>><<

Mężczyzna: 

Denerwujesz mnie dziewczyno, a potem całujesz moje usta;

Nagle zapominam, że byłem zły;

 Nie mogę pamiętać, co zrobiłaś,  nienawidzę tego.

 Wiesz dokładnie jak dotykać

Więc nie chcę więcej się kłócić i walczyć

Powiedziałem, że gardzę tym, że cię uwielbiam

 

Kobieta:

I nienawidzę jak bardzo Cię kocham, chłopcze

 Nie mogę znieść, jak bardzo Cię potrzebuję 

I nienawidzę jak bardzo Cię kocham, chłopcze

Ale po prostu nie mogę ci pozwolić odejść

>><<

 .

- Trójka posprzątana. Mogę już iść do domu?- zapytałam, odstawiając tacę z brudnymi naczyniami na regał obok zmywarki. Kama, moja menadżerka, podniosła na mnie zmęczony wzrok znad jakichś dokumentów, które przeglądała razem z panią Arletą, szefową Zajazdu pod Czerwonym Tulipanem, i patrzyła na mnie przez chwilę, nie wiedząc, czego od niej chcę. Po chwili ocknęła się i przytaknęła.

- Jasne, leć. Paula zaraz powinna przyjść, to pozmywa.

- Dziękuję- odparłam z ulgą i zdjęłam z siebie ciemnoczerwony fartuch. Czułam, jak pot ścieka mi po plecach, a nogi ledwo są w stanie utrzymać moje ciało. Dziś w zajeździe w Małym Mieście mieliśmy niespotykany od kilku tygodni ruch, a do tego odwiedziła nas wycieczka seniorów, która zwiedzała okolicę, generując tym samym większe zyski dla szefostwa, większy napiwek dla mnie i… niestety, również więcej pracy.

W przebieralni z ulgą zdjęłam z siebie czarną, dopasowaną sukienkę i rzuciłam ją do torby. Była sobota, zbliżała się godzina dwudziesta i za chwilę powinna przyjść nocna zmiana, więc z czystym sumieniem mogłam się zwinąć do domu. Już dawno tak nie marzyłam o odpoczynku.

Chociaż… Kogo ja właściwie chciałam oszukać? Chyba tylko samą siebie.

Prawda była taka, że odkąd pocałowałam Vincenta, zamiast zapaść się z tego powodu pod ziemię ze wstydu… miałam ochotę zrobić to ponownie. Mój świat zaczął wirować jeszcze szybciej niż zwykle, ale godziny w realnym świecie dłużyły się nieznośnie i nie mogłam doczekać się chwili, kiedy znowu zasnę.

W domu prędko zjadłam kolację i zdawkowo odpowiadałam na pytania rodziców o to, jak minął mi dzień. Moją skrytość wzięli za zmęczenie i kazali jak najszybciej położyć się- nie trzeba mi było tego dwa razy powtarzać. Prysznic zabrał mi mniej czasu niż zwykle i w łóżku znalazłam się z prędkością większą niż prędkość światła. Magiczny Świecie- nie sądziłam, że to kiedyś przyznam, ale stęskniłam się za tobą w ciągu ostatnich dwunastu godzin.

.

.

- Kapturku, to ja!

Głos dobiegał wyraźnie zza drzwi mojego pokoju. Niechętnie uniosłam głowę znad poduszki, nie wiedząc, co się właściwie dzieje i gdzie jestem.

- Karolino… długo będę czekać?

A, no tak.

- Już otwieram, o moja ostojo spokoju!- odkrzyknęłam, siląc się o tak wczesnej porze na ironię i wyswobodziłam się z objęć ciepłej pościeli. Czułam się wyspana, ale resztki snu nadal nie pozwalały mi rozsądnie myśleć. Oto były skutki przenosin mojej świadomości pomiędzy jednym a drugim ciałem, w dwóch różnych wymiarach: w kilka sekund mogłam doświadczyć bardzo różnorodnych odczuć. Minutę temu dosłownie padałam z nóg po dziennej zmianie w zajeździe, a teraz byłam na tyle wypoczęta by rozpocząć pracę jako Czarny Kapturek.

- Witaj Piękna!- powitał mnie Mattias szerokim uśmiechem, gdy tylko mu otworzyłam.

- Mam nadzieję, że to nie był sarkazm- ziewnęłam, zamykając za nim drzwi. Królewski kuzyn tradycyjnie usadowił się na moim łóżku i z zadowoleniem stwierdził:

- Mmm… jeszcze ciepłe! Ale nie czas na spanie, bo idziemy na śniadanie!

- Idziemy? „My”?- powtórzyłam, aby upewnić się, czy dobrze usłyszałam. Przecież Mattias nie chciał widywać się z Perpetuą…

- Tak! Z jakiegoś powodu Vincent chciał, byś zjadła razem z nami- stwierdził królewski kuzyn lekko, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jak wielkie wrażenie wywarły na mnie jego słowa.

- Kiedy ja… ja nie mogę!- odparłam szybko. Zbyt szybko. Natychmiast skupiłam na sobie wzrok Mattiasa, który przypatrywał mi się przez chwilę podejrzliwie.

- Wiesz… też mnie to zaproszenie zdziwiło, biorąc pod uwagę, że Alicja nigdy wcześniej z nami nie zasiadała w jadalni do stołu. Spotykała się z Królem, ale nie w takich.. hm… prywatnych okolicznościach- mówił powoli, śledząc moją twarz, ale odwróciłam się do szafy, by wyjąć z niej czarną sukienkę i zniknąć z nią jak najszybciej w łazience.

- To Vincent, sam powinieneś najlepiej wiedzieć, że jest nieprzewidywalny w swoich decyzjach- wysiliłam się na tłumaczenie, znikając za drewnianym skrzydłem drzwiczek komody.

- Tak, ale… O nie!- krzyknął Mattias, gdy wyjęłam swoje czarne ubranie i zerwał się z łóżka.- Dziewczyno, idziesz na śniadanie z Królem, postaraj się wyglądać tak, jak na okazję przystało. Ubierz tę sukienkę ode mnie.

- Niech cię szlag, przecież sam mi kiedyś wyjaśniłeś, że jako Czarny Kapturek mam odrębny status społeczny i mam nosić czarny strój, gdy pełnię tę funkcję. Tak, czy nie?- zdenerwowałam się zupełnie bez potrzeby.

- Tak, ale ubierz tę zieloną- odparł spokojnie Mattias i podał mi swój prezent. Rzuciłam mu wściekłe spojrzenie, zanim zamknęłam się w łazience, by w popłochu doprowadzić się do porządku i zastanowić się nad tym, jak powinnam się zachować po moim wcześniejszym wybryku.

- Wydaje mi się, że coś się wczoraj wydarzyło pomiędzy tobą a Królem, ale nie jestem do końca pewny swoich przypuszczeń, więc zachowam je dla siebie. Jednak pamiętaj Kapturku, że zawsze możesz mi się zwierzyć!- słyszałam zza drzwi męskie zawodzenie.

- Tak, oczywiście. Znam twoją miłość do plotkowania, zapomnij, że kiedykolwiek zdradzę ci jakąkolwiek moją tajemnicę!- odkrzyknęłam stanowczo, wbijając się jednocześnie w sukienkę.

Królewski kuzyn roześmiał się, ale mi wcale nie było do śmiechu, gdy jedną ręką próbowałam wyszczotkować włosy, a drugą umyć zęby. Najbardziej jednak martwiło mnie, co ja miałam teraz właściwie zrobić?

Pójść na śniadanie z Królem, to oczywiste. Ale po co? W Vincencie było coś, co mnie szalenie pociągało, co sprawiało, że nogi mi drżały i budziły się we mnie dotąd uśpione instynkty. Niestety, w pamięci przechowywałam też obraz Vincenta- mordercy, a każde przykre słowo, jakie od niego usłyszałam, mogłabym swobodnie wyrecytować obudzona w środku nocy z najgłębszego snu. Pozostawała jeszcze kwestia wieku Króla i jego partnerki, której dotąd nie miałam okazji poznać. Gdyby rodzice usłyszeli, że podoba mi się starszy, żonaty facet- odeszliby z tego świata na zawał.

Ale kto o to wszystko teraz dbał? To tylko wspólne śniadanie, prawda?

Raz kozie śmierć.

- Jestem gotowa- oznajmiłam, wychodząc z łazienki. Mattias podniósł się ze swojego miejsca i znowu przyjrzał mi się badawczo. Uniosłam brwi, a on odwrócił głowę i machnął ręką.

- Coś nie tak?- spytałam.

- Nieważne, chodźmy już. Vincent nie lubi czekać.

Przytaknęłam ochoczo i ruszyliśmy zamkowymi korytarzami w stronę królewskiej jadalni. Znajdowała się w tej samej wieży, w której mieściła się komnata Vincenta. Gdy weszliśmy do środka, spotkał mnie zawód.

- Sądziłam, że ten pokój będzie… dużo większy- wyznałam, gdy Mattias dopytywał się o powód mojego westchnięcia.

- No wiesz- dodałam.- Spodziewałam się długiego na dziesięć metrów stołu z trzema krzesłami, a tu…

- Małe, kameralne pomieszczenie z zaledwie trzymetrowej długości stołem- dokończył Vincent, wchodząc przez drzwi, znajdujące się po lewej. Nasze oczy spotkały się, a ja onieśmielona spuściłam wzrok na jego widok. Mattias oczywiście wychwycił tę moją nagłą nieśmiałość, ale póki co, zachował to dla siebie, bo udając, że nie widzi mojego nienaturalnego zachowania, z rozbawieniem uzupełnił wcześniejszą wypowiedź:

- Na szczęście ilość krzeseł się zgadza. Możemy już siadać?

- Zapraszam- powiedział Vincent i zajął miejsce w szczycie stołu. Tuż obok niego zasiadł jego kuzyn, a mi przypadło miejsce naprzeciwko Króla. Uporczywie wpatrywałam się w swoje nakrycie, starając się nie zwracać uwagi na to, że Vincent śledził uważnie każdy mój ruch.

- Ośmielę się zapytać, skąd pomysł, by zasiąść w takim towarzystwie?- zaczął Mattias, niedbale rozkładając na kolanach białą serwetkę.

- Nie muszę tłumaczyć ci się ze wszystkich swoich decyzji, prawda?- syknął Vincent, obrzucając swojego kuzyna niezadowolonym spojrzeniem, które ten zignorował.

- Najświętsza prawda!- zakrzyknął Mattias, ale nie przestał drążyć tematu.- Pragnę jednak zauważyć, że dotychczas…

- Proszę podawać!- ryknął nagle Vincent i klaskając przy tym, przerwał swojemu rozmówcy. Drgnęłam, na dźwięk tego ostrego głosu. Zerknęłam na Króla i nasze oczy znowu się spotkały na moment, ale już po chwili przeniosłam swój wzrok na ubranych w czarne stroje kelnerów, którzy wyłonili się zza drzwi, niosąc w swoich rękach talerze z parującym jedzeniem. Moja obecność w tym pomieszczeniu, jeżeli nawet była pewnym novum, to nie zainteresowała służby, która, gdy tylko wykonała swoje zadanie, wyszła czym prędzej z pokoju.

- Smacznego- powiedział Król, a ja podziękowałam i zabrałam się za nakładanie posiłku na talerz.

- Nie wiem, czy Perpetua będzie zadowolona, kiedy okaże się, że nie zjem razem z nią…- zaczęłam rozmowę i zerknęłam pytająco na Vincenta. Król nie przejął się tym, więc zamilkłam.

- Jak minął ci dzień, Kapturku? W twoim świecie?- zmienił temat Władca Magicznego Świata i nie patrząc na mnie, zajął się swoim posiłkiem.

- Cóż, wyjątkowo pracowicie.

Opowiedziałam o mojej weekendowej posadzie kelnerki w Zajeździe, a później, nawet nie wiedząc kiedy, zaczęłam mówić o moich studiach i codziennym życiu w Małym i Dużym Mieście. Mattias, początkowo markotny, że go tak brutalnie uciszono, ożywił się i razem z Królem prześcigali się w zadawaniu mi różnych pytań.

- A czy ty… jesteś z kimś związana w swoim świecie?- padło nagle ze strony Vincenta. Mierzyliśmy się przez chwilę wzrokiem, jakby każde z nas podświadomie czuło, jak wielkie znaczenie ma moja odpowiedź.

- Nie- wyznałam w końcu, na co Król wstał od stołu i sucho stwierdził:

- Mam obowiązki, czas na mnie.

Vincent wyszedł, zostawiając mnie w towarzystwie Mattiasa, który odchrząknął:

- On się zachowuje dziwniej, niż zwykle. To wręcz niewiarygodne, że zatroszczył się o to, jak minął ci dzień. On po prostu NIE JEST miły. Dlaczego? BO TO VINCENT. Coś ty mu zrobiła?!- wyrzucił z siebie zszokowany królewski kuzyn.

Wzruszyłam ramionami i również wstałam.

- Nie wiem o czym mówisz. Poza tym, muszę już iść, Perpetua na mnie czeka.

Zostawiłam oszołomionego Mattiasa i wróciłam do swojego pokoju. W drodze powrotnej, ku wielkiemu zdziwieniu, spotkałam Baltazara, królewskiego malarza. Nie widziałam go od czasu, kiedy malował moją podobiznę na ulotkach, ogłaszających mnie Czarnym Kapturkiem. Skinęłam mu lekko głową, ale nie doczekałam się odpowiedzi. Minęliśmy się.

.

.

Jednak w ciągu kilku kolejnych dni natykałam się na Baltazara ze wzmożoną częstotliwością, co w końcu zaczęło mnie niepokoić. Jednocześnie Vincent znikł a Mattias nie chciał mi wyjawić, co się z nim dzieje.

Po wielu moich jękach i długich namowach niechętnie przyznał, że Król szykuje się na wyprawę do Paladrynu, jednego z czterech podległych mu księstw.

Po co? Tego się nie dowiedziałam. Tak samo, jak nie domyśliłam się celu dziwnych podchodów Baltazara.

- Pewnie chce cię namalować, nie przejmuj się nim. To artysta, więc nie może mieć równo pod sufitem- beztrosko wytłumaczył mi Mattias.

- Artysta czy nie, czuję się nieswojo, kiedy ktoś mi się tak wnikliwie przypatruje- denerwowałam się.

Kilka dni później, miarka się przebrała.

Leżałam już w łóżku i powoli przysypiałam. Tego wieczoru celowo odwlekałam moment zaśnięcia, ponieważ wiedziałam, że po przebudzeniu czeka mnie egzamin ze źródeł kronikarskich w Polsce, do którego nie czułam się zbyt dobrze przygotowana. Być może w innych okolicznościach nie usłyszałabym, jak drzwi mojego pokoju skrzypnęły.

Znieruchomiałam.

Natychmiast rozbudziłam się i zaczęłam czujnie nasłuchiwać.

Intruz zbliżał się po cichu do mojego łóżka, a ja w panice myślałam, jak się zachować. Spod półprzymkniętych powiek próbowałam rozpoznać, kim jest nieoczekiwany gość, kiedy poczułam, jak czyjaś dłoń dotyka mojej pościeli i zaczyna powoli unosić pierzynę.

Tego już było za wiele.

- WON!!!- ryknęłam i zerwałam się jak oparzona, jednocześnie rzucając się z pięściami na zaskoczonego intruza, który okazał się być jeszcze bardziej wystraszony ode mnie, ponieważ natychmiast skulił się.

- Jak… śmiesz… mnie… nachodzić!?- darłam się wniebogłosy, a z każdym kolejnym słowem, okładałam boleśnie ciało postaci, która teraz cofała się w stronę drzwi.- SKĄD MASZ KLUCZ?!

- Przestań, bo mnie zabijesz!- odezwał się nagle męski głos, w którym rozpoznałam Baltazara.

- A właśnie, że nie przestanę! Gadaj, jak się tu dostałeś?!- warknęłam i nie bawiąc się w kolejne ceregiele, kopnęłam go prosto w krocze. Malarz jęknął i osunął się na ziemię.

- DOŚĆ!- krzyknął ktoś. Przeniosłam wzrok z Baltazara na osobę, która stanęła teraz w drzwiach ze świecznikiem w ręku. Delikatne płomienie świec oświetliły niezadowoloną twarz Vincenta.

- Co tu się dzieje?! Natychmiast żądam wyjaśnień- rzekłam stanowczo. Z podłogi odezwały się jęki.

- Panie, ona rzuciła się na mnie!

- Wynoś się stąd. Już- rozkazał Król, a Baltazar w kilku pokracznych ruchach pozbierał się do pozycji pionowej i nie zwlekając ani chwili, niemalże uciekł z mojego pokoju.

Vincent i ja zostaliśmy sami. Znowu. Wzięłam głęboki oddech i odezwałam się:

- Oczekuję wyjaśnień.

- Nie sądzę, aby były potrzebne- odparł chłodno Król, ale nie ruszył się ani na krok. To dobrze wróżyło: najwyraźniej chciał rozmawiać, ale nie wiedział, jak zacząć.

- Uważam inaczej. Jak można wytłumaczyć to, że do pokoju, do którego klucz posiadam WYŁĄCZNIE ja, nieoczekiwanie, w środku nocy, dostaje się Baltazar i zagląda pod moją pierzynę? Słyszałam, że w tym zamku dzieją się różne dziwne rzeczy, ale to dla mnie nowość.

Vincent uśmiechnął się lekko.

- Jedno zaklęcie potrafi zdziałać cuda. To ja otworzyłem drzwi mojemu nadwornemu malarzowi.

- Po co?- spytałam, ponieważ nie potrafiłam w żaden sposób wytłumaczyć sobie tej dziwnej sytuacji.

- Nie chcesz znać odpowiedzi.

- W przeciwnym razie bym o nią nie prosiła.

- Odpowiedź mogłaby cię… przerazić- zawyrokował Vincent, a jego twarz przybrała nieprzenikniony wyraz. Ciarki przebiegły mi po plecach.

- Czy… Baltazar miał mnie… zgwałcić? Na twoją prośbę?- zapytałam nerwowo, podejrzewając najgorsze, ale najwyraźniej nie trafiłam, ponieważ Vincent oburzył się.

- NIE! Oszalałaś?!- warknął.- To nie o to chodzi…

- A o co?!- zdenerwowałam się i ponownie ganiąc się za porywczość, natychmiast przywołałam się do porządku i uspokoiłam.- Przepraszam. Jestem po prostu… trochę roztrzęsiona tym, co właśnie się wydarzyło.

- Rozumiem. Jednak obawiam się, że to, co możesz usłyszeć, jeszcze bardziej cię zdenerwuje. Wystraszy. Zaskoczy. Nie chcesz tego. Idź spać i zapomnij o tym, co tu miało miejsce. To się nie powtórzy- odparł Vincent i tym razem odwrócił się by odejść, ale szybko go powstrzymałam:

- Nie! To znaczy… poczekaj.

Król okręcił się, by znowu na mnie spojrzeć. Jego twarz wyrażała zaintrygowanie.

- Chcę wiedzieć, proszę…

- Jesteś pewna…?

- Tak- zdecydowałam stanowczo.

- W takim razie… chodź za mną- powiedział zagadkowo i ruszył przed siebie. Prędko go dogoniłam.

Skierowaliśmy się do tej części zamku, w której dotychczas nie byłam i nie żałowałam tego, ponieważ nie przedstawiała się ona zbytnio reprezentacyjnie, albo po prostu niezbyt dokładnie przyjrzałam się mijanej drodze. Kiedy szłam za Vincentem, bardziej interesował mnie widok jego pleców, na których opinała się ciemna koszula. Ciekawe, jakby to było, gdyby ją z siebie ścią…

- Jesteśmy- powiedział nagle Vincent, wyrywając mnie z moich rozmyślań. – Na pewno chcesz wiedzieć, co jest za tymi drzwiami, przed którymi się teraz znajdujemy? Pytam po raz ostatni i ostrzegam: kiedy już stamtąd wyjdziemy, nic nie będzie takie samo. Zastanów się dobrze.

Przełknęłam ślinę, zwlekając z odpowiedzią. Wcześniej kierowałam się ciekawością, teraz do głosu doszedł rozsądek i coś mi mówiło, że nie powinno mnie tu teraz być.

Jednak wystarczyło mi jedno spojrzenie w oczy Vincenta, a już wiedziałam, że poszłabym za nim w ogień. Skinęłam głową na znak zgody, a Król machnął ręką i drzwi same otworzyły się.

- To pracownia Baltazara- wyjaśnił i gestem zaprosił mnie do środka. Weszłam jako pierwsza i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Było niezwykle przestronne z tego względu, że nie było tu nic, poza jedną sztalugą, zasłoniętą częściowo płachtą. Jedna ze ścian była całkowicie przeszklona, przez co dało się zobaczyć pełne gwiazd niebo w całej swojej krasie.

- Klimatycznie tu- oceniłam.- Spodziewałam się czegoś gorszego. Jakichś więzionych ludzi, albo głodzonych zwierząt…

- Jak to miło wiedzieć, za kogo mnie masz- sarknął Vincent.- Kto wie, może aby cię nie zawieść, rzeczywiście kiedyś urządzę sobie takie pomieszczenia.

- Zawsze do usług- odparłam.- Ale nie odbiegajmy od tematu. Co w tym pomieszczeniu jest strasznego? Zaskakującego? Bo nadal nic nie rozumiem…

Vincent podszedł do mnie powoli i podał mi świecznik.

-Przede wszystkim, to mimo moich kilku jasnych stron osobowości, jestem dość przerażający, prawda?- odezwał się gardłowym głosem i spojrzał na mnie wyczekująco. Chociaż gęsia skórka wstąpiła mi na plecy, miałam nadzieję, że Król nie zauważył mojego zdenerwowania.

- Zerknij na obraz Baltazara, może ci sporo wyjaśnić- zasugerował, a ja, trzymając drżącymi dłońmi świecznik, podeszłam niepewnie do sztalugi. Powoli wyciągnęłam rękę do białej płachty skrywającej obraz, a w międzyczasie Vincent dodał sucho:

- Trzymaj światło blisko twarzy. Chcę widzieć twoją reakcję.

Przytaknęłam i aby nie przedłużać oczekiwania, jednym, szybkim ruchem, ściągnęłam osłonę ze sztalugi.

Na początku nie byłam pewna, czy widzę, to, co znajdowało się na płótnie. Zamrugałam kilka razy, ale…

Ale ja i Vincent nie zniknęliśmy z obrazu.

- To… my- wyszeptałam, wodząc wzrokiem po swojej postaci. Siedziałam na fotelu, ubrana w piękną, mocno wydekoltowaną czerwoną suknię, a moje dłonie i włosy zdobiły klejnoty. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwały się moje bose nogi, które wystawały prowokująco spod zadartej wysoko sukni, odsłaniającej więcej, niż bym sobie życzyła. Tuż za moimi plecami stał Vincent, który władczym gestem trzymał swoje dłonie na moich ramionach. Jego twarz miała jak zwykle nieodgadniony wyraz.

- Tak, to my- stwierdził Vincent. Spojrzałam teraz na niego. Stał oparty plecami o szyby okienne i wodził wzrokiem po mojej postaci.

- Nie wiem, co mam powiedzieć- wykrztusiłam zgodnie z prawdą.

- Widzisz… Zazwyczaj swoim zachowaniem doprowadzasz mnie do szewskiej pasji- wyznał nieoczekiwanie Vincent.- Odkąd się tu pojawiłaś, nie wzbudzasz we mnie żadnych innych uczuć poza irytacją. Ale potem nagle rzucasz się na mnie i kiedy mnie całujesz, na ułamek sekundy zapominam, że jestem Królem tego cholernego świata, że jestem Panem i Władcą życia moich poddanych. Zapominam, że jestem zły, zapominam kim w ogóle jestem. I chociaż chciałbym tę scenę wyrzucić z mojej głowy, to nie mogę. Nienawidzę tego, że potrafisz tak całować. I dlatego nie chcę się z tobą ciągle kłócić i walczyć. To nowość dla mnie. Bo ja nie żywię TAKICH uczuć, do osób TAKICH jak TY. Gardzę sobą za to, że cię… pożądam.

- Tyle uczuć wyzwolił ten jeden pocałunek?- zapytałam, nie dowierzając temu, co właśnie usłyszałam.

- Dziwne, czyż nie? Tak się jednak stało. Może ma to związek z zaklęciem, które cię tu sprowadziło. Miałaś mi przecież dać szczęście. W Magicznym Świecie istniejesz po to, aby mnie zadowolić.

- Dlaczego ten obraz w ogóle powstał?- dociekałam, próbując zmienić temat i pozbierać myśli.

- Ponieważ muszę wyjechać i chciałbym zabrać cię w jakiś sposób ze sobą do Paladrynu. Baltazar zgodził się namalować cię, ale… miał problem z odwzorowaniem twoich nóg, których nigdy nie widział, ponieważ zawsze widywał cię ubraną w długą suknię. Dlatego chciał podejrzeć cię, gdy spałaś. Niestety, sama wiesz jak to się skończyło.

Na chwilę Vincent zamilkł i zrobił krok w moją stroną.

- Nie- zaprotestowałam i zmarszczyłam czoło.- Pozostań tam, gdzie jesteś. Proszę.

- Boisz się mnie?- zapytał z satysfakcją, jakby spodziewał się takiej reakcji.

- Nie. Tak. To znaczy… nie wiem. Jestem po prostu zaskoczona tym wszystkim.

- Ostrzegałem.

- Wiem- potwierdziłam.- Wytłumacz mi jeszcze jedną rzecz… co oznaczało, że nie żywisz uczuć do osób TAKICH, jak ja?

- Hm…- wymruczał Vincent z sadystycznym błyskiem w oku, który już kiedyś u niego widziałam.- Może… tak beznadziejnych osób? Poza tym, nie zapominaj, że nadal nie udzieliłem ci prawa zwracania się do mnie na „ty”.

Przewróciłam oczami.

- Ta cała sytuacja nie jest dla mnie normalna i dziwię się, że Król ma śmiałość wyznać, że mnie… pożąda, a za chwilę ubliżyć mi.

- Jestem skomplikowany- wyznał z rozbrajającą szczerością Vincent i uśmiechnął się chytrze.- Co teraz?

- Idę spać. Pomyślę o tym wszystkim… jutro- zacytowałam nieświadomie jedną z moich ulubionych książek i podeszłam do  Króla, by oddać mu świecznik.

- Wiesz, że ja zawsze dostaję to, czego chcę?- zapytał Vincent, kiedy znalazłam się blisko niego.

- Ale ja nie zawsze daję ludziom to, czego chcą- odparowałam i czym prędzej opuściłam pracownię Baltazara.

* * *

Kolejny rozdział ukaże się 18 października (postaram się dodawać kolejne rozdziały co 11 dni;))

Tekst przed rozdziałem pochodzi z piosenki Rihanny i Ne-Yo „Hate that I love you”, ale nie jest ona dobrym podkładem muzycznym dla tego rozdziału;)