Zamknęłam oczy i starałam się leżeć bez ruchu, jakbym nadal była nieprzytomna. Materac na łóżku lekko skrzypnął, gdy mężczyzna obok mnie zaczął się wiercić. Nie minęła nawet minuta, a usłyszałam, jak Vincent wstał i zaczął chodzić po pokoju.

Jednocześnie powoli odzyskiwałam kontrolę na ciałem: przez moje kończyny przechodziły lekkie iskierki, które pobudzały każdy z mięśni do życia wraz z odgłosami kolejnych kroków Króla, jakie docierały do moich czujnych uszu.

Natychmiast chciałam poruszyć palcami (aby upewnić się, że nie zostanę paralitykiem do końca życia) i mając nadzieję, że ten krótki ruch nie zostanie zauważony, uniosłam lekko dłonie nad pościelą.

- W końcu jakiś znak życia- usłyszałam burknięcie i skrzywiłam się. Podniosłam powieki i moje spojrzenie natychmiast napotkało chłodny wzrok Vincenta.

Ciarki wstąpiły mi na skórę (czy ja naprawdę marzyłam wcześniej o ich powrocie?).

- Wolałabym usłyszeć coś w stylu „dzień dobry” albo „dziękuję za uratowanie mi życia”- wychrypiałam, siląc się na żartobliwy ton, ale moje słowa sprawiły, że tym razem to na twarz Vincenta wstąpił grymas.

- Jako KRÓL tego świata, nie muszę nikomu się kłaniać, a tym bardziej nie mam zamiaru nikomu dziękować- odparł z przekąsem i podszedł do okna, osłoniętego ciemnymi, długimi kotarami. Oparł się o parapet i zaczął patrzeć przed siebie.

Ciekawe, czy to, co tam zobaczył, było na tyle interesujące, by ignorować mnie, swoją rozmówczynię?

Myślałam przez chwilę nad tematem, jaki mogłabym poruszyć, ale Vincent uprzedził mnie i nie ruszając się ze swojego miejsca, zaczął mówić sztywnym, profesjonalnym tonem:

- Jesteś Czarnym Kapturkiem już od ponad dwóch tygodni, zatem wiesz z czym wiąże się ta funkcja. Masz być „głosem ludu”. Przez mój wyjazd do Tergotu nie mieliśmy okazji dotąd porozmawiać. Czy masz dla mnie jakieś wiadomości od uboższej części poddanych, które mogłyby zostać uznane przeze mnie za istotne?

Słuchałam tej nużącej wypowiedzi piąte przez dziesiąte. Nie wiem, co się ze mną dziś działo: ale nie poznawałam się, ponieważ po raz pierwszy odważyłam się bliżej przyjrzeć Vincentowi, korzystając z tego, że był skierowany do mnie bokiem i nie zwracał na mnie większej uwagi.

Bezkarnie studiowałam jego profil: krótko przycięte ciemne włosy, mocno zarysowaną szczękę i kości policzkowe; gładką, ale wyglądającą na zmęczoną w świetle poranka cerę…

Nieśmiało prześlizgnęłam też wzrokiem po jego szerokich barkach, które kryły się pod ciemną koszulą, a także po umięśnionych pośladkach i nogach, opiętych czarnymi skórzanymi spodniami.

Przypomniałam sobie chwilę, kiedy ujrzałam Króla po raz pierwszy: zrobił wtedy na mnie spore wrażenie, bo jego widok nieomal zaparł mi dech w piersiach.

Teraz stało się podobnie.

- No więc słucham- powiedział twardo, a ja przywołałam się do porządku.

- Ekhm…- odchrząknęłam, chcąc brzmiąc naturalnie, jakbym przed chwilą wcale nie pożerała go wzrokiem.- Wydaje mi się, że jestem zbędna. Pierwszego dnia mieszkańcy tej jakże „cudownej” stolicy chcieli mnie spalić na stosie, żeby pokazać, jak to wcale nie potrzebują pośrednika między sobą a Królem i sami mogą doskonale wyrażać swoją wolę.

Vincent zmarszczył brwi i znowu zaczął chodzić po pokoju w te i z powrotem, a ja zauważyłam pewną zależność: kiedy jemu ubywało energii, mnie jej przybywało. Każdy jego krok wyzwalał moje ciało od tego irytującego bezwładu.

- Nie może tak być…- wymruczał Król i nagle zatrzymał się, okręcił się i spojrzał na mnie, zwężając przy tym oczy.

- Coś nie tak?- zaniepokoiłam się, a Vincent po raz pierwszy uśmiechnął się lekko.

Boże, dlaczego on musiał być taki przystojny?

- Nie może być tak, że boisz się ludzi z miasta, a oni nie chcą z tobą rozmawiać. Musisz ich do siebie przekonać.

- Że co proszę?- wtrąciłam, czując, że ta rozmowa zmierza w dość dziwnym kierunku- Próba zmiany ich zdania to jak wyprawa w japonkach na górski szczyt. Mam im pomóc znosić drewno na rozpałkę albo może od razu rzucić się z jakiejś wieży?

- Zwariowałaś dziewko? Oczywiście, że nie!

- No to jak mam ich przekonać, żeby mi przekazywali swoje uwagi, co do t w o j e j władzy?- spytałam, a Król nieoczekiwanie zdenerwował się i podniósł głos:

- NIE MÓW DO MNIE NA „TY”! NIKT nie ma prawa się tak do mnie zwracać!

- PRZESTAŃ MI MÓWIĆ, CO MAM ROBIĆ!- wybuchłam nieoczekiwanie.- Mam to gdzieś, czy jesteś KRÓLEM, rycerzem, zapijaczonym hulaką czy innym popaprańcem, będę zwracać się do ciebie, jak tylko będę chciała! NIE PROSIŁAM, żeby mnie ściągać do tego świata, a skoro już tu jestem, to mam dość traktowania mnie, jak PRZEDMIOT! Rób tak, mów tak, ubieraj się tak, a do tego zajmuj się jakąś starą wiedźmą, co mieszka na jakimś zadupiu i pozwól z siebie wypompować krew- CZY JA WYGLĄDAM NA DARMOWY PUNKT KRWIODAWSTWA?!

Wykrzyczałam z siebie, ile tylko sił miałam w płucach, całą złość, która nazbierała się we mnie w ciągu ostatnich tygodni i gwałtownie uniosłam się na łóżku. Spróbowałam wstać, z zamiarem natychmiastowego opuszczenia komnaty, ale przeceniłam swoje możliwości.

Popisowo runęłam na podłogę z wysokiego łóżka, nie mogąc ustać na własnych nogach.

Uderzyłam przy tym głową o kant drewnianego stolika nocnego i zacisnęłam zęby, czując przeszywający ból w czaszce. Mimo tego, nie straciłam przytomności i nie rozpłakałam się. Patrzyłam prosto w zimne oczy Vincenta, który był najwyraźniej w szoku, że śmiałam się tak unieść w jego obecności, a już na pewno nie żywił jakiejkolwiek chęci pomocy mi.

- Ty… ty… Ty życzysz mi śmierci, prawda?- zapytał, cedząc powoli słowa, a każde z nich ociekało nienawiścią do mnie.

Zanim cokolwiek odpowiedziałam, podniosłam się drżącymi rękami do pozycji siedzącej.

- Nie, wcale nie chcę, żebyś umarł, pogięło cię?- mruknęłam i dotknęłam głowy, krzywiąc się z bólu.- Chyba powinieneś usłyszeć ode mnie jeszcze kilka szczerych słów. Jesteś cholernie nadętym b u f o n e m. Myślisz, że jesteś w centrum wszechświata i możesz decydować, jak będą żyć inni, albo czy w ogóle będą żyć. Jesteś twardy, ale trafiła widać kosa na kamień, bo ja nie dam sobą pomiatać. Chcesz- zabij mnie. Śmiało! Nie muszę wcale istnieć w Magicznym Świecie, moja śmierć w tej krainie będzie mi nawet na rękę.- skończyłam, a po chwili namysłu dodałam jeszcze jedno zdanie.- No i jeszcze coś ci powiem, jesteś cholernie przystojny.

Zarumieniłam się, kiedy usłyszałam, jak zabrzmiały te słowa, tuż po moim wcześniejszym wybuchu wściekłości i przeklęłam się za tę nadmierną szczerość.

Vincent wytrzeszczył oczy ze zdumienia, ale wydawał się już spokojniejszy.

- Jesteś… jesteś…- szukał przez chwilę odpowiednich słów.- Jesteś… niemożliwa.- dokończył, wdychając.

Podszedł bliżej i wyciągnął do mnie rękę. Nieufnie spojrzałam na jego dłoń, ale chwyciłam ją i poczułam, jak delikatnym, a jednocześnie pewnym ruchem, jego palce oplatają moje. Przyjemny dreszcz przeszył moje ciało.

Vincent pomógł mi ponownie położyć się na łóżku, a sam przysiadł na jego brzegu obok mnie. Jego bliskość była dość dziwna dla mnie, a jednocześnie… tak niepokojąco przyjemna.

- Dlaczego myślałeś, że życzę ci śmierci?- spytałam, zanim to on zacząłby jakiś mało pociągający mnie temat.

Król lekko uniósł kąciki ust ku górze. Uśmiechnął się!

- Nienawidzisz mnie, przez to, co ci zrobiłem, a co mi przed chwilą pięknie wytknęłaś, więc tak uznałem- odparł i zamilkł na chwilę. Zacisnął wargi, zerknął w stronę okna, a potem znowu spojrzał na mnie i nie spuszczając ze mnie wzroku, wyznał cicho.- Karolino, nie zabiję cię.

- Ale mi też ulga…- prychnęłam, ale on nie dopuścił mnie do głosu.

- Po przyjeździe z Tergotu, gdzie Gael, mój… hm… p r z y j a c i e l doradził mi, abym cię zniszczył, muszę jednak zmienić zdanie, w związku z ostatnimi wydarzeniami. W lesie Pagitty zostałem zaatakowany przez Szeptaczy Zaklęć. To ludzie, którzy nie mają magicznych zdolności, ale za pomocą odpowiednich formuł magicznych mogą rzucać uroki. Dotychczas byli niegroźni, ale Fatma, dziewczyna, której pozwoliłaś uciec pierwszego dnia swojego pobytu w Magicznym Świecie, zorganizowała ponad rok temu Ruch Błękitnych: grupę, do której Szeptacze przyłączają, aby wspólnie siać większe zniszczenie i strącić mnie z tronu.

- Fatma wcale nie wyglądała na taką, co…

- Poczekaj, daj mi dokończyć. Wróćmy do chwili, kiedy Kalagar stwierdził, że można pobrać ci krew do przygotowania Koktajlu Czerwonej Krwi. To jedyna mikstura, która potrafi mnie wyleczyć po nagłej utracie mocy, jak właśnie miało to miejsce wczoraj, gdy musiałem ratować siebie i całe swoje wojsko przed śmiercią w zasadzce. Szeptacze Zaklęcie wiedzieli, że będę wracał przez Las Pagitty, bo tamtędy wiedzie najkrótsza trasa do Tergotu. W grupie potrafią być niezwykle silni i choć jako jedyny posiadam magię i jestem najpotężniejszym człowiekiem w tej krainie, to pokonywanie ich w pojedynkę sprawia mi coraz więcej kłopotów. W regenerowaniu sił na szczęście pomaga mi Kalagar: demon, stary jak Magiczny Świat. Zna się na czarnej magii, zielarstwie, medycynie, zaklęciach i miksturach.

- Tak się zna, że by mnie prawie zabił- mruknęłam, ale Vincent zmroził mnie wzrokiem, abym w końcu przestała mu przerywać.

- Pierwszy raz nie jest najprzyjemniejszy. Poza tym, tu nie chodzi o takie zwykłe pobieranie krwi. Nie wiem, czy zauważyłaś, ale ubyło ci sporo sił życiowych, które ja mam w tej chwili nadmiar. Nie bój się, zregenerujesz swoje, tak jak i ja, gdy utracę twoje.

Vincent wstał i już swoim zwykłym, chłodnym głosem powiedział:

- A teraz dość tych pogaduszek: nie mogę cię zniszczyć, choć tak bardzo działasz mi na nerwy. Jesteś nieposłuszna, arogancka, nieokrzesana, impertynencka… długo by wymieniać. Nie mam zresztą na to teraz czasu, posiadam swoje królewskie obowiązki, zupełnie inne, niż niańczenie pewnej słabowitej idiotki. Możesz tu zostać i regenerować się, gdy mnie nie będzie.

Vincent rzucił mi pogardliwe spojrzenie, a następnie ruszył do wyjścia. Drzwi trzasnęły za nim tak samo, jak wtedy, gdy wychodził przez nie Mattias.

Zostałam sama, ale w życiu nie poszłabym teraz spać, ponieważ dawno nie czułam się tak źle. Nadmiar nowych informacji, upokorzenie i zdenerwowanie…

Wybuchowa mieszanka, która mogła sprawić, że znowu zrobię coś głupiego.

A właściwie… czemu by nie?

Wstałam powoli i zwiesiłam stopy z łóżka. Poruszyłam nimi delikatnie, a kiedy uznałam, że są one w stanie utrzymać mnie w pozycji pionowej- zeskoczyłam z łóżka.

Magiczny Świecie strzeż się… nadchodzę!

 .

.

.

Witam wszystkich, którzy dobrnęli do końca! Szczerze? Miałam z tym problem, kiedy czytałam ten rozdział po raz enty…

Chciałam, aby między głównymi bohaterami ISKRZYŁO. Aby każdy gest, każde słowo wypowiedziane przez nich, niosło za sobą dreszczyk. Niestety to, co jest obecnie pomiędzy Karoliną i Vincentem, jest bardzo trudne do opisania, ale chciałam wyjść od tych trudnych emocji, aby później było tylko ciekawiej…

Przepraszam, że tak rozciągam tę akcję, ale nie samą miłością człowiek żyje, więc Ci, którzy czekają na intymniejsze opisy uczuć, są zmuszeni przebrnąć także przez przygotowany przeze mnie wątek przygodowy second-start. I vice- versa;)

Pozdrawiam i pragnę podziękować za ostatnie komentarze- dziękuję za to wsparcie, bo pisanie tego bez WAS, nie miałoby sensu.

DZIĘKUJĘ!