>><<

Gdzieś nad tęczą wysoko

Są marzenia o których marzyłam kiedyś w kołysankach 

Któregoś dnia poproszę gwiazdy,

 Bym obudziła się tam, gdzie chmury będą już daleko za mną

Tam, gdzie problemy rozpływają się jak cytrynowe cukierki

Tam mnie znajdziesz  

  >><<

.

- Słońce niedługo wzejdzie- mruknęłam sennie do Krzysztofa.

- Ci…. musimy być ostrożni- odpowiedział mi mężczyzna tym samym zdaniem, którym już wcześniej kwitował każde moje marudzenie.

Siedzieliśmy schowani w leśnych krzakach i nasłuchiwaliśmy, czy aby gdzieś w pobliżu nie ma królewskiego wojska. Nasza podróż z kryjówki Elżbiety do dworu Guiliano odbywała się przez całą noc w zastraszająco wolnym tempie, co mnie szalenie irytowało. Odkąd dowiedziałam się o romansie Vincenta z Gaelem, tak naprawdę nie miałam ani chwili, by wrócić do swojego świata, zaszyć się pod kocem i po prostu wypłakać cały nagromadzony ból. Potrzebowałam odpoczynku, a Krzysztof, który służył mi za przewodnika, nie pozwalał mi nawet na krótką drzemkę, w kółko powtarzając, że musimy znajdować się w nieustannej gotowości do ucieczki (jednocześnie ciągle opóźniał nasz marsz postojami, dla „zmylenia przeciwnika”- cholerna męska logika!).

- W porządku, teraz możemy iść, teren wydaje się czysty.

- To suuuuper- odparłam, ziewając demonstracyjnie. Pokracznymi ruchami wyczołgałam się z zarośli, wstałam i otrzepałam się z leśnej ściółki, która przywarła do mojego czarnego płaszcza.

Ruszyliśmy przed siebie.

- Księżna Julietta wraz z synem zapewne będą cię oczekiwać- wyszeptał Krzysztof, na co zmarszczyłam brwi.

- Wie pan, niekoniecznie chciałabym wchodzić z nimi w bliższą znajomość. Kiedy prosiłam o pomoc, bardziej zależało mi na spotkaniu z Fatmą.

- Nie masz wyjścia, zadarłaś z Królem i bez protekcji jego rodziny, z którą jest skłócony, nie przetrwasz ani chwili w Magicznym Świecie. Pamiętaj, że każdy wróg Vincenta jest od teraz twoim przyjacielem.

- To dość…

- Brutalne?- dokończył za mnie Krzysztof i uśmiechnął się lekko.- Taki jest Magiczny Świat. Jesteś Czarnym Kapturkiem, powinnaś coś o tym wiedzieć.

- Raczej BYŁAM Czarnym Kapturkiem- poprawiłam mężczyznę.

- Skoro żyjesz i Król nie wybrał twojej następczyni, to wciąż pełnisz tę funkcję.

- Czyli co, nadal muszę zajmować się Perpetuą?- zapytałam, zniesmaczona tą myślą, ale Krzysztof szybko wybił mi ją z głowy.

- Oszalałaś?! Chcesz wpaść prosto w ręce Króla, idąc do chaty byłej Królowej?! Nie będziesz się więcej opiekować tą starą wiedźmą. Julietta zapewne wyznaczy ci jakieś zajęcie na swoim dworze,

- Jeszcze lepiej- odmruknęłam.

W sumie, to czego mogłam się spodziewać? Że na dworze Guiliano zostanę przyjęta jako gość honorowy? Vincent niejednokrotnie wypomniał mi mój niski status społeczny, więc raczej nie mogłam oczekiwać, że jego matka powita mnie z otwartymi ramionami.

Z moich ponurych rozmyślań wyrwał mnie głos Krzysztofa:

- Dalej pójdziesz sama, trafisz.

W istocie, dwór znajdował się tuż przede mną, na skraju lasu. Był oświetlony, ale nie tak mocno, jak tamtej nocy, kiedy przybyłam tu na bal razem z Mattiasem.

Podziękowałam mojemu przewodnikowi za towarzyszenie mi, na co on zarumienił się i uściskał mnie przyjaźnie.

- Kto wie, może jeszcze kiedyś się zobaczymy na spotkaniu Ruchu? Powodzenia Kapturku!

O ile wcześniej w sercu złorzeczyłam Krzysztofowi, to teraz miałam ochotę rozpłakać się w jego pewnych, męskich ramionach. Na szczęście uścisk trwał krótko i nie zdążyłam zmoczyć swoimi łzami ubrania mojemu towarzyszowi. Mężczyzna poklepał mnie krzepiąco po plecach, jeszcze raz uśmiechnął się i prędko zniknął w cieniach leśnych drzew, a ja wzięłam głęboki oddech i śmiało zaczęłam stawiać kroki w stronę dworu.

Kiedy tak szłam wąską ścieżką, prowadzącą do frontowych, mosiężnych drzwi, zauważyłam, że ogród wcale nie jest pusty, jak się to wcześniej wydawało. Zza monumentalnych rzeźb i drzew przyglądali mi się uważnie mężczyźni, którzy musieli być strażnikami. Najwidoczniej uprzedzono ich o moim przybyciu, ponieważ żaden z nich nie zatrzymał mnie, by zapytać czego tu szukam.

Weszłam powoli na schody tarasu i drgnęłam, gdy drzwi same otworzyły się przede mną z piskiem. Może w Magicznym Świecie nie znali się na kręceniu filmów i w zasadzie w ogóle nie wiedzieli, co to telewizja, ale atmosfera dworu zdawała się być przeznaczona jako scenografia do horroru albo jakiegoś dreszczowca na jesienne dni. Szkoda tylko, że mi przyszło grać tutaj główną rolę.

Cóż, kości zostały rzucone- przekroczyłam próg tego domu.

Po raz drugi.

Rozejrzałam się nieśmiało po ogromnym holu, który teraz był pusty i oświetlały go tylko gdzieniegdzie światła świec. Wnętrze urządzone było z prawdziwie królewskim przepychem, którego nie powstydziłby się nawet Vincent.

- Witamy na dworze Guiliano!- usłyszałam kobiecy głos i spojrzałam w lewo, skąd dobiegało jego źródło.

Ubrany w czarne, zdobne szaty, Juan, majestatycznym krokiem sprowadzał swoją matkę ze schodów, która to przed chwilą przywitała mnie, a teraz z dumnie uniesioną głową, lekko uśmiechała się i przypatrywała mi.

- Dzień dobry- odparłam i dygnęłam niezgrabnie.- Jestem…

- Myślę, że nie ma potrzeby, abyś się przedstawiała- przerwał mi Juan i uśmiechnął się do mnie, zatrzymując się razem z matką przede mną.

- No tak, przepraszam- odrzekłam i zarumieniłam się.

- Podobno uciekłaś z dworu mojego wyrodnego syna, prawda to?- zapytała Julietta i przechyliła głowę, oczekując odpowiedzi. Czułam się onieśmielona towarzystwem tych nieznajomych mi ludzi, więc po prostu potwierdziłam słowa kobiety ruchem głowy.

- Podjęłaś bardzo odważną decyzję, Kapturku- zwrócił się teraz do mnie Juan.- Na naszym dworze potrzebujemy właśnie takich ludzi, jak ty: zdolnych do wielkich czynów. Mój tępy braciszek jeszcze nie wie, jak wielki skarb stracił.

- To… miłe. Dziękuję- wydusiłam z siebie, zaskoczona tymi słowami. Spuściłam wzrok, unikając w ten sposób dociekliwych spojrzeń i jednocześnie przypomniałam sobie, jak Mattias powiedział mi, że Juan to bufon. Hm, nawet jeśli, to w przeciwieństwie do Vincenta, nie bał się prawienia kobiecie pochlebstw.

- Fatma wspomniała, że chciałabyś podjąć u nas służbę. Jesteśmy otwarci przyjąć każdego, kto jest gotowy działać przeciwko obecnie panującemu Królowi. Czy aby na pewno dasz radę przeciwstawić się Vincentowi w każdej sytuacji?- zapytała nagle Julietta dużo poważniejszym tonem, ale zanim cokolwiek odpowiedziałam, Juan poklepał kobietę czułym gestem po ręce.

- Ależ matko, nie możemy jej tak naciskać. Dziewczyna ma za sobą bardzo ciężką noc, a przed nią jeszcze rozmowa z Fatmą. Kapturku,- tu mężczyzna zwrócił się do mnie- Cokolwiek mówiono ci o nas na zamku, musisz wiedzieć, że to same kłamstwa. Nie jesteśmy barbarzyńcami. Właśnie dlatego udzielimy ci azylu tak długo, jak będziesz go potrzebować, a kto wie, może już wkrótce sama zechcesz się przyłączyć do naszego ruchu oporu?

Zauważyłam, że Julietcie nie było w smak, że syn nie zgodził się z nią, ale ostatecznie ponownie przywołała uśmiech na swoją twarz i nieco cieplejszym tonem pożegnała się ze mną, mówiąc, że idzie na śniadanie, a ja mam się udać do pokoju po prawej stronie holu.

- Widzimy się… na obiedzie- dodał na odchodnym Juan, posyłając mi czarujący uśmiech. Nie odwzajemniłam go. Chociaż mężczyzna mile połechtał moje ego, to podejrzewałam, że jego intencje nie są do końca szczere. Poza tym, nadal w głowie miałam obraz Vincenta i…

Potrząsnęłam głową. Nie! Rozpaczanie należało odłożyć na dalszy plan. Teraz czekała mnie rozmowa z Fatmą. Niepewnie weszłam do wskazanego mi pomieszczenia, którego wnętrze okazało się przytulnie urządzonym salonem z kominkiem, w którym buzował ogień. Okna zasłaniały ciężkie, bordowe kotary, a na środku pokoju stała ława, przyozdobiona wazonami ze świeżymi kwiatami. Znajdowały się tutaj też dwie brązowe, skórzane kanapy. Na jednej z nich siedziała drobna postać, która, gdy tylko weszłam, odwróciła się w moją stronę.

- Nareszcie się spotkamy- przywitała mnie Fatma. Dziewczyna wyglądała prawie tak samo, jak wówczas, gdy widziałam ją pierwszego dnia mojego pobytu w Magicznym Świecie. Jednak tym razem, jej jasne włosy były rozpuszczone i spływały na jej drobne, dziewczęce ramiona.

31b

- Tak, nareszcie- potwierdziłam i odchrząknęłam. Czemu mój głos brzmiał tak niepewnie? Przecież to ja byłam inicjatorką tego spotkania i nie powinnam się nim denerwować.

Fatma ruchem głowy wskazała mi miejsce naprzeciwko siebie:

- Siadaj.

Spełniłam jej polecenie i jednocześnie dotarło do mnie, jak wielka siła bije od tej drobnej postaci. Jeżeli opowieści Mattiasa były prawdziwie, to mimo tego, że Fatma wychowywała się na zamku niczym księżniczka, ostatniego czasu musiała dostać porządną szkołę życia, która zmieniła ją z delikatnej dziewczynki w prawdziwą bojowniczkę o słuszną sprawę.

- Dziękuję, że zechciałaś się ze mną zobaczyć- zaczęłam, ale dziewczyna gestem nakazała mi milczenie.

- Nie próbuj wzbudzić we mnie litości- powiedziała sucho, a ja zdębiałam.

- Że co…?- wyrwało mi się.

- To, że zgodziłam się pomóc ci w ukryciu się przed Vincentem, jeszcze nie oznacza, że zaczęłam darzyć cię sympatią- tu dziewczyna zmrużyła oczy i pochyliła się lekko w moją stronę.- Nie rozumiem twojego zdziwienia, cukiereczku. Sądziłaś, że pomogę ci  z uśmiechem na ustach, bo kiedyś uratowałaś mnie przed ścięciem?

- W sumie nie wiem, na co liczyłam, ale na pewno nie spodziewałam się takiej agresji z twojej strony- zirytowałam się.- Co ja ci takiego zrobiłam? Przecież widzimy się może trzeci raz w życiu.

Fatma roześmiała się szyderczo.

- Nie bądź cyniczna. Po pierwsze, jesteś Czarnym Kapturkiem i przez to, że w ogóle zostałaś wybrana na tę posadę, musiała zginąć moja matka, Alicja. Do tego sypiasz z moim śmiertelnym wrogiem, Królem i moim byłym narzeczonym. To daje mi wystarczająco dużo powodów, by cię ZNIENAWIDZIĆ.

Spojrzenie Fatmy było zimne, a ja czułam, że moje oczy stają się wilgotne. Odwróciłam wzrok.  .

- Zostałam Czarnym Kapturkiem przez to, że uratowałam cię przed śmiercią. To była moja kara, nie prosiłam się o to. Poza tym, nie sądziłam, że wierzysz we wszystkie plotki, które…

- Milcz!- zdenerwowała się Fatma i wstała gwałtownie.- Że też jeszcze masz czelność kłamać mi w żywe oczy!

Dziewczyna ruszyła dziarskim krokiem ku drzwiom, a ja powiodłam za nią smutnym spojrzeniem. Nie wiem, dlaczego znowu musiałam słuchać tych bezpodstawnych oszczerstw, ale powoli przerastało to moje siły.

- Jesteś mi potrzebna, bym mogła w końcu obalić nieprawowitego dziedzica tronu Magicznego Świata- odezwała się znowu Fatma, kiedy była już przy drzwiach. Jej głos nadal drżał od gniewu, ale starała się go opanować.- Nie musimy darzyć się sympatią, ale los pokierował tak, że jesteśmy sobie nawzajem potrzebne.

Ciarki przeszły po moich plecach.

- Nie jestem nikim specjalnym, nie mam supermocy, nie znam się na waszej magii, ani też nie potrafię walczyć. Niby jak miałabym ci pomóc?

Teraz to Fatma uśmiechnęła się niepewnie.

- Też taka byłam, kiedy uciekłam z zamku. Przerażona i zagubiona, skazana na pomoc innych. A jednak mi się udało zacząć wszystko na nowo i teraz kieruję Ruchem Błękitnych. Co do twojego zadania, dowiesz się wszystkiego w swoim czasie. Teraz zdrzemnij się tu, widzimy się na obiedzie- odparła wymijająco i wyszła z pokoju, zostawiając mnie samą.

Nareszcie mogłam pójść spać i wrócić do swojej krainy. Ułożyłam się na kanapie i podparłam głowę rękoma. Nie zamknęłam jednak oczu, tylko wpatrzyłam się w płomienie ognia, buzujące w kominku. Poczułam, jak moje ciało staje się ciężkie i jak zmęczenie obezwładnia mnie.

W ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin przeżyłam bardzo wiele. Nie wiedziałam, co mnie czeka później, ale w tej jednej, ulotnej chwili, poczułam się dobrze.

Poczułam się bezpieczna.

.

.

.

Cytat: wybrane fragmenty tekstu piosenki Israel Kamakawiwo’ole – Somewhere Over The Rainbow

Kolejny rozdział: 10 grudnia 2013r.

Kilka słów ode mnie: Okropnie nie lubię niesłownych osób, dlatego jestem na siebie wściekła za to, że rozdział nie pojawił się tutaj zapowiedzianego dnia. Dlaczego? Podzielę się z Wami swoją głupotą. Wiecie, że nie mam dostępu do internetu przez większość tygodnia, więc zazwyczaj ustawiam automatyczną publikację. Ta dam:

Szczyt kretynizmu. No ale pomińmy to milczeniem.

Na koniec kajam się i jeszcze raz przepraszam za karygodne opóźnienie. Do usłyszenia!;)