Dzień w chacie Perpetuy minął mi dość… monotonnie. Razem z babką Vincenta wstępnie podzieliłyśmy się obowiązkami: kobieta szybko odkryła, że nie mam pojęcia o gotowaniu i zdecydowała się przez jakiś czas wykonywać tę czynność za mnie. Nie ukrywam, odetchnęłam z ulgą. Podczas przygotowywania surowego mięsa z reguły mój żołądek wykonywał różnego rodzaju salta godne światowej klasy cyrkowca.

Oczywiście cała reszta obowiązków spadła na mnie. Sprzątanie, pranie, zakupy i… uprawianie ogródka, znajdującego się tuż za chatą Perpetuy. Na nic zdało się jęczenie, że mieszkam od urodzenia w bloku i w życiu nie miałam w ręku łopaty, wiedźma pozostała nieugięta.

- Musisz znać swoje miejsce w tym świecie. Ja jestem byłą królową, ty, jak na razie, zwykłą służącą. Nie mogę mieć więcej zajęć od ciebie- tłumaczyła spokojnie kobieta, podczas gdy we mnie aż gotowało się ze złości. Własnej matce i babci tyle nie pomagałam, co tej tutaj, zupełnie obcej mi osobie.

Mimo wzburzenia, zacisnęłam zęby i zdecydowałam się więcej nie odzywać. Nie miałam ochoty na rozmowy. Zamiast tego zajęłam się odchwaszczaniem ogródka. Przy ogólnej wiedzy, jak wyglądają marchewki, pomidory czy kalarepy, omijałam je, więc początkowo szło mi całkiem nieźle, a kiedy ewentualnie nie odróżniałam potrzebnych roślin od tych zbędnych, kierowałam się własnym widzi-mi-się i w duchu miałam nadzieję, że uda mi się wydostać z tej krainy, zanim Perpetuę dopadnie zimą głód z powodu niewystarczającej liczby zbiorów.

Kiedy ból w mięśniach od ciągłego schylania się i kucania zaczął być bardzo dokuczliwy, zerknęłam na niebo. Słońce znajdowało się już nisko, a Mattiasa ani śladu.

- Myślę, że wystarczy na dziś. Dobrze się spisałaś- odezwała się Perpetua, która ukazała się właśnie w tylnym wyjściu ze swojego domu.- Masz ochotę na coś do jedzenia?

Podniosłam się z klęczek, otrzepałam brudne ręce z nadmiaru ziemi i pokręciłam przecząco głową.

- Nie, dziękuję. Ten udziec dzika na obiad utrzyma mnie z pewnością przy życiu do jutrzejszego śniadania.

Perpetua rozchmurzyła się, jakbym powiedziała coś miłego, a potem podążyła za moim wzrokiem.

- Wypatrujesz Mattiasa? Nie zjawi się tu, mogę cię o tym szczerze zapewnić.

- Ale rano powiedział…

- On bardzo dużo mówi, co nie znaczy, że jego słowa zawsze są prawdziwe.

Spuściłam wzrok, zażenowana własną naiwnością. Jak mogłam choć przez moment polegać na tym zapitym, zapatrzonym w siebie dupku?

- Hm…- mruknęłam.- W takim razie obawiam się, że mogę się jutro tu nie zjawić.

- Dlaczego?

- W mieście już pewnie czeka na mnie stos. Ludzie przecież domyślają się, o jakiej porze wracam. Chyba, że…- nagle wpadł mi do głowy pomysł- A jeśli istnieje inna droga do zamku niż ta, którą przemierzyłam z Mattiasem? Może jest tu jakieś przejście, które pozwoliłoby ominąć kilka dzielnic stolicy?

Teraz z kolei to kobieta się zmieszała.

- Oczywiście, że istnieje. Tylko nikomu bym go nie polecała. Zwłaszcza tobie, gdy dopiero wczoraj zjawiłaś się w Magicznym Świecie.

Przewróciłam oczami.

- Co jest z tą trasą nie tak? Wiedzie przez jakieś bagna albo ruchome piaski?

- Jest nawiedzona- odparła całkiem poważnie kobieta, a ja, widząc jej przestraszony wzrok, o mały włos nie wybuchłam śmiechem.

- Tylko tyle? Martwych się w tej chwili nie boję, to raczej żywi dybią na moje życie. Proszę, niech mi duchess pokaże tę drogę, spróbuję jakoś dotrzeć do zamku przed zmrokiem.

Perpetua ociągała się przez chwilę, aż w końcu dość niechętnie pokazała ręką na ścianę lasu i biegnącą między drzewami ścieżynkę.

- Wystarczy, że pójdziesz wzdłuż niej i bez problemu dotrzesz do mostu, wiodącego na zamek. Idź już, bo zmierzch nadchodzi, a droga przed tobą jeszcze długa. Uważaj na siebie.

- Dziękuję- wyznałam szczerze, po czym chwytając poły sukni i peleryny, aby je lekko unieść (nie chciałam nimi zahaczyć o wystające korzenie, co mogłoby je nazbyt szybko zniszczyć, a kto wie, kiedy dostanę następny taki komplet?), ruszyłam śmiało w stronę drzew.

Początkowo wszystko szło świetnie. Słońce znajdowało się jeszcze wysoko i oświetlało ścieżkę przede mną. Kiedy było jasno, las nie wydawał się straszny.

Jednak kiedy nastał mrok… zaczęłam się naprawdę bać. Ochłodziło się i trzęsłam się z zimna, a ścieżka przede mną tonęła w ciemnościach tak samo, jak świat wokół mnie. Tylko gwiazdy nade mną zdawały się potwierdzać, że nie trafiłam na same dno piekła, czego nie można było powiedzieć o odgłosach, dobiegających zewsząd. Dygotałam ze strachu. Przez chwilę przemknęło mi przez głowę, aby położyć się i spróbować zasnąć, aby przenieść się do mojego łóżka, ale nie zrobiłam tego. Za bardzo bałam się śmierci- w każdym z możliwych światów.

- Niech to wszystko diabli wezmą…- mruknęłam i przyspieszyłam kroku. Nagle biały szron zaczął piąć się po ściółce wokół mnie. Wytrzeszczyłam oczy, zdumiona tym niecodziennym zjawiskiem.

- Kim jesteś?- odezwał się damski głos. Podniosłam głowę i napotkałam przed sobą niezbyt zadowolony wzrok młodej kobiety odzianej, tak jak ja, w ciemny płaszcz. Wzdrygnęłam się.

- Przestraszyłaś mnie- powiedziałam z wyrzutem, ale ani jeden mięsień w jej twarzy nie drgnął. Najwyraźniej czekała na moją odpowiedź, a ja mimowolnie zerknęłam na linę, którą trzymała. Przemknęła mi przez głowę straszna myśl…

- Jestem nowym Czarnym Kapturkiem, ale to w tej chwili bez znaczenia. Powiedz mi, czy ty aby nie chcesz sobie zrobić czegoś złego? Przepraszam, że o to pytam, ale rozumiesz, przez ten las podobno nikt nie chodzi, więc jest idealnym miejscem, żeby się powie…

- Och, nie musisz się obawiać. Dla tego świata jestem już martwa- przerwała mi niespodziewanie i uśmiechnęła się przebiegle, a potem nagle… rozpłynęła się w powietrzu. Krzyknęłam i odskoczyłam, upadając przy tym.

Chyba…

Chyba właśnie widziałam ducha.

Takie rzeczy nie przydarzają się normalnym ludziom na co dzień (choć raczej nie zaliczałam się już do tej grupy społeczeństwa, pretendującej do takiego miana). Mimo to, spotkanie „istoty paranormalnej” zrobiło na mnie spore wrażenie, więc pozbierałam się szybko i omijając miejsce, gdzie wcześniej stała kobieta, ruszyłam biegiem przed siebie. Serce galopowało mi w piersi, ale nie zważając na zmęczenie, chciałam jak najszybciej znaleźć się w zamku. Wśród ludzi.

Drzewa zaczęły przerzedzać się, a ja w końcu zwolniłam kroku, bo w przeciwnym razie moje płuca mogły eksplodować od nadmiernego wysiłku. Ścieżka prowadząca z domu Perpetuy zaprowadziła mnie wprost do najbogatszej dzielnicy stolicy: stamtąd już tylko kilka metrów dzieliło mnie od mostu.

Strażnicy zerkali na mnie ciekawie, ale nie ruszyli się i przepuścili mnie bez większych problemów. Mocno wytężając pamięć, dotarłam zawiłym labiryntem korytarzy do swojego pokoju.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy po otwarciu drzwi okazało się, że mam gościa.

- Mattias?!- krzyknęłam, a postać leżąca na moim łóżku jęknęła.

- Nie tak głośno…- mężczyzna chwycił się za głowę i przekręcił się na drugi bok. Zerknęłam na pobojowisko na podłodze: kiedy opuszczałam to miejsce nad ranem, na pewno nie było tu tylu pustych butelek. I na pewno nie było w powietrzu czuć zapachu alkoholu.

- Jesteś pijany…- teraz to ja z kolei jęknęłam.

- Może troszeczkę…

Przewróciłam oczami.

- Czy to dlatego nie przyszedłeś po mnie? Bo urządziłeś tu sobie prywatną imprezę?

- A słońce już zachodzi?

- Mattias, jest ciemno od dłuższego czasu…

Westchnęłam, nie mając ochoty na dalsze dyskusje z nim. Skierowałam swoje kroki do łazienki i umyłam w pierwszej kolejności ręce, a potem twarz. Zimna woda pomogła mi przyjść do siebie i ochłonąć po wcześniejszych wydarzeniach. Kiedy wróciłam, królewski kuzyn siedział z głową między kolanami. Oparłam się o drzwi i skrzyżowałam ręce na piersi, nie wiedząc, co z nim zrobić.

- Nawaliłem, prawda?- mruknął, a ja przytaknęłam. Kiedy nie zareagował, zdałam sobie sprawę, że mnie nie widzi i muszę wydać z siebie głos.

- Masz szczęście, że Perpetua wskazała mi drogę przez las, bo w przeciwnym razie nie byłoby mnie tu.

- Ta stara wiedźma pozwoliła ci wrócić lasem Pagitty?!- krzyknął niespodziewanie Mattias i wyprostował się. Był zły.- Nie możesz tamtędy chodzić. Ta droga jest nawiedzona.

- Jesteś ostatnią osobą, która powinna mi rozkazywać- burknęłam i ruchem głowy wskazałam na drzwi.- Czas na ciebie. Chcę iść spać.

- Za momencik… Daj mi sobie przypomnieć, po co ja tu tak właściwie przyszedłem… to chyba było coś bardzo ważnego… Ach, już wiem! KLUCZ!- krzyknął znowu mężczyzna i zaczął gorączkowo przeszukiwać swoje kieszenie. Uniosłam brwi.

- Klucz? Od czego?

- Od twojego pokoju. Dopiero dziś po południu wpadłem na to, że możesz go potrzebować. Kiedy tradycyjnie beztrosko oddawałem się boskiemu obżarstwu- nie Kapturku, nie patrz na mnie oskarżycielsko, sama wiesz, jak dobrze tu gotują!- usłyszałem kilka ciekawych plotek na twój temat. Wiesz, poprzedni Czarny Kapturek nie grzeszył młodością ani urodą, więc raczej nikt nie zwracał na Alicję uwagi. Ty, no nie ukrywajmy, trochę się od niej różnisz. Pomyślałem więc, że mogłabyś być zdziwiona, kiedy w nocy wtargnie tu kilku podchmielonych chłopaczków w zbrojach, żeby się z tobą zabawić, niekoniecznie za twoim przyzwoleniem.

Serce znowu mi przyspieszyło ze zdenerwowania. Nie pomyślałam, że mogę być tak postrzegana na zamku, ale skoro byłam tu jedyną kobietą, to chyba nie było to aż tak dziwne?

Nagle zdałam sobie sprawę, że właśnie jestem w tym pokoju sam na sam z Mattiasem. Otworzyłam szerzej oczy, a mężczyzna musiał domyślić się, nad czym właśnie się zastanawiałam, bo roześmiał się.

- Hej, bez przesady, mnie nie musisz się obawiać. Jak zauważyłaś, nie rzuciłem się na ciebie wczoraj, ani dziś rano, a wtedy również miałem taką okazję.

Zaczerwieniłam się.

- Przepraszam. Jestem już po prostu zmęczona i naprawdę nie marzę o niczym innym, jak o powrocie do mojego świata.

- Rozumiem. Już się zbieram- odparł Mattias i wstał niepewnie. Podszedł do mnie chwiejnym krokiem i wręczył mi duży klucz.- Proszę. Jest twój.

- To jedyny egzemplarz?- spytałam, a on uśmiechnął się drwiąco.

- Podejrzewasz, że mógłbym zrobić sobie kopię? Otóż zawiodę cię, istnieje tylko jeden taki klucz, więc racz go nie zgubić. Przyniosłem ci też koszulę nocną, bieliznę i kilka innych drobiazgów, które mogą ci się przydać. Przyjdę cię obudzić nad ranem i zaprowadzę cię znowu do Perpetuy. Dobrych snów Kapturku- powiedział Mattias i pocałował mnie w czoło. Poczułam ulgę.

- Dobranoc. I… dziękuję. Naprawdę- wyznałam szczerze, choć gdzieś w głębi mnie rozum krzyczał, że ten człowiek przede mną ma też inne oblicze. Bardziej agresywne. Poza tym, wątpiłam, aby jego dobroć była krystalicznie szczera: nie ma nic za darmo.

Kiedy Mattias był już w drzwiach, odwrócił się na chwilę i z tym swoim irytującym uśmiechem dodał na odchodnym:

- A wiesz, że Vincent dzięki swojej magii może otworzyć każdy zamek?

Moja mina musiała go naprawdę rozbawić, bo jego rechot było słychać jeszcze długo po tym, jak wypchnęłam go z pokoju, z hukiem zamknęłam drzwi, zakluczyłam je, a potem dwa razy nacisnęłam na klamkę, by sprawdzić, czy aby nikt nieproszony nie zakłóci mi snu- przynajmniej do powrotu Króla.

.

.

Otworzyłam oczy. Odruchowo sięgnęłam po komórkę, by sprawdzić godzinę: 5:59. Za minutę miał zadzwonić budzik, ale nie zdążył, bo wyłączyłam go. Zerknęłam na nową wiadomość.

„Od Kasia” Cześć Karolina, umiesz wszystko na dzisiejsze zajęcia z dr Polkiem? 

Uśmiechnęłam się.

Z powrotem w domu!

.

.

.

1716 słów!

Mam nadzieję, że wszyscy dzielnie  przebrną przez ten rozdział.

Kto nie może doczekać się powrotu Króla Vincenta… może mu się spodobać kolejny post:)

Pozdrawiam wszystkich czytelników- bez WAS nie byłoby tego bloga.