- Od mojego przybycia do Magicznego Świata minęły ponad dwa tygodnie- powiedziałam sama do siebie i ułożyłam się wygodniej na łóżku w moim pokoju w królewskim zamku. Wierzyć mi się nie chciało, że to już tyle czasu upłynęło, a nadal nie mogłam przywyknąć do tego, co działo się w moim życiu.

W moim świecie to budzik co dzień podrywał mnie na równe nogi, TU robił to Mattias, kiedy wracał z nocnej imprezy. Kiedy ja ubierałam się w łazience, on przysiadał na krześle w pokoju i krótko streszczał mi swoje przygody z poprzedniego dnia (coś w stylu: „nie sądziłem, że nowa mieszanka alkoholi wykonana przez Carlosa może być tak pobudzająca!” lub „poznałem dziś pewną kobietę o anielskim imieniu Andżela, żebyś tylko widziała, jakie ma wielkie… oczy!”). Przekazywał mi też najnowsze ploteczki, które w istocie często nic mi nie mówiły- co mnie obchodziło, że córka duchess Sary i diuka Jana jest w ciąży z lokajem? Nawet nie widziałam tej dziewczyny na oczy.

Kiedy byłam gotowa do wyjścia, Mattias oddawał mnie pod opiekę jednego z wojskowych, który zawsze jechał kilka metrów za mną, gdy szłam przez miasto okryte pierwszymi promieniami słońca. Obecność królewskiego rycerza budziła respekt i póki co, incydent taki, jak pierwszego dnia, szczęśliwie dla mnie się nie powtórzył.

Śniadanie jadałam razem z Perpetuą i z reguły opowiadałam jej przy tym o mojej rodzinie, znajomych i codziennym życiu w moim świecie. Kobieta zawsze słuchała tego z zaciekawieniem i zadawała miliony pytań, na które posłusznie odpowiadałam. Po posiłku każda z nas szła w swoją stronę: ja zajmowałam się sprzątaniem, praniem i ogrodem, gdy w tym czasie Perpetua znikała za kuchennymi drzwiami, skąd dobiegały smakowite zapachy.

Nim zdążyłam się obejrzeć, siadałyśmy do obiadu, a kiedy umyłam po posiłku ostatni talerz, na horyzoncie pojawiał się ten sam wojak, co rano i czas było się zbierać w drogę powrotną do zamku.

Tam, zamykałam się w swoim pokoju, myłam i szłam spać. Tak właśnie wyglądało moje życie w Magicznym Świecie w ostatnim czasie.

Jednak dzisiejszy dzień miał być inny. Coś wyraźnie wisiało w powietrzu, gdy rano Mattias radośnie oświadczył mi, śpiewając do wymyślonej przez siebie melodii:

- Dziś król wraca, wraca król, kto o tym nie słyszał, ten jest… ciul!

- I z czego się cieszysz?- odkrzyknęłam z nutką poirytowania w głosie, jednocześnie naciągając na siebie w łazience suknię, która powoli zaczynała przypominać worek na śmieci w stanie rozkładu.

- Lubię Vincenta! Gdy przebywa w stolicy zawsze COŚ się dzieje, a podczas jego obecnego pobytu w Tergocie, wieje tu nudą…

- Słuchając twoich opowieści, odnosi się wręcz odwrotne wrażenie.

- W takim razie pomyśl, cóż może się zdarzyć, gdy dziś przyjedzie!

Teraz, gdy leżałam w łóżku, przypominałam sobie tę poranną rozmowę i z żalem stwierdziłam, że jednak nic się nie zmieniło. Może to i dobrze? Vincent to nie był ktoś, kogo chciałoby się spotkać na swojej drodze.

Wszystkie te myśli pojawiły się w mojej głowie w złą godzinę, bo niespodziewanie ktoś zaczął walić w drzwi. Serce podskoczyło mi do gardła i usiadłam gwałtownie.

- Karolina, to ja, Mattias! Otwórz!- krzyknął znajomy głos.

- Skąd… skąd mam wiedzieć, że to ty?- zapytałam głośno, wstając i podchodząc bliżej. Moje nogi były w tej chwili jak z waty.

- Nie ma teraz czasu na zabawę, wychodź!- rozkazał, ale uparłam się, aby jakoś udowodnił mi swoją tożsamość. W końcu nadal miałam w pamięci ostrzeżenia o nieproszonych gościach, którzy mogli chcieć wtargnąć do mojej komnaty.

- Któż inny wiedziałby, że z domu nazywasz się Konwalicka? Pamiętasz, jak przedstawiłaś się mi pierwszego dnia swojego pobytu tutaj?! Pewnie tak! A teraz otwieraj, bo naprawdę NIE MA CZASU!- odparł wyraźnie zdenerwowany.

Drżącymi dłońmi przez dłuższą chwilę nie mogłam włożyć klucza do zamka, a gdy już mi się to udało, po raz pierwszy miałam okazję ujrzeć tak zdenerwowanego królewskiego kuzyna.

Natychmiast udzielił mi się jego strach.

- C…c…o się dzie… dzie…je?- wydukałam. Chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą.

- Prędko!- rzucił tylko i zaczął biec, a ja starałam się za nim nadążyć. Kiedy ruszyliśmy schodami w stronę jednej z najwyższych wież, ciarki przespacerowały się po moich plecach.

Zrozumiałam, dokąd idziemy.

Te stopnie kierowały prosto do królewskiej komnaty.

Natychmiast odezwał się we mnie mój pierwotny instynkt ucieczki.

- Nie chcę!- warknęłam i starałam się wyrwać swoją dłoń z ręki Mattiasa, ale tylko go tym zdenerwowałam.

- Zachowuj się- wycedził i jednym zgrabnym ruchem podniósł mnie, jakbym była lekka niczym piórko. Zaskoczyło mnie to na tyle, że nie zdążyłam zareagować w żaden sposób, a od drzwi królewskiej komnaty dzieliły nas już tylko kroki.

- Jesteśmy!- zakrzyknął, wpadając jak przeciąg do pokoju. Rzucił mnie na łóżko, a ja szybko rozejrzałam się po pomieszczeniu i zdębiałam.

Oprócz mnie i Mattiasa znajdowały się tu jeszcze dwie osoby.

Pierwszą z nich był człowiek w długich włosach, z ciałem pokrytym czymś, co wyglądało mi na skórę jaszczura. Ubrany był w lekarski, śnieżnobiały kitel, który w niczym nie różnił się od tych, które nosili lekarze w moim świecie.

Z kolei drugą osobą był nie kto inny, jak król Vincent. W niczym jednak nie przypominał tego groźnego władcy, którego spotkałam pierwszego dnia w Magicznym Świecie. Teraz był ułożony na łóżku w kompletnym stroju z rękoma, zaciśniętymi poniżej serca, na czarnej koszuli.

A ja właśnie leżałam sobie obok niego.

- Oto ONA, ta dam!- obwieścił dumny z siebie Mattias, a obcy mi mężczyzna wwiercił we mnie swój przenikliwy wzrok.

- Kiedy ostatnio miałaś badaną krew? Chorujesz na coś przewlekle? Jesteś uczulona?

Skuliłam się pod nawałem tych pytań. Na szczęście w mojej obronie stanął Mattias.

- Kalagar, powoli. Karolina nie wie, co się dzieje…

- POWOLI?! VINCENT MOŻE ZA CHWILĘ UMRZEĆ!- ryknął nagle przeraźliwie mężczyzna, a ja postanowiłam otrząsnąć się i spróbować wydobyć z siebie kilka sensownych odpowiedzi.

- Chyba… badałam się pół roku temu. Wyniki miałam dobre. Nie bardzo dobre, ale po prostu… dobre. Jestem alergikiem, ale nie choruję na coś przewlekłego.

- Dobrze, nadasz się- przerwał mi Kalagar i z torby, którą teraz dojrzałam, postawionej w nogach łóżka, wyjął strzykawkę.

- Pobierzemy ci teraz trochę krwi- zaczął tłumaczyć spokojnie Mattias, kiedy zorientował się, że jestem blada, jak ściana i bliska omdlenia, a w tym czasie lekarz, nakładając jednorazowe rękawiczki, uśmiechnął się złośliwie.

- Właściwie to potrzebujemy tej krwi całkiem sporo.

Wytrzeszczyłam oczy ze strachu, a Mattias posłał Kalagarowi złowieszcze spojrzenie.

- Spokojnie, przeżyjesz to. Zaufaj temu szarlatanowi, zna się na swojej robocie. Spróbuj się… odprężyć.

- Na co wam moja krew?- zapytałam nerwowo, zerkają jednocześnie na lekarza, który wyciągał igły i z namaszczeniem przymierzał je do strzykawki, zapewne naumyślnie wybierając coraz to większe.

- Vincent został w drodze powrotnej z Tergotu zaatakowany. Uratował się, ale kosztem utraty dużej ilości mocy, przez co teraz jest nieprzytomny. Jeżeli szybko nie dostanie Koktajlu Czerwonej Krwi, może nie przeżyć dzisiejszej nocy…- wyjaśnił Mattias, ale nadal nie zgadzało mi się jego w miarę „logicznym” wywodzie kilka rzeczy.

- W porządku, mogę być dawcą, ale dlaczego akurat JA? Wszyscy mamy życiodajną substancję w żyłach. Do tego nie macie pojęcia, czy Vincent może przyjąć moją grupę krwi.

Kalagar zbliżył się i zaczął obmacywać moją rękę w poszukiwaniu dogodnego miejsca na wkłucie. Dotyk jego obślizgłej skóry odrzucał mnie, ale doktor wydawał nic sobie z tego nie robić.

- Karolina, obawiam się, że w Magicznym Świecie czerwoną krew mają tylko cztery osoby: ty, Vincent, Perpetua, której, nawiasem mówiąc, krew niedawno pobieraliśmy i nie możemy tego zrobić ponownie przez dłuższy czas, no i jeszcze matka Vincenta, której śmierć najstarszego syna jest zupełnie na rękę.

- A grupa twojej krwi jest zupełnie obojętna: potrzebujemy tej „życiodajnej substancji”, jak rzekłaś, wyłącznie do sporządzenia Koktajlu, nie do transfuzji- odezwał się Kalagar, zaciskając powyżej mojego łokcia opaskę.

- Jak to tylko cztery osoby mają czerwoną krew?- zwróciłam się do Mattiasa, marszcząc czoło, jak zawsze w chwili, gdy zamyślałam się nad czymś głęboko.

Mężczyzna nie wiedział najwyraźniej, jak mi to dokładnie wyjaśnić słowami, więc po prostu wyjął zza pasa nóż i przeciął kawałek swojej dłoni.

A niech to.

Czegoś takiego jeszcze nie widziałam.

Z ręki Mattiasa cieniutkim strumieniem sączyła się krew. Albo nie, tego chyba nie można było nazwać krwią, skoro substancja ta była błękitnego koloru. Niczym woda: źródlana i krystalicznie czysta.

- Koniec tych prezentacji. Przed tobą długa noc, więc radziłbym ci zasnąć- stwierdził Kalagar, uśmiechnął się obleśnie i wbił mi szybko igłę w przedramię.

Poczułam przeraźliwy ból i musiałam zemdleć, bo gdy kolejny raz otworzyłam oczy, nic już nie czułam i znajdowałam się w swoim łóżku, w wynajmowanym przeze mnie pokoju w Dużym Mieście. Zza drzwi słychać było Izę, krzątającą się przed wyjściem po korytarzu, jak co rano.

Cokolwiek Kalagar zrobił mi w Magicznym Świecie, z pewnością nie było to zwykłe pobieranie krwi.

Po raz pierwszy od ponad dwóch tygodni znowu poczułam strach przed ponownym położeniem się spać.

Niech to szlag.

 .

.

.

Rozdział ten napisał się chyba sam: przeszedł mi wyjątkowo lekko, może nawet za bardzo.

Chciałabym po raz kolejny podziękować tym, którzy tu zaglądają i dzielą się ze mną swoimi wrażeniami po przeczytaniu moich tekstów- jak wiecie z własnego doświadczenia, daje to całe mnóstwo radości:)!

Pozdrawiam i pamiętajcie, by korzystać z wakacji, póki jeszcze w miarę słoneczna pogoda!