- Cafe- chantant oznaczało w latach 50. tamtego wieku kawiarnię, gdzie można było coś zjeść, lecz której główną atrakcją były tak naprawdę występy muzyczne kobiet, świadczących usługi seksualne. Goście lokalu w czasie występów przechadzali się wokół sali i pilnie studiowali obiekty swoich zainteresowań…- tłumaczyła natchnionym głosem profesor Jadeit z katedry, gestykulując przy tym żywo, ale chyba do żadnego ze studentów nie trafiały jej słowa.

Nie chodziło o to, żeby ta kobieta nie potrafiła wyłożyć danego tematu z pasją. Co to, to nie!

Niestety, godzina 20:15, wyznaczona przez dziekana na wykłady z modernizmu, była nie do przyjęcia dla studentów, których zajęcia tego dnia trwały już od godziny 8:30.

Czyli na przykład dla mnie.

- Nie wytrzymam tu dłużej- jęknęłam cicho i położyłam głowę na moim notatniku, w którym dziś nic nie zapisałam.

- Też mam dość. Zmywamy się?- odszepnęła Kasia, moja towarzyszka niedoli i nie czekając na odpowiedź, zaczęła pakować swoje manatki.

Dołączyłam do niej, a potem podniosłyśmy się ze swoich miejsc i jak najciszej przemknęłyśmy do wyjścia, by nie zakłócać innym nauki.

- Świeże powietrze, nareszcie!- odetchnęłam z ulgą, gdy wydostałyśmy się z dusznego Instytutu.

- Przepraszam, ale zatruję ci je trochę. Muszę zapalić- odparła Kasia, zawzięcie przeszukując swoją torebkę w poszukiwaniu paczki papierosów.

- Ile razy mówiłam ci, że zgodnie z prawem nie można puszczać dymków na ulicy?

- Oj, skończ z tym belferskim tonem- odburknęła niechętnie, a po chwili, z dumą odkrywcy Ameryki, ujęła w dwa palce cienkiego mentolowego i odpaliła go od swojej zapalniczki z pacyfką.

Zamilkłam i odwróciłam głowę w drugą stronę, aby nie czuć znienawidzonego przeze mnie zapachu.

Ulice Dużego Miasta, mimo wieczornej pory, nadal były zapełnione. Do wyjścia na zewnątrz zdecydowanie nakłaniała pogoda: maj, wyjątkowo zimny w tym roku, podarował spragnionym słońca Polakom jeden dzień ciepła. Sezon wiosennych spacerów i imprez można było uznać tym samym za rozpoczęty.

- Karolina, mi możesz powiedzieć.

- Hm?- mruknęłam i odwróciłam się do Kasi, która chyba coś do mnie mówiła. Teraz dziewczyna zacisnęła usta w wąską linijkę i strzepnęła trochę popiołu z końca papierosa.

- O tym właśnie chciałabym z tobą porozmawiać. Jesteś ostatnio jakaś nieswoja i wydajesz się być nieustannie oderwana od rzeczywistości. Mówię do ciebie, a ty jesteś nie tylko myślami, ale też ciałem, jakby w zupełnie innym świecie!

Skrzywiłam się na te słowa, czując się tak, jakby ktoś przyłapał mnie na gorącym uczynku.

- Tak ci się tylko zdaje…- zaczęłam się usprawiedliwiać, ale nagle dojrzałam swój tramwaj, wyłaniający się zza zakrętu.- Przepraszam, muszę już lecieć….

- Dokończymy jeszcze tę rozmowę!- zdążyła jeszcze tylko krzyknąć za mną Kasia, gdy popędziłam jak wicher w stronę przystanku.

Zdążyłam. Motorniczy zamknął drzwi tuż po moim wskoczeniu do wagonu.

Ruszyliśmy.

W tramwaju nie było wolnych miejsc siedzących, dlatego chwyciłam się kurczowo jednego z uchwytów, by nie upaść w czasie hamowania. Stanęłam blisko lekko uchylonego okienka- od zapachu kilku bezdomnych, śpiących na tylnym siedzeniu można było paść trupem.

Jednak dziś nie przeszkadzało mi to tak bardzo, jak jeszcze rok lub dwa lata temu, gdy zaczynałam studia i gdy…

… gdy nie przemieszczałam się jeszcze pomiędzy dwoma światami: realnym i magicznym.

Cholera!

Zaklęłam w myślach, zdenerwowana tym, że moi znajomi zaczęli dostrzegać zmiany w moim zachowaniu. Co ja im miałam na te podejrzenia odpowiedzieć? Gdybym wyznała prawdę, uznaliby mnie za wariatkę, a wystarczy, że już ja posądzałam siebie o szaleństwo.

Musiałam na przyszłość wymyślić sobie jakąś wymówkę. Może kłopoty finansowe? Tak, coś w tym stylu się nada. Mamy w końcu kryzys gospodarczy, a czynsz za mój pokój wynosi zdecydowanie za dużo.

Tramwaj zatrzymał się na przystanku „Plac Cezara” i  z ulgą nacisnęłam przycisk, otwierający drzwi, aby się wydostać z wagonu. Razem ze mną wysiadło jeszcze kilka osób, które, podobnie jak ja, spieszyły się i nie zwracały na mnie najmniejszej uwagi. Anonimowość Dużego Miasta po raz pierwszy zaczęła mi się podobać.

Do mieszkania dotarłam w ciągu dziesięciu minut. Zapaliłam światło w małym, dość obskurnym przedpokoju i zdjęłam z siebie pomarańczowy płaszcz. Kiedy wieszałam go na wieszaku, zerknęłam na prawo: spod drzwi pokoju Izy i Adama widoczna była wąska smuga światła, co oznaczało, że moi współlokatorzy są u siebie. Uspokoiło mnie to trochę: zawsze to milej wiedzieć, że w mieszkaniu jest jeszcze ktoś przyjazny.

Skierowałam się do kuchni, zrobiłam sobie herbatę z melisy i zupkę z paczki, a potem z dwoma parującymi kubkami zamknęłam się w swoim pokoju.

Wieczór wyglądał jak zwykle: krótka rozmowa z rodzicami i z siostrą przez telefon, przygotowanie się na jutrzejsze zajęcia (a przynajmniej zrobienie w tym celu tak dużo, jak się dało), uszykowanie ubrań na następny dzień, umycie się i…

Spanie?

Nie bardzo chciałam dziś usnąć, choć mięśnie błagały o wypoczynek, a powieki same opadały, jakby ważyły tonę. Jednocześnie czułam się za bardzo podenerwowana by zasnąć.

W ciągu dnia na uczelni udało mi się zapomnieć o jaszczurczej skórze Kalagara, nieprzytomnym Vincencie i bolesnym pobieraniu krwi, ale teraz wszystkie wspomnienia z Magicznego Świata odżyły we mnie na nowo i sprawiły, że moja broda niepokojąco drżała, a żołądek zwijał się w kłębek, jak jojo.

Zmęczenie jednak musiało wziąć górę nad strachem, bo nim przekręciłam się na drugi bok, moja świadomość opuściła Duże Miasto, by ulecieć do zamkowej komnaty, w innej krainie, w innym wymiarze.

.

.

- Budzą się!

Ten okrzyk należał chyba do Mattiasa. Nie mogłam jednak w żaden sposób upewnić się, co dzieje się wokół mnie, ponieważ… n i e  m i a ł a m  s i ł y  o t w o r z y ć  o c z u.

- Królu, proszę nie wstawać! Najpierw muszę zmierzyć Waszej Wysokości ciśnienie i zbadać Waszą Królewską Mość!- odezwał się służalczym tonem… Kalagar? Tak, to chyba był on. Usłyszałam zamieszanie tuż obok siebie i stęknięcie.

- Pobraliście… krew… od Karoliny tak… jak kazałem?- zapytał Vincent, wymawiając z trudem słowa, jakby sprawiały mu ból.

- Tak. Szkoda, że nie uprzedziłeś nas wcześniej, że dziewczyna nadaje się do pomocy w razie czego. Ale to takie w TWOIM stylu, zdobywać ważne informacje tylko dla siebie. I tak nieźle, że wyjawiłeś nam ten szczegół o kolorze jej krwi, chwilę przed utratą świadomości- mówił z przekąsem królewski kuzyn i pewnie narzekałby dłużej, gdyby nie padły te słowa:

- Ciśnienie dobre, stan stabilny, Wasza Wysokość.

„A co ze mną?!”- chciałam się wtrącić, ale nie zrobiłam tego. Nie dlatego, że nie chciałam, ale dlatego, że nie mogłam. W moim ciele nie było siły. Mocy. Energii. Nie byłam w stanie kierować żadną częścią siebie. Nawet ciarki, które często wstępowały na moją skórę, gdy śmiertelnie się bałam (tak, jak np. teraz)- nie pojawiły się.

I tak cud, że miałam siłę myśleć.

Nadal jednak CZUŁAM. Ale nie był to już ból. Raczej… błogość. Byłam całkowicie bezładna, a jednak zorientowałam się, kiedy Kalagar uniósł lekko moją rękę i założył mi opaskę ciśnieniomierza.

- Co się tak właściwie wydarzyło w Lesie Pagitty? Marlok nadal nie jest w stanie wydusić z siebie ani słowa, tak samo jak pozostała dwójka jego towarzyszy. Prawdziwy cud, że sprowadzili cię do zamku- paplał Mattias, tym samym tonem, jakim przekazywał mi co rano najświeższe plotki. Nagle jednak jego głos zabrzmiał, jakby niepokoił się czymś.- I jak doktorku? Co z nią?

- Ciśnienie niskie. Jest osłabiona i chyba całkowicie straciła czucie w ciele. Na szczęście jest młoda i zdrowa, więc wyliże się z tego- oznajmił beznamiętnie Kalagar i dodał.- Najważniejsze, że z jej krwi udało się przyrządzić Koktajl i teraz Miłościwie nam panujący Król czuje się lepiej.

Przez chwilę panowała cisza. Nasłuchiwałam uważnie, co teraz się wydarzy, ale nikt nie przejął się moim stanem. Jako pierwszy odezwał się Vincent:

- Mattias, udasz się do Tergotu. Spotkasz się z Gaelem i poinformujesz go, że ja i moi ludzie zostaliśmy napadnięci przez Szeptaczy Zaklęć Ruchu Błękitnych w Lesie Pagitty.

- To Ruch Błękitnych znowu cię zaatakował?- zdziwił się szczerze królewski kuzyn.- Myślałem, że po tym, jak ostatnio spaliliście ich siedzibę i prawie pojmaliście Fatmę, nie uda im tak szybko zorganizować się na nowo.

- A jednak- odparł chłodno Król.- Mattiasie, masz natychmiast wyruszyć.

- „Mattiasie masz natychmiast wyruszyć”- przedrzeźniał Vincenta jego własny kuzyn.- A co z moimi prywatnymi sprawami? Mam do załatwienia kilka biznesowych kwestii, związanych z Domem Uciech, jestem umówiony na jutrzejszy wieczór z pewną pięknością o imieniu Andżela, a do tego Czarny Kapturek bez mojej pomocy nigdy sobie nie poradzi w stolicy. Nie mogę sobie tak po prostu „wyruszyć” do Tergotu!

- Czego nie zrozumiałeś w słowie „natychmiast”?- przerwał lodowatym głosem Król Vincent.

Atmosfera w pokoju dałaby się kroić nożem. Mimo, że nic nie widziałam i byłam całkowicie obezwładniona, doskonale to wyczuwałam. W napięciu czekałam, co się teraz stanie, bo dotarło do mnie, że Mattias miał rację: bez niego nie dam rady przeżyć kolejnego dnia jako Czarny Kapturek.

Nagle poczułam, że moje powieki stają się lżejsze. Uchyliłam je lekko i zdążyłam zobaczyć, jak wściekły królewski kuzyn kieruje się do drzwi.

- A nie mogłem się doczekać powrotu „Waszej Wysokości”…- mruknął rozeźlony Mattias i z hukiem zamknął za sobą drzwi.

Kalagar skłonił się nisko postaci leżącej obok mnie:

- Za królewskim pozwoleniem, oddalę się teraz- rzekł i również wydostał się z pokoju.

Jeżeli wszystko dobrze zrozumiałam, to właśnie zostałam całkowicie bezwolna w pozycji leżącej w jednym pomieszczeniu sam na sam z Vincentem.

Niedobrze…