Zdecydowałam się pójść na spacer przez las do domu Perpetuy.

Tak, mnie też zdziwiło to, że mając po raz pierwszy dzień do własnej dyspozycji, postanowiłam go strwonić na coś tak prozaicznego. Na coś, co tak właściwie robiłam codziennie.

Niestety, sił przybywało mi stopniowo i zdecydowałam się nie przeszarżować na początek- to dlatego wybrałam znajomą trasę.

W moim pokoju ubrałam sandały i narzuciłam na koszulę nocną czarną pelerynę, nieodłączny element mojego stroju wyjściowego (który szczerze mówiąc, całkiem polubiłam- czułam się w niej trochę jak jakiś superbohater). Okryłam się dość szczelnie, aby nie było widać, co mam pod spodem i wyszłam. Strażnicy od dłuższego czasu nie zwracali już na mnie uwagi. Przywykli, że mieszkam na zamku, nie robię nic złego, więc mogłam się poruszać po korytarzach i placu dość swobodnie.

Szkoda, że to JA jak dotąd nie przyzwyczaiłam się do Magicznego Świata.

Kiedy tylko odnalazłam ścieżkę w lesie, prowadzącą do chaty wiedźmy, pozwoliłam myślom płynąć. W mojej głowie odżyły obrazy sceny, jaka miała miejsce przed momentem. Przywołałam obraz Vincenta i jego zimne oczy, w których nienawiść zapalała się równie szybko, jak po chwili gasła.

„Życzysz mi śmierci, prawda?”- to zdanie odbijało się w mojej pamięci echem i za każdym razem powodowało we mnie rozdrażnienie. Vincent był królem, pewnie miał wielu wrogów, którzy nie chcieli by dla niego najlepiej. Dlaczego więc tak rozgniewało go to, że to ja niby miałam pragnąć, by umarł?

Choć wcale tego nie chciałam, co mu przecież wyznałam. Zabił człowieka, ale czy byłabym dużo lepsza, gdybym chciała śmierci Króla, jako kary za ten czyn?

Nagle coś odwróciło moją uwagę. Zauważyłam, że piasek pod moimi stopami pokrywa się szronem, a wiatr zaczął wiać mocniej, co sprawiło, że gęsia skórka pojawiła się na moich przedramionach.

- O nie…- jęknęłam, przeczuwając, kogo za chwilę spotkam.

Instynkt mnie nie zawiódł i kiedy podniosłam wzrok, ujrzałam ducha młodej kobiety. Dziś była mniej blada, niż ostatnio i nie miała ze sobą liny, za to pewną nowością w jej wyglądzie była kropla krwi, spływająca z kącika jej ust, co nadawało jej wyglądowi dość upiornego charakteru.

Zaskoczyło mnie pojawienie się tej zjawy, ale nie wystraszyłam się, nie zemdlałam i nie uciekłam, ani nic z tych rzeczy. Skoro podjęłam wcześniej decyzję, że dziś zrobię coś głupiego, to chyba był na to najlepszy moment.

- Kim jesteś?- zadałam kobiecie to samo pytanie, jakie od niej usłyszałam poprzednim razem. W duchu ucieszyłam się, że zagaiłam rozmowę tak swobodnym tonem, jakbym od urodzenia nie robiła nic innego, tylko rozmawiała z duchami.

- Jestem Pagitta- odparła zjawa spokojnie i wwierciła we mnie swój wzrok. Przez chwilę wpatrywała się we mnie z zaciekawieniem, aż nagle krzyknęła i odskoczyła ode mnie.

- Coś nie tak?- zmieszałam się.- Nie musisz się mnie bać, przecież nic ci nie zrobię, skoro i tak już nie żyjesz. Poza tym: to ja powinnam być przerażona. Nie myśl, że nie wystraszyłaś mnie ostatnim razem, kiedy ukazałaś mi się po raz pierwszy.

Pagitta jednak zdawała się mnie nie słuchać, ponieważ ukryła się za drzewem. Przewróciłam oczami, zirytowana tym dziecinnym zachowaniem.

 

- Kalagar pobrał ci krew, a mimo to żyjesz! Kim… albo czym jesteś? Przecież nie jesteś jedną z Margolettich, prawda?- dukała nerwowo zjawa, a ja nie wiedziałam, co jej na te pytania odpowiedzieć.

- Jestem jeszcze osłabiona, ale tak, to prawda. Taki gość o jaszczurczej skórze pobrał mi wczoraj dość sporo krwi i jakoś to przeżyłam. Jednak nie jestem żadnym dziwnym stworem! Nie urodziłam się w Magicznym Świecie, tylko zostałam tu przeniesiona, ale to nie zmienia to faktu, że jestem człowiekiem- tłumaczyłam cierpliwie, ale Pagitta kręciła cały czas nerwowo głową.

- Ty nic nie wiesz… Posłuchaj: strzeż się Kalagara i rodziny Margolettich. Musisz uważać na nich, bo inaczej stracisz życie… zupełnie jak ja- wyszeptała Pagitta z panicznym strachem w oczach i… zniknęła.

Rozpłynęła się w powietrzu, a szron natychmiast zaczął się topić i powietrze ociepliło się. Przyłożyłam rękę do piersi, jakby to mogło uspokoić moje galopujące z nadmiaru wrażeń serce. Ta dziewczyna próbowała mnie ostrzec przed ludźmi, którzy zrobili jej coś, co kosztowało ją życie.

Wiedziałam, kim jest Kalagar, ale Margoletti…? Kim byli? Gdzie ja już słyszałam to nazwisko?

Nagle przypomniałam sobie mój pierwszy dzień w Magicznym Świecie i przywitanie, jakim uraczył mnie królewski kuzyn.

 ”Jestem Mattias coś tam coś tam bla bla bla…. de domo M a r g o l e t t i”!

Moje odkrycie ucieszyło mnie. Nie zrozumcie mnie źle! Nie podobało mi się, że czyha na mnie jakieś zagrożenie, ale byłam zachwycona tym, że tak szybko powiązałam ze sobą fakty.

Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że właściwie to Pagitta nie przekazała mi żadnych nowych informacji. Że Król, jego kuzyn i babka, a także Kalagar są fałszywi- o tym zdążyłam się już przekonać.

Zmarkotniałam i przez resztę drogi do domu Perpetuy mój humor nie uległ poprawie. Dzień wolny od obowiązków, piękna, słoneczna pogoda i świeże powietrze nie przywołały uśmiechu na moją twarz.

Zatrzymałam się dopiero, gdy przed domem staruszki ujrzałam czarnego konia. Wmurowało mnie na chwilę w ziemię, bo dobrze wiedziałam, kto nim przyjechał w odwiedziny.

Gdzieś tu był Vincent!

Serce znowu mi przyspieszyło. Chciałam iść na spacer, aby nie myśleć o Królu, tymczasem ja wyszłam mu niemalże na spotkanie. Zaczęłam zastanawiać się, co zrobić: wrócić i udać, że przez cały czas nie ruszyłam się z łóżka, czy zapukać do drzwi Perpetuy i wprosić się na jakąś herbatkę w troje.

Szybko odrzuciłam tę drugą opcję i zdecydowałam się jak najszybciej wrócić do zamku, gdy nieoczekiwanie przed domem pojawiła się dawna Królowa z obecnym władcą. Nie zauważyli mnie, a ja nie śmiałam się poruszyć.

- Musisz na siebie bardziej uważać…- zwróciła się do Vincenta Perpetua i położyła wnukowi rękę na ramieniu. Ten odwrócił wzrok, a następnie ruszył w stronę swojego konia, by odwiązać go. Kobieta niezrażona tym postępowaniem, mówiła dalej.- Vincencie sam widzisz, że w Magicznym Świecie dzieje się coraz gorzej. Niedługo zabraknie ci sił do dalszej walki. A wiesz, co jest najpotężniejszą bronią…

- Rozmawiałem już o tym z Gaelem- przerwał nagle Król i tym razem to staruszka skrzywiła się.

- Wiesz, że nie popieram… Karolina? A co ty tu robisz?

Perpetua zauważyła mnie, a Vincent natychmiast odwrócił się w moją stronę.

- Ja… Przepraszam, nie chciałam podsłuchiwać. Wyszłam tylko na spacer… i… kiedy wy….

- Kurwa, co za idiotka! CZY NIE KAZAŁEM CI ZOSTAĆ W ZAMKU?! Czy jesteś na tyle ułomna, że nie rozumiesz najprostszych poleceń?!- ryknął wściekle Król i gwałtownie wskoczył na swojego wierzchowca. Spiął ostrogami boki konia i rzucając mi kolejne, gardzące mną spojrzenie, pogalopował tuż obok mnie w las.

Zostałam sam na sam z wiedźmą.

- Kiedy ja naprawdę nie chciałam nikogo urazić- zaczęłam się tłumaczyć, ale kobieta westchnęła tylko w reakcji na moje słowa i lekko rozgniewanym tonem rzuciła:

- Sądziłam, że jesteś bardziej pojętna. Teraz lepiej po prostu zrób, co nakazał ci Król.

Perpetua wróciła do swojej chaty, nie żegnając się ze mną ani jednym słowem, a mi zrobiło się jeszcze gorzej, niż przed wyjściem z zamku. Nie wiedząc, co dalej ze sobą zrobić, zdecydowałam po prostu ruszyć w drogę powrotną.

Czułam się podle. Nie chciałam znowu zdenerwować Vincenta, a już na pewno moim celem nie było pokłócenie się z Perpetuą, która starała się być dla mnie miła, jako jedyna osoba w tym świecie, poza Mattiasem.

Który teraz wyjechał.

- Dlaczego mnie nie posłuchałaś?- usłyszałam nagle głos, należący do Vincenta. Przystanęłam i podniosłam głowę, zdziwiona tym, że musiał najwidoczniej znajdować się gdzieś niedaleko mnie. Rozejrzałam się po lesie i zauważyłam Króla: siedział dumnie wyprostowany na swoim koniu, który skubał kłębek trawy, rosnący przy jednym z drzew.

- Nie sądziłam, że to, co Król powiedział w komnacie, było rozkazem. Uznałam, że „regenerować siły” mogę równie dobrze podczas spaceru- odmruknęłam ponuro i nie chcąc zatrzymywać się na dłużej, ruszyłam dalej wzdłuż leśnej ścieżki.

Nim zdążyłam się obejrzeć, Vincent przykazał swojemu wierzchowcowi kroczyć równolegle do mnie. Zerknęłam na mężczyznę, zdziwiona jego postępowaniem, ale nasze spojrzenia nie skrzyżowały się: Król patrzył przed siebie.

- Tam, skąd pochodzę, człowiek kulturalny zsiadłby z konia, aby iść obok swojej rozmówczyni- powiedziałam mimochodem w przestrzeń ciekawa, jaki będzie rezultat tych słów. W odpowiedzi usłyszałam:

- Tam, skąd JA pochodzę, człowiek kulturalny zsiadłby z konia, aby iść obok swojej rozmówczyni, pod warunkiem, że byłaby ona odpowiedniej pozycji społecznej lub byłaby wyjątkowo piękna. W tej sytuacji, nie zachodzi żaden z tych przypadków.

Vincent spiął konia i wyprzedził mnie, a po chwili zniknął z moich oczu między drzewami.

Wspominałam już, że czułam się podle?

To było nic, w porównaniu z tym, co dolegało mi teraz.

Jeżeli rozpacz miała jakieś poziomy, to ja właśnie sięgnęłam ich dna.

.

.

.

Rozdział zakończył się dość ponuro, ale JA w tej chwili tryskam energią: mój blog zaczyna wyglądać tak, jakbym sobie tego życzyła!:)

Pojawiły się nowe zdjęcia w każdej z zakładek, uzupełniłam brakujące informacje w tychże zakładkach i dodałam przedmowę do opowiadania pt. „Niech się skrzy!”

W zakładce „BOHATEROWIE” ujawniłam już tożsamość kolejnej postaci: Iana (czyt. ijana). Mężczyzna ten zawdzięcza swoje imię mojej siostrze Kindze, a swój wygląd mojej siostrze ciotecznej- Milenie. W ten oto sposób fanka „Pamiętników Wampirów” i fanka „Gwiezdnych Wojen” połączyły swoje siły, a owocem ich działań będzie pojawienie się Iana;)

Czekam na Wasze uwagi, dot. wyglądu bloga i oczywiście treści kolejnego rozdziału!:)

A kolejny post o tytule „Jest Mattias, jest impreza!” już 6. września i myślę, że niektórym może się spodobać, że spotkacie się wówczas ze świętą czwórcą tego opowiadania: z Karoliną, Vincentem, Mattiasem i Fatmą:)