>><<

Właśnie teraz, właśnie tu, to wszystko, co mamy!

Mała impreza jeszcze nikogo nie zabiła,

Więc będziemy tańczyć dopóki nie upadniemy, upadniemy. 

Właśnie teraz, właśnie tu, to wszystko, co mamy.

 

Cieszę się, że to zrobiłaś, rozejrzyj się, 

Nie zobaczysz nikogo siedzącego, 

Mają drinki w dłoniach, a pokój pęka w szwach. 

Pod koniec nocy może znajdziesz miłość…

 >><<

 .

Obudziłam się w Dużym Mieście. Otworzyłam oczy i zerknęłam na zegarek: wskazywał 8:52. Hm… Czy ja aby nie powinnam gdzieś być o tej godzinie..?

Zerwałam się gwałtownie.

- Egzamin!- krzyknęłam i w popłochu wypadłam z łóżka.

A niech to diabli wezmą weekendowa pracę i dojazdy do Dużego Miasta! Wczoraj wieczorem nie zdążyłam się nawet dobrze rozpakować, kiedy bezwiednie poddałam się uczuciu zmęczenia, usypiając i najwyraźniej nie nastawiając budzika.

W drodze na przystanek zadzwoniłam do Kaśki.

- Kochana, powiedz proszę, że profesor Nowy jeszcze jest w swoim gabinecie! Zaspałam i…

- Oho, już wszystko rozumiem. Spokojnie, nie spiesz się. Nasz kochany wykładowca najwyraźniej dziś zdecydował się pastwić nad nami, biednymi studentami, ponieważ od godziny siódmej odpytał zaledwie trzy z piętnastu osób, które są na liście. Kto wie, może żona mu nie dała? Teraz przez tę sukę mamy przewalone.

- Katarzyno…!

- No co?! Prawdę mówię!- oburzyła się dziewczyna, a ja, wymijając wolno idącą staruszkę, skręciłam w stronę parku, wybierając dziś krótszą drogę na przystanek.

- Słuchaj Karola, będę czekać na ciebie przed uczelnią. Jak zaraz nie wyjdę na zewnątrz i nie zapalę, to umrę..

- W porządku- odparłam i rozłączyłam się. Złapałam odpowiedni tramwaj i nim się obejrzałam, dotarłam do celu.

Kaśkę znalazłam od razu: jej krzykliwie kolorowy ubiór (pasujący do jej charakteru, ale nie nadający się na egzamin) zwracał na siebie uwagę nawet z odległości kilku metrów.

- No jesteś wreszcie!

- Przecież mówiłam, że zaspałam- sapnęłam, opadając na ławkę obok przyjaciółki.

- Tak się tylko droczę- szturchnęła mnie w odpowiedzi- Skoro już jesteś, może wspólnie coś powtórzymy? Bo ja na przykład nic nie wiem o Vincencie.

Zesztywniałam. Skąd ona wiedziała, jak na imię ma Król Magicznego Świata? Przecież nawet najbliższej rodzinie nie wyjawiłam mojego sekretu, w obawie, że uznają mnie za niepoczytalną.

- Jakim cudem znasz Vincenta?- wypaliłam, a Kasia zrobiła zaskoczoną minę.

- Że co proszę?- zapytała, nie rozumiejąc mnie.

- Skąd znasz Króla Magicznego Świata?

- Kobieto, o czym ty mówisz?- zirytowała się moja przyjaciółka.- Rozumiem, że nasz kochany Vincent pisał różne bajki w swoich kronikach, ale żeby od razu dawać mu tak zaszczytne tytuły? „Król Magicznego Świata”! A to do dobre! Przecież za fragment o walce Polaków z cezarem, nie miałby dzisiaj czego szukać na wydziale historii jako wykładowca.

Odetchnęłam z ulgą. Dotarło do mnie wreszcie, że Kasi chodziło o Wincentego Kadłubka! Nabrałam dzikiej ochoty, by uderzyć się otwartą dłonią w czoło, co by odpowiednio mocno wstrząsnąć szarymi komórkami. Przecież za chwilę miałam zdawać egzamin z kronikarstwa średniowiecznego- kogóż innego, jak nie polskiego kronikarza, mogłaby mieć na myśli moja przyjaciółka?

Nadzieja, która na kilka sekund zrodziła się w moim sercu, ulotniła się. Dlaczego? Bo przez krótką chwilę sądziłam, że siedzi obok mnie ktoś o podobnych do mnie doświadczeniach. Ktoś, kto również otarł się o Magiczny Świat i być może pozwoliłby mi wierzyć, że wszystko, co teraz dzieje się w moim życiu, nie jest fikcją.

.

.

- I jak egzamin? Długo cię nie było, więc chyba profesor Nowy nieźle was przetrzepał… Ale na pewno zdałaś, prawda?- zapytała Iza, wychylając się ze swojego pokoju, gdy tylko przekroczyłam próg mieszkania.

- Tak- potwierdziłam zmęczonym głosem i zabrałam się do zdejmowania butów.- W pierwszej chwili, gdy usłyszałam, na jaki temat mam mówić, przyszło mi do głowy takie pytanie: kto wyleci z sali szybciej, ja czy mój indeks? Słyszałaś ode mnie, jaki jest Nowy, u niego nie ma lania wody, trzeba sypać datami i konkretnymi wydarzeniami, jak z rękawa, a ja nie byłam stuprocentowo przygotowana.

- A ostatecznie ile udało ci się wyciągnąć?

- Trzy i pół… Ale jestem zadowolona, bo akurat z tego egzaminu to szczyt marzeń. Jak coś, to idę się teraz zdrzemnąć, więc proszę mi nie przeszkadzać, muszę odespać stres.

Zamknęłam się w swoim pokoju i zasłoniłam okna, aby światło nie dostawało się do wewnątrz. Chciałam stworzyć pozory nocy i w ten sposób zmusić organizm, do szybszego zapadnięcia w sen. Z drugiej strony, nie bardzo wiedziałam, do czego tak mi się spieszyło. Ostatnie spotkanie z Vincentem dostatecznie wyprowadziło mnie z równowagi. Gdybym przypadkiem ponownie została zaproszona na śniadanie, chyba nie potrafiłabym spojrzeć mu w oczy przy stole.

Co by mi powiedziało jego spojrzenie? Wyrażałoby nienawiść czy pożądanie? Na pewno nie byłaby to miłość, której od zawsze poszukiwałam.

Przykryłam się kocem, ułożyłam się wygodnie na łóżku i z uczuciem spełnionego obowiązku oddałam się w ręce Morfeusza.

.

.

- Przesyłka dla Karoliny!- usłyszałam na dzień dobry. Mattias, jak zwykle silił się na oryginalny sposób obudzenia mnie, co ostatnio średnio mu wychodziło. Jeżeli chciał zafundować mi naprawdę profesjonalną, piorunującą pobudkę, mógłby zabrać kilka lekcji od Baltazara.

- Nic nie zamawiałam- powiedziałam, jednocześnie otwierając drzwi i wpuszczając królewskiego kuzyna do pokoju.

- Wiem, to przecież logiczne. W końcu Vincent nie pisze listów na zamówienie.

- Słucham…?

- Proszę- powiedział Mattias, wręczając mi zwój papieru, zalakowany bordową pieczęcią, przedstawiającą lwa i smoka w koronach.

Serce mi przyśpieszyło.

- Wiesz Kapturku… na zamku już od samego rana jest głośno. Nie tylko dlatego, że Vincent wyruszył do Paladrynu wraz ze swoją kompanią Czarnych Kapturów, najwaleczniejszych a zarazem najbardziej wyniosłych i zarozumiałych mężczyzn na dworze. O dziwo, to nie jest najważniejsze! Numer jeden w dzisiejszych pantoflowych wiadomościach stanowi pogłoska, że pobiłaś Baltazara, a Król był wczoraj w okolicach twojej sypialni. Słyszałem też wersję, że na dłuższą chwilę zniknęłaś razem z moim najdroższym kuzynem w pracowni Ba…

- No widzisz, jak te plotki kłamią?- przerwałam i uśmiechnęłam się do Mattiasa z matczyną pobłażliwością, czym zbiłam go z tropu.

- Ale… Ten list… I siniaki Baltazara…

- Vincent przysłał mi listę zadań do wykonania w domu Perpetuy, właśnie sobie przypomniałam, że miałam ją dziś otrzymać- stwierdziłam lekko i zaczęłam popychać lekko mojego rozmówcę w stronę drzwi.

- Tylko, że…

- …A gdzie nadworny artysta- malarz nabawił się siniaków, tego już ci nie powiem. Nie wiem, gdzie szlajał się w nocy. Na pewno spił się i gdzieś uderzył przypadkowo, albo wdał się w jakąś bójkę. Zresztą, co tu dużo mówić, przecież TY zawsze wszystko wiesz najlepiej, więc może idź dowiedzieć się, jak to naprawdę było.

Uśmiechnęłam się niewinnie do Mattiasa, gdy ten był już za progiem. Zanim jednak zdążyłam zamknąć drzwi, ocknął się i zdążył jeszcze dodać:

- W porządku, idę posłuchać, co tam w trawie piszczy. Chcę cię tylko uprzedzić, żebyś wieczorem nie kładła się zbyt wcześnie spać, tylko szykowała się na prawdziwy bal! Otrzep z kurzu kieckę ode mnie, bo zabiorę cię w pewne zakazane miejsce!

Mężczyzna mrugnął do mnie i ulotnił się, a ja odetchnęłam z ulgą, gdy zostałam sama. Do wieczora było jeszcze daleko i ciemne interesy Mattiasa mogły poczekać. Teraz centrum mojego świata stanowił kawałek papieru, mogący dać mi albo nieskończoną radość, albo niewyobrażalny smutek. Drżącymi dłońmi rozerwałam pieczęć i pozwoliłam jej drobnym kawałkom opaść na podłogę.

Podekscytowana, zabrałam się do czytania starannie wykaligrafowanego pisma:

.

Karolino,

W chwili gdy czytasz te słowa, jestem już zapewne w drodze do Paladrynu. Za dwa dni odbędzie się w tym mieście rada Czterech Książąt, na której muszę obowiązkowo się stawić, jako jej przewodniczący. 

Pewnie się w tej chwili dziwisz, po co Ci to piszę? Po co w ogóle do Ciebie piszę? Otóż nie otrzymałem w trakcie naszego spotkania w pracowni Baltazara odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie: co teraz? Co zrobimy w związku z tym, że z jakiegoś powodu żywię do Ciebie uczucia, których nie powinienem (a co gorsza- Ty nie pozostajesz na nie obojętna)?

Zaklęcie było jasne: pragnąłem szczęścia. Ale Ty, póki co, burzysz mój stabilny świat i zamiast radości wprowadzasz chaos. Miotają mną różne popędy i emocje, które dotychczas pozostawały we mnie uśpione. Nie wiem, czy tego chcę. Czy nie jestem już za stary na pewne rzeczy? Czy powinienem zadurzać się we własnej służącej? 

Dużo można wymienić takich „przeciw”, a jednak nadal piszę ten list i co gorsza: coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Ci go przekażę, zamiast zniszczyć go w płomieniach ognia. Nie będzie mnie przez tydzień, co dziś wydaje się wiecznością. Nie mam zamiaru tyle czekać na rozmowę z Tobą. Chcę jak najszybciej usłyszeć, co TY myślisz na nasz temat. Co czujesz? Jakby miał wyglądać nasz ewentualny związek? Pamiętaj, że różnimy się wieloma rzeczami, w tym najbardziej statusem społecznym, co musisz brać uwagę w swoich rozważaniach.

Czekam na odpowiedź.

PS. Nie spałem dzisiejszej nocy, ponieważ myślałem o Tobie i pisałem ten raczej mało męski list, więc jeżeli usnę na koniu i z niego spadnę, w czasie całodziennej jazdy- będzie to Twoja wina.

Podpisano:

Jego Królewska Wysokość, Czarnoksiężnik z Lasów Pagitty, Pan i Władca Magicznego Świata:

Vincent I Margoletti 

 .

Zgniotłam kartkę papieru.

- Dupek- zawyrokowałam, i wcisnąwszy zmięty list pod łóżko, zaczęłam przygotowywać się do wyjścia do pracy. Ze złości wrzała we mnie krew.

Pierwsze słowa listu Vincenta sprawiły, że przez chwilę moje serce zaczęło wywijać radosne koziołki, ale z każdą kolejną linijką przestawało to robić, ze względu na oburzającą dla mnie treść. Stałe podkreślanie różnic między mną a Królem i wymaganie ode mnie, abym zapewne przystała na jakiś cichy romans, w ukryciu przed żoną i całym światem, było bezczelne. Nawet nie odważył się tego zaproponować wprost, tylko sugerował, abym to ja wyszła z pomysłem takiego układu!

Nie ze mną takie numery.

Zakochanie zakochaniem, ale na pełnię władzy nad sobą nie pozwolę. Właśnie dlatego nie miałam zamiaru w ogóle odpowiadać na ten list i kiedy Mattias ponownie zjawił się wieczorem w moim pokoju, zdziwił się niepomiernie, gdy na pytanie, czy już skreśliłam kilka słów do Króla, słodko odparłam:

- Nie.

- Hm…- mężczyzna wyraźnie zmieszał się.- Vincent, przekazując mi wiadomość do ciebie, wyraźnie zaznaczył, że masz dziś przekazać mi odpowiedź, którą z kolei mam wręczyć posłańcowi.

- W takim razie brak odpowiedzi jest moją odpowiedzią- odparłam wymijająco. Mattias boczył się jeszcze przez chwilę na mnie, wypominając, że przeze mnie wpadnie w kłopoty, ale zignorowałam go.

- To gdzie mnie dziś zabierasz?

Królewski kuzyn rozchmurzył się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i podał mi swoje ramię.

- Vincent nie może wiedzieć o tej wycieczce, więc może będzie lepiej, jeśli nie zdradzę Ci zbyt wielu szczegółów… Król mógłby się wściec, gdybyś napomknęła mu coś nieopatrznie o naszym wyjściu.

- Daruj sobie te sekrety, wiem przecież, że nie dasz rady utrzymać języka za zębami- powiedziałam, chwytając się wyciągniętej ręki.

Tak, jak podejrzewałam, Mattias nie dał się długo prosić i gdy tylko znaleźliśmy się w karocy, wyjawił mi kilka szczegółów:

- Jedziemy na bal maskowy, organizowany przez Juana (czyt. hułana), przyrodniego brata Vincenta ze strony jego matki, Julietty (czyt. Dżulietty). Jak już zapewne zorientowałaś się, Król nie utrzymuje kontaktu ze swoją rodziną, więc jego wierni poddani, w geście solidarności, nie powinni brać udziału w tego typu imprezach, jak ta dzisiaj.

- Ale skoro król wyjechał…- wtrąciłam, powoli domyślając się, co miał na myśli Mattias.

- … to możemy poszaleć tej nocy. Masz, to będzie twoja maska. Możesz nią zasłonić twarz i nie waż się jej zdejmować ani na moment. Nie jesteśmy mile widziani na dworze Guiliano (czyt. dżuiljano), więc nikt nie może nas rozpoznać.

Przyłożyłam piękną złotą maskę do swojej twarzy i ciasno zawiązałam jej końce za głową.

- Co to za dwór Guliano?

- Guiliano- poprawił mnie Mattias. – To posiadłość, należąca do matki i brata Vincenta. Swoją nazwę wzięła od imienia Guiliana, który jest obecnie mężem Julietty i ojcem Juana. O, prawie jesteśmy na miejscu. Wyjrzyj przez okno, widoki mogą ci się spodobać.

Królewski kuzyn nie pomylił się: okolica, mimo nocnej pory, jaśniała tysiącami świateł, lampionów i płomieni ognia spalających się na wysokich pochodniach, ustawionych wzdłuż podjazdu, tworząc niesamowity obraz. Dzięki oświetleniu wyraźnie ujrzałam budowlę, która pięknem architektury i starannością wykonania, przyćmiewała królewski zamek.

- Wow…

- A nie mówiłem?- ucieszył się Mattias, widząc moje szeroko otwarte oczy, chłonące zachwycający krajobraz. Im bliżej wejścia do dworu byliśmy, tym muzyka stawała się  głośniejsza i pojawiało się coraz więcej ludzi w maskach, spacerujących tu i ówdzie między kwietnikami.

Do wewnątrz domostwa dostaliśmy się bez problemu, pokazując przy drzwiach wejściowych kamerdynerowi… zaproszenie!

- Sfałszowane, prawda?- zapytałam retorycznie mojego partnera, na co ten tradycyjnie tylko uśmiechnął się łobuzersko.

Nie przeszkadzało mi to. Zadowolona zdaniem egzaminu, olśniona pięknem tej niemalże baśniowej okolicy i zgromadzonego na eleganckiej sali równie eleganckiego towarzystwa, miałam nieziemską ochotę wytańczyć się za wszystkie czasy. Gdzieś wewnątrz mojego umysłu kołatało się imię pewnej osoby, o której istnieniu nie mogłam zapomnieć, ale w tej chwili zagłuszyłam te natrętne odgłosy.

- Czy mogę pannę prosić do tańca?- zapytał Mattias, gdy orkiestra na podwyższeniu zaczęła grać nowy kawałek, a ja z największą przyjemnością zgodziłam się i pozwoliłam prowadzić się w takty muzyki.

Przez kilka kolejnych utworów tańczyliśmy jak szaleni, aż w końcu zdecydowaliśmy się przez chwilę odpocząć. Zajęliśmy miejsca w ciemniejszym kącie sali, skąd mogliśmy niezauważeni obserwować bawiące się grono zebranych.

- Tu jest cudownie! Vincent mógłby nauczyć się od swojego brata, jak organizować takie imprezy- zauważyłam i zmęczona oparłam głowę na ramieniu Mattiasa.

- Juan to jeszcze większy bufon, niż nasz kochany Król. Zresztą sama się mu przyjrzyj, byle dyskretnie! Kiedy zerkniesz w stronę balkonu po prawej, zauważysz tam na czarno ubranego mężczyznę, stojącego obok blondynki w sukni, trochę podobnej do twojej. Masz szczęście, Juan akurat nie ma maski diabła na twarzy, więc możesz zobaczyć jego prawdziwą twarz. W sumie, ta gęba ma w sobie coś z diaboliczności, zwłaszcza, kiedy pomyślisz sobie o charakterze tego skur…

- Widzę go- przerwałam. – Rzeczywiście, trochę nadęty, ale w sumie całkiem przystojny. Może nawet lekko podobny do Vincenta.

   

- Dobra, dość tych pogaduszek. Wracajmy na parkiet- zaproponował Mattias, ucinając w ten sposób niewygodny dla siebie temat.

Noc na dworze Guiliano była jedną z najpiękniejszych w moim życiu, mogłam to śmiało przyznać, gdy nad ranem królewski kuzyn odprowadził mnie pod drzwi mojego pokoju.

- Dziękuję ci za zaproszenie, było nieziemsko- powiedziałam zmęczonym głosem i odwróciłam się plecami do Mattiasa, by włożyć klucz do zamka.

- Hm… Może w takim razie należy mi się coś w podzięce? Jakaś nagroda? – zapytał mężczyzna, a moja dłoń zastygła w powietrzu.

- Nagroda?- powtórzyłam z niedowierzaniem, obracając się na powrót, by znaleźć się twarzą w twarz z Mattiasem, który teraz stał zaledwie kilka centymetrów ode mnie. Przechylił głowę, pozwalając swoim niesfornym lokom, opaść na czoło i uśmiechnął się znacząco, wskazując spojrzeniem na drzwi mojego pokoju.

Potrzebowałam chwili, żeby zrozumieć, o co mu chodzi.

- Ty tak na poważanie, prawda?- zapytałam, próbując powstrzymać wybuch śmiechu, na co Mattias obruszył się.

- Czy ja kiedyś byłem niepoważny?

W tej chwili nie powstrzymałam parsknięcia, a z mojego gardła wyrwał się chichot. Seks z królewskim kuzynem? Mattias był dla mnie prawie jak brat, to zakrawałoby o kazirodztwo.

Tymczasem mężczyzna wyglądał na naprawdę nieszczęśliwego. Chyba bardzo rzadko dostawał kosza, więc na pocieszenie pocałowałam go… w policzek!

Mattias, lekko obrażony, wymamrotał coś pod nosem, ale zrozumiałam tylko:  „jeszcze zobaczymy”, „idę się napić”, „pogadamy za dwie godziny, jak przyjdę cię obudzić”.

Przytaknęłam sennie, nie biorąc sobie jego porażki do serca i gdy królewski kuzyn oddalił się, otworzyłam drzwi do mojego pokoju.

Weszłam do środka i w ciemności odszukałam pudełko zapałek, by zapalić świeczkę. Gdy słaby płomień oświetlił pomieszczenie, dostrzegłam, że mam nieproszonego gościa.

- O Boże!- krzyknęłam wystraszona.

.

.

 .

Cytat: tekst piosenki Fergie- A Little Party Never Killed Nobody

Kolejny rozdział: 29 października 2013r.

Co nowego?: Nagłówek! A jeżeli chodzi o rozdział, to pojawiają nam się nowe postacie: Juan i jego rodzice (zwróciłbym szczególną uwagę na mamusię i synusia;). W spisie bohaterów i w zwiastunie byli już od dawna, bo to oni zaczną nam niedługo nieźle mącić i urosną być może do rangi bohaterów pierwszoplanowych;)

Kilka słów ode mnie: Chciałabym bardzo podziękować wszystkim, którzy pozostawiają na tym blogu ślad po swojej obecności, a często wyjawiają też swoje opinie i własne pasje. Kontakt z KAŻDYM czytelnikiem, jest dla mnie bardzo ważny i dopiero on czyni ze mnie w jakiejś formie pisarkę;)

Uwielbiam dziękować;d Ale na to jest przeznaczona strona SĄ ZE MNĄ i z reguły tam daję upust swoim falom wzruszenia i wdzięczności, więc na dziś to już koniec.