.

„Przysięgam sobie samej, w oczach Boga,

Być sprawiedliwą.” (Akt V, scena 4 )

Juliusz Słowacki, Balladyna

 .

Po pamiętnym wieczorze w Domu Uciech, zgodnie z królewskim życzeniem, przestałam chodzić przez las Pagitty i odtąd dzień w dzień przemierzałam pieszo ulice stolicy w drodze do chaty Perpetuy. O dziwo, pomysł spalenia mnie na stosie musiał już dawno wyparować poddanym Vincenta z głowy. Patrzono na mnie z nieufnością, często w moją stronę poleciło kilka soczystych wyzwisk, ale zdarzały się też persony, które podchodziły do mnie i zwierzały się ze swoich sugestii, dotyczących funkcjonowania stolicy, lub po prostu dzieliły się ze mną swoimi problemami.

Pierwszą osoba, jaka odważyła się do mnie odezwać, była Gelarda. Kobieta około trzydziestki, ubrana w łachmany, z dzieckiem przy piersi, brudna i wychudzona. Zatrzymała mnie, gdy dzień po wizycie w Domu Uciech, rozpaczliwie próbowałam wydostać się poza miasto wąskimi uliczkami najbiedniejszej dzielnicy.

- Potrzebuję pieniędzy- powiedziała bez ogródek, nie siląc się na żadne powitanie, kiedy chwyciła mnie żylastą ręką za mój czarny płaszcz i zmusiła do zatrzymania się.

- Nie mam- odparłam szybko, chcąc się jej pozbyć, ale po chwili uświadomiłam sobie, jak egoistycznie się zachowałam. Jeden rzut oka na tę kobietę wystarczył mi i od razu domyśliłam się, w jak kryzysowej sytuacji musiała się ona znajdować.- Jak masz na imię?- dodałam, tknięta nieprzyjemnym ukłuciem w okolicach serca.

- Gelarda. Mieszkam za karczmą Olgierda. Niedawno urodziłam tego bachora i nie mam za co go wykarmić. W czasie ciąży mogłam jeszcze wyjść na ulicę i dorobić sobie, ale teraz nie mam z kim zostawić dzieciaka, a samotnej matki z dzieckiem nikt nie chce w swoim łóżku. Albo Król mi pomoże, albo zdechnę, jak zwierzę- powiedziała twardo, spoglądając mi w oczy z dumnie uniesioną głową. Cierpienie najwyraźniej ją zahartowało i śmiało stawiała życiu czoła, podczas gdy ja w czasie tego monologu miałam nogi, jak z waty.

Dotychczas żyłam sobie niemalże w luksusowych warunkach, oddzielona murami zamku lub lasem od tego, co działo się w mieście, gdy tymczasem tu ludzie umierali z głodu i zarabiali na życie swoim własnym ciałem. Vincent nie miał ochoty zapuszczać się w te okolice i w sumie w ogóle mu się nie dziwiłam. Ale skoro ja się już tu znalazłam i miałam okazję pomóc…

- Nie wiem, gdzie jest ta karczma, ale możemy się umówić, że jutro spotkamy się w tym miejscu, gdzie teraz stoimy. Przyniosę ci pieniądze i jedzenie dla ciebie oraz dziecka. Popytam też, czy nie byłoby dla ciebie jakiejś pracy w okolicy- zapewniłam ją szczerze, czując że uda mi się tego dokonać.

Gelarda jednak parsknęła śmiechem w reakcji na mój zapał.

- Myślisz, że jak jesteś królewską kurwą, to uda ci się wszystko załatwić? Wyżebraj od swojego kochasia po prostu trochę kasy, nic więcej od was nie chcę- rzuciła zirytowana i odeszła z zaczynającym kwilić niemowlakiem, zostawiając mnie kompletnie zdezorientowaną.

Zacisnęłam zęby, jednocześnie odtwarzając obelgę, którą przed chwilą usłyszałam. Utwierdziłam się w przekonaniu, że jakimś cudem rzeczywiście uda mi się zrealizować to wszystko, co sobie zaplanowałam- ot tak, żeby zrobić tej kobiecie na przekór.

Mój bojowy nastrój utrzymywał się przez cały dzień pracy u Perpetuy i nie zniknął, nawet gdy stawiłam się wieczorem pod drzwiami komnaty Vincenta. Denerwowałam się, jak będzie wyglądać moje spotkanie z Królem. Nie bałam się go, a swoich uczuć, które coraz silniej we mnie kiełkowały, i tego, jak mogłam się w jego towarzystwie zachować.

Weszłam do komnaty bez pukania i zastałam Vincenta siedzącego przy stole pod oknem. Mężczyzna był zajęty pisaniem i nie odrywając wzroku od kartki, odezwał się:

- Widzę, że moje wczorajsze słowa poskutkowały, królewna się zjawiła. Niestety, nauka dobrych manier, typu pukanie i mówienie dzień dobry, nie leży już w mojej gestii.

- Nie mam czasu na takie drobiazgi. Jestem zmęczona, bo Perpetua nakazała mi dzisiaj pranie swoich sukien, które mają miliony halek, koronek i falbanek, utrudniających tę i tak wystarczająco nieprzyjemną czynność. Do tego przemierzyłam dzisiaj dużo więcej kilometrów niż zwykle, ponieważ poszukiwałam drogi do chaty Perpetuy, która nie prowadziłaby przez las…

- Przecież już tamtędy jechaliśmy- wtrącił się Vincent, nadal coś kreśląc, ale ja nie dałam się wybić z toku mówienia.

- Jestem kobietą i mam prawo mieć kiepską orientację w terenie, tak wykazują badania psychologiczne przeprowadzone w moim świecie. Ale nie o tym chciałam z Królem rozmawiać. Potrzebuję pieniędzy, jedzenia, pracy i może jeszcze…

- Stop!- krzyknął zaskoczony tym słowotokiem Vincent. Odwrócił się teraz na krześle i spojrzał na mnie zmęczonymi oczami.

Natychmiast jakaś iskra współczucia przeszyła moje ciało. Może nawet większego niż to, które żywiłam dla sytuacji Gelardy.

- Po pierwsze, nie możesz tu wpadać tak niespodziewanie. Powtarzam to jeszcze raz, bo nadal mam wątpliwości, co do sprawności twojego umysłu. Po drugie, nie masz prawa żądać ode mnie tych wszystkich rzeczy. Nie jestem maszynką do spełniania życzeń- powiedział sucho, a ja niecierpliwie wysłuchałam tych słów, z niezadowoleniem rejestrując kolejny „komplement”, jaki dziś usłyszałam.

- W takim razie czegoś tu nie rozumiem, ale skoro jestem głupia, mam do tego absolutne prawo. Jestem Czarnym Kapturkiem, zgadza się? Miałam tu przychodzić co wieczór i przekazywać to, co ważnego usłyszałam od ludzi w stolicy. Jedna z mieszkanek najbiedniejszej dzielnicy wyznała mi dziś, że dramatycznie potrzebuje pieniędzy, pracy i jedzenia, bo jeżeli nie dostanie tego, to umrze razem z jej nowo narodzonym dzieckiem. Obiecałam jej, że do jutra wszystko to…

Nagle Vincent roześmiał się w głos. Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc jego reakcji.

- Co w tym zabawnego? Wie Król, dobre wychowanie nakazuje nie naśmiewać się z czyjejś krzywdy- wyrzuciłam mu, na co mężczyzna opanował się i znowu spoważniał, a nawet wydał się lekko zły.

- O nie, TY nie będziesz mnie uczyć dobrego wychowania. Dla twojej wiadomości: śmiałem się z naiwności mojego nowego Czarnego Kapturka. Myślisz, że ile osób jest w takiej sytuacji, jak kobieta, która z tobą rozmawiała? W samej stolicy pewnie tysiące. Nie mam czasu, aby pomagać każdemu, zresztą, dorośli powinni sami sobie radzić.

- Świetnie- odparłam i nie mając ochoty na dalsze dyskusje, zrobiłam obrót na pięcie, aby wydostać się jak najszybciej z tej komnaty.

Nie, to nie, łaski bez- mówi przysłowie.

Nieoczekiwanie usłyszałam:

- Hej, poczekaj!- krzyknął za mną Vincent rozkazującym tonem, a ja, ku własnemu zaskoczeniu, posłuchałam go i zatrzymałam się. Zerknęłam przez ramię na Króla, który stał teraz w drzwiach swojego pokoju. Wyglądał na jeszcze bardziej zmęczonego, niż był, gdy wtargnęłam do jego „kryjówki”.

Ledwo powstrzymałam się przed tym, aby podejść do niego i objąć go. Mimo złości wypisanej na jego twarzy, wydawał się taki… bezradny.

- Nie mogę spełniać wszystkich twoich próśb- zaczął mówić nadal rozgniewanym głosem.

- Nie chcę „wszystkie”. Prosiłam o to, by Król zapewnił tylko jednej kobiecie z dzieckiem godne warunki życia…

- Milcz, bo nie wiesz, co mówisz! Gdybym dla niej okazał się łaskawy, z całego miasta zaczęliby do mnie przychodzić inni żebracy, prosząc o pieniądze, pracę i może jeszcze przytulny pokój na zamku z miejscem przy stole tuż obok mnie. Wbrew pozorom, nie jestem cudotwórcą, aby każdemu dać to, co tylko sobie wymarzy. A zresztą… ty… ty nic nie rozumiesz!- Vincent podniósł głos na koniec swojej wypowiedzi i dysząc lekko, wyczekiwał mojej reakcji.

- Wie Król, że ta kobieta spodziewała się ode mnie pomocy, ponieważ jestem królewską kur… kochanką?! Może to i dobrze, że nie otrzyma, co chciała, bo potwierdziłoby to tylko niepotrzebne plotki na mój temat- syknęłam i znowu ruszyłam przed siebie. Kiedy schodziłam po schodach w drodze powrotnej z wieży, usłyszałam jeszcze, jak Vincent z hukiem zatrzaskuje drzwi od swojego pokoju.

Świetnie. Właśnie marzyłam, aby właśnie ten sposób poprawić nasze relacje.

Następnego dnia, kiedy nad ranem przygotowywałam się do wyjścia do pracy u Perpetuy, Mattias zjawił się już tradycyjnie w moim pokoju, jednak w jeszcze bardziej szampańskim humorze, niż zazwyczaj.

- Przyznaj się, co złego udało Ci się zrobić lub usłyszeć?- zapytałam ironicznie, jednocześnie zapinając górne guziki peleryny. Mężczyzna z głośnym śmiechem rzucił się w ubraniu na moje łóżko, ale nie wymierzył dobrze odległości i głową uderzył o drewniany kant oparcia. Jego radość zmieniła się w pomieszanie jęku z przekleństwem, a ja parsknęłam, nie mogąc dłużej się powstrzymać.

- No proszę, kara przyszła szybciej, niż byś się spodziewał.

- Bardzo zabawne- przedrzeźniał mój głos Mattias, siadając na łóżku i rozcierając bolące miejsce na głowie.- Dla twojej wiadomości, usłyszałem dziś ARCYciekawe plotki na twój temat.

- Tak…?- sztucznie wyraziłam zainteresowanie, wygładzając poły płaszcza. To, co ludzie mówili o mnie, dotykało mnie coraz mniej.

- Krążą opinie, że to na twoją prośbę Vincent podarował jednej z ubogich kobiet jakąś bajeczną kwotę pieniędzy. Ta szczęściara chyba miała na imię Gralda? Geralda?- zastanawiał się Mattias.

- Gelarda- podpowiedziałam usłużnie.

- O to, to!- zakrzyknął triumfalnie.- Piękna Penelopa, która mi opowiedziała tę historię, zarzekała się, że król postąpił tak tylko dlatego, że prosiła go o to jego kochanka. Kapturku, czyżbym nie wiedział o czymś, co wydarzyło się pewnego razu w królewskiej komnacie podczas nieobecności mojej i Kalagara?

W oczach Mattiasa igrały złośliwe chochliki, a jego twarz zdobił lekko drwiący uśmiech.

- Nie sądziłam, że jesteś na tyle naiwny, by wierzyć w to wszystko, co usłyszysz w trakcie swoich pijackich wyskoków- odparłam spokojnie.- Ale przyznam, że w tej plotce jest trochę prawdy. Wczoraj wieczorem prosiłam Vincenta o pomoc dla pewnej kobiety, ale nie zgodził się. Poza tym, podaruj sobie te insynuacje i proszę, zejdź z mojego łóżka. Zabrudzisz mi pościel.

Tym zdaniem ucięłam dalsze dyskusje i pozostawiłam królewskiego kuzyna samego w moim pokoju. Wychodząc z zamku miałam nadzieję, że Mattias posłucha mnie, bo nie chciałam wieczorem poczuć na swojej poduszce woni alkoholu i męskiego potu.

Tymczasem szybkim, żwawym krokiem, przemierzałam nowo poznaną trasę do domu Perpetuy. Ciekawa byłam, czy spotkam dziś Gelardę. Chociaż trudno było mi przyznać to samej przed sobą, dręczyły mnie słowa, które usłyszałam przed chwilą. Mattias uwielbiał plotkować, ale jeżeli to, co mówił, dla odmiany było prawdą…? Jeżeli Vincent jednak pomógł swojej poddanej?

Oczywiście wątpiłam, by Król uczynił cokolwiek z dobrego serca. Gdyby w istocie spełnił moją prośbę, zrobiłby to zapewne tylko po to, by podtrzymać plotki na mój… na nasz temat.

Ale jaki miał w tym cel?

Kiedy przemierzałam najuboższą dzielnicę miasta, drogę zastąpiła mi jakaś nieznajoma. Podobnie, jak Gelarda, ubrana była w niezbyt czyste ubrania.

- Witaj, Czarny Kapturku- przywitała się, ukazując w krzywym uśmiechu żółte zęby i przybliżyła się o kilka centymetrów. Przeszedł mnie dreszcz obrzydzenia, gdy poczułam odrzucający zapach długo niemytego ciała. Chciałam się cofnąć, ale nieoczekiwanie ścieżkę za mną zastąpiło mi jeszcze kilka kobiet, odcinając ewentualną drogę ucieczki.

Robiło się nieprzyjemnie.

- Wczoraj Gelarda poprosiła cię o kasę i ponoć udało ci się wydębić dla niej od tego sknery, Króla, sporo złotego kruszcu- zaczęła mówić jedna, a ja starałam się w tym czasie nie oddychać, by nie zwymiotować. W końcu zmuszona byłam jednak wziąć głębszy oddech i od razu zakręciło mi się w głowie.

- Tak- przyznałam.- Gelarda szukała u mnie wsparcia, ale nie udało mi się nic załatwić…

- Gówno prawda!- krzyknęła wściekle, a któraś z kobiet za mną chwyciła mnie boleśnie za ramię.

- Myślisz, że jesteśmy naiwne, dziwko?- syknęła mi do ucha.- Wczoraj był tu królewski żołnierz i widziałyśmy, jak przekazywał Gelardzie pieniądze, a potem ta poszła do karczmy i stawiała wszystkim wokoło piwo, chwaląc się, że…

Wyłączyłam się na chwilę, mimo tego, że znajdowałam się w dość niebezpiecznej sytuacji, i wróciłam myślami do porannych słów Mattiasa. Miał rację! Vincent jednak spełnił moją prośbę!

- My też chcemy dostać złoto!- zakrzyknęła nieznajoma przede mną, wyrywając mnie tym samym z zamyślenia.

- I diamenty! Albo rubiny!- dodała inna.

- I jeszcze…

- Nic nie dostaniecie- przerwałam im, dziwiąc się swojej odwadze, której natychmiast pożałowałam. Przełknęłam głośno ślinę.- Vincent nie pomoże mi po raz drugi…

- No proszę! Jesteś po imieniu z królem!- wyszczerzyła triumfująco zęby kobieta z potarganymi, długimi włosami.- Słuchaj dziwko, wiemy, że Król da ci wszystko, co zechcesz.

- Nie- zaprzeczyłam i jednocześnie uścisk na moim ramieniu zwiększył swoje natężenie.

- Widać ktoś potrzebuje ostro oberwać, bo w przeciwnym razie…

- W przeciwnym razie co?- warknęłam i niemal jednocześnie spadł na mnie pierwszy cios. Najpierw poczułam piekące uderzenie w policzek, a potem czyjaś pięść wylądowała na moich plecach. Ktoś szarpnął mnie za włosy i straciłam równowagę, upadając boleśnie na kolana.

Zabiją mnie!- pomyślałam w panice i rękami starałam się osłonić głowę przed napastniczkami. Nie wiem, co by się mogło wydarzyć, gdyby nagle czyjaś dłoń nie chwyciła mnie i nie pociągnęła za sobą na konia.

Nie widziałam twarzy jeźdźca, ponieważ pęd powietrza był tak silny, że nie mogłam otworzyć oczu. Gdziekolwiek mój wybawiciel mnie wiózł- było mi to naprawdę obojętne. Wtuliłam się w jeźdźca i miałam nadzieję, że zabierze mnie gdzieś daleko od tych wariatek ze stolicy.

Moje pragnienie nie spełniło się, ponieważ po krótkiej chwili zatrzymaliśmy się. Nieśmiało podniosłam powieki i mój wzrok napotkał spojrzenie ciemnych jak noc oczu.

- Kalagar!- krzyknęłam zaskoczona, wzdrygając się przy tym.

- Oczekiwałaś kogoś innego, prawda?- zarechotał królewski medyk i zsiadł z konia.

- Nie będę zaprzeczać- przyznałam i pozwoliłam postawić się na ziemi. Znajdowaliśmy się niedaleko domu Perpetuy, a widok majaczących w oddali domów stolicy sprawił, że poczułam się odrobinę bezpieczniej. Zerknęłam na Kalagara i zorientowałam się, że mi się przygląda. Z niepokojem zauważyłam też, że trzyma w ręku sztylet.

- Po co ci ta broń?- zapytałam nerwowo, robiąc krok w tył, czym rozbawiłam mężczyznę- jaszczura.

- Nie zauważyłaś, że po stolicy bez kawałka ostrego metalu nie sposób chodzić?- zapytał, szczerząc się przy tym.- Masz, to dla ciebie na drogę powrotną- dodał zniecierpliwiony, podając mi sztylet.

Wzięłam podarunek niepewnie w swoje ręce.

- Nie umiem się nim posługiwać…

- Bzdura. Każdy to potrafi- prychnął Kalagar i odwrócił się by wsiąść na konia.

- Poczekaj!- zatrzymałam go, przypominając sobie o czymś, na co on westchnął teatralnie. Zmieszałam się, ale mimo to zapytałam:

- Czemu mi pomogłeś? Wybacz, ale nie mam cię za kogoś, kto pali się do ratowania kobiet w potrzebie.

- Ha!- zakrzyknął Kalagar, jakbym odkryła właśnie Amerykę i dodał- słuszna uwaga! Otóż wyobraź sobie, że Vincent mi kazał śledzić cię dzisiejszego poranka. Wiedział, że po tym, jak pomógł jednej wieśniaczce na twoją prośbę, może czekać cię lincz, mordobicie, stos czy coś w podobnie wyszukanym guście. Czyż to nie urocze?

Zignorowałam ten wyniosły ton i znowu odezwałam się:

- To czemu w ogóle Vincent mi pomagał? I czemu ty wyrwałeś mnie ze szponów tych wariatek tak późno, skoro przez cały czas byłeś w pobliżu?

- Cóż…- zaczął mężczyzna, dosiadając konia- Na pierwsze pytanie pewnie uzyskasz odpowiedź od Króla, a na drugie… Przyznam, że było całkiem przyjemnie popatrzeć, jak dostajesz w twarz, a potem…

- Och daruj sobie!- zakrzyknęłam, zdenerwowana i odwróciłam się, by pójść w stronę chaty Perpetuy. Jeszcze przez chwilę słyszałam za sobą szyderczy śmiech Kalagara, a potem zatopiłam się w swoich myślach. Ten stwór miał rację. Potrzebowałam odpowiedzi.

I to odpowiedzi od samego Króla.

Którego miałam zamiar odwiedzić jeszcze tego dnia.