa atmosfera. Po raz kolejny stanęłam na podwyższeniu na środku sali, lecz tym razem po to, by zdjąć z siebie piękne ubranie i ponownie przywdziać coś niezbyt modnego w tym świecie. Mattias usiadł na kanapie w kącie, ale nie wydawał się już tak zrelaksowany jak wcześniej. Twarz ukrył w dłoniach, a łokcie oparł na kolanach. Można było się tylko domyślać, jak wielki chaos panował teraz w jego myślach.

A co ze mną? Przede wszystkim: nie czułam się winna. Coś w głębi mojej duszy mówiło mi, że zrobiłam dobrze, ale chyba TU nie należało się do tego przyznawać. Najwyraźniej postąpiłam więcej niż niewłaściwie i musiałam ponieść karę. Czy miało być nią noszenie czarnej sukni, którą właśnie nakładała na mnie duchess?

- Proszę, możesz się teraz przyjrzeć sobie- powiedziała, a ja zeszłam z platformy i podeszłam do dużego lustra nieopodal.

Nie dało się zaprzeczyć: w odbiciu znajdowała się moja twarz. Strój, który teraz miałam na sobie, był bardzo prosty i skromny, za to dzięki nieobecności różnego rodzaju zdobień i gorsetu, okazał się niezwykle wygodny.

- Czas na nas- stwierdził Mattias i siląc się na kolejne komplementy pod adresem duchess, podziękował jej za pomoc. Zdecydowałam się wyrazić wdzięczność dygnięciem i ciepłym uśmiechem, ale kobieta nie zwracała na mnie uwagi. Potraktowała mnie niczym powietrze. Czy takie zachowanie miało zwiastować coś znacznie gorszego?

* * *

- Możesz przestać się wiercić?

- Przepraszam…- burknęłam w odpowiedzi. Starałam się nie ruszać, ale trudno było mi ukryć znudzenie. Od kilku godzin pozowałam królewskiemu malarzowi Baltazarowi, stojąc w cieniu przy zamkowym murze. Mężczyzna z pędzlem, w średnim wieku, znajdujący się przede mną, przez cały czas okazywał mi swoje niezadowolenie: a to za nisko trzymałam brodę, a to znowu „celowo” utrudniałam mu pracę, zmieniając nieoczekiwanie wyraz twarzy.

Jednakże on, w przeciwieństwie do mnie, mógł siedzieć i nie czuł odrętwienia w nogach. Nie okazywał też żadnych oznak zmęczenia, a jego pomocnicy, którzy siedzieli za nim, uwijając się zręcznie niczym pszczółki, kopiowali skrupulatnie dzieła „mistrza”.

Słońce powoli zachodziło i dzień chylił się ku końcowi. Odkąd Mattias oddał mnie w ręce tych pseudoartystów, minęło sporo czasu. Nie do końca rozumiałam, jaki sens miało to malowanie moich małych portretów z podpisem „Czarny Kapturek”. Na pewno nie mogło to mieć nic wspólnego z jakimiś artystycznymi, wyższymi celami. „Dzieła mistrza Baltazara” były dość nieporadnymi szkicami, ponieważ tempo pracy było zatrważająco szybkie. Najwyraźniej należało zdążyć przed zmierzchem.

Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, usłyszałam znajomy głos.

- I jak tam Baltku, kończycie?

Odwróciłam głowę w stronę, skąd dobiegał głos Mattiasa, na co malarz syknął:

- Nie ruszaj się!

Było jednak za późno, bo zmieniłam pozycję. Ujrzałam królewskiego kuzyna, który jedną ręką opierał się o ścianę zamkową, a w drugiej trzymał do połowy pustą butelkę jakiegoś trunku. Mężczyzna chwiał się lekko, co świadczyło o tym, że był lekko nietrzeźwy, ale najwyraźniej alkohol nie poprawił mu humoru, sądząc po jego pochmurnej minie.

- Wystarczy. Zanieście te ulotki sługom i zostawcie nas samych- rozkazał Mattias, a Baltazar pokornie ukłonił się i popędzając swoich uczniów, niczym stado zaspanych bawołów, zbierał swoje prace.

Ja tymczasem usiadłam na trawie, by rozprostować zbolałe nogi. Mattias przykucnął tuż obok mnie, ale nie spojrzałam na niego. Dostojnie (no cóż, przynajmniej chciałam, żeby to tak wyglądało) wpatrywałam się w dal przed sobą. Woda szumiała niedaleko moich stóp, a w oddali rysowała się ciemna ściana lasu. Pominąwszy całe moje wyczerpanie dzisiejszym dniem, poczułam, że ten świat może też mieć swoją dobrą, jasną stronę.

Malarze wraz z mistrzem Baltazarem opuścili ogród, a Mattias wyciągnął butelkę w moją stronę.

- Chcesz?

- Nie- mruknęłam.

- Twoja sprawa- wzruszył ramionami i pociągnął łyk trunku.- Na twoim miejscu napiłbym się.

Spojrzałam na niego zirytowana.

- A co jest nie tak z moim położeniem?

- Popadłaś w królewską niełaskę. Była wina, będzie kara- stwierdził ze stoickim spokojem.

- Chyba będzie kara bez winy. Nie czuję, abym zrobiła coś złego- wyjaśniłam lekko poirytowana.- Pomogłam tylko niewinnej dziewczynie, którą bił jakiś walnięty gość na środku ulicy.

- Czy wiesz, kim jest Fatma?

- Nie do końca. Z tego, co zrozumiałam z krzyków tłumu, jest jakąś rewolucjonistką i część ludzi z tego miasta chętnie ujrzałaby ją na stosie. Mam rację?

- Owszem. Fatma jest przywódczynią Ruchu Błękitnych, który dąży do zabicia Vincenta i przejęcia władzy w tym mieście.

- Może należy jej na to pozwolić? Wyglądała mi na taką, która potrafiłaby rządzić o wiele lepiej niż twój naburmuszony kuzyn.

Mattias uśmiechnął się z politowaniem, słysząc moje słowa.

- Nie wszystko jest takie, na jakie wygląda. Wróćmy jednak do sprawy, którą przyszedłem tu z tobą omówić…

Mężczyzna znowu napił się, a z oddali odezwały się dzwony.

- Słyszysz?

- Yhm- potwierdziłam i objęłam kolana rękoma, a potem położyłam na nich głowę. Zmęczenie doskwierało mi coraz bardziej.- Co oznacza ten głos?

- Właśnie palą na stosie Alicję, dotychczasowego Czarnego Kapturka.

Ciarki przebiegły mi po plecach.

- Baltazar malował moją podobiznę z tym podpisem…

- Robił to, ponieważ za chwilę całe miasto zobaczy portret nowego Czarnego Kapturka. A teraz lepiej weź łyk wina, bo naprawdę nie chcesz słuchać dalszego ciągu na trzeźwo.