>><<

Ona:

Powiedziałam: „Nie powtórzę wczorajszych błędów”

Co staram się zrobić, jeśli chodzi o Ciebie

Widzę tylko dobre, wybrane wspomnienia!

Sprawiasz, iż czuję, że musisz mnie trzymać,

że nigdy nie spotkałam kogoś tak odmiennego. A tu proszę!

Teraz jesteś częścią mnie… jesteś częścią mnie.

 

On:

Ciągle zapominam, że powinienem pozwolić Ci odejść…

Ale kiedy tylko na mnie spojrzysz to

jedynym wspomnieniem są nasze pocałunki [...]

Nie mogę zapamiętać, by o Tobie zapomnieć!

>><<

- Od czego zaczniemy naukę?- zapytałam, siadając pod jednym z drzew i opierając się o jego pień.

Fatma zajęła miejsce na trawie niedaleko mnie, po czym posłała mi zdegustowane spojrzenie.

- Nie mam zamiaru cię niczego uczyć. Chcę przedstawić ci po prostu jedyne słuszne racje i zaproponować dołączenie do Ruchu.

- Taaa…- odparłam, lekko przygaszona, od razu wyobrażając sobie nudny, agitacyjny monolog, którego prawdopodobnie będę miała nieprzyjemność za chwilę wysłuchać. Odwróciłam głowę.

Dzień dopiero się zaczynał, a ja już miałam go serdecznie dość. Po kompromitującym poranku, teraz czekało mnie nudne popołudnie, wypełnione rozmową z nawiedzoną przywódczynią spiskowców.

Gdyby nie Ian, na pewno przydzielono by mi jakąś pracę i mogłabym teraz zająć czymś ręce i umysł, tak jak robiłam to w swoim świecie.

Ale nie! Dzięki genialnemu pomysłowi Vincenta miałam umrzeć na dworze Guiliano z nudów, podczas gdy mój sługa będzie zaharowywać się na śmierć.

Odszukałam wzrokiem Iana. Znajdował się kilka metrów dalej i zwoził taczką na tyły ogrodu Guiliano narzędzia, niezbędne przy pracach ogrodniczych. Podejrzewałam, że Juan celowo przydzielił pomagierowi Króla trudne zadanie: miał z zaniedbanej łąki uczynić ogród na wzór tych, które można oglądać wokół zamku.

Nagle zorientowałam się, że Ian spogląda w moją stronę, więc szybko odwróciłam się w kierunku Fatmy.

Oczywiście dziewczynie nie umknęła ta nieoczekiwana wymiana spojrzeń.

- Nadal twierdzisz, że nie znasz tego człowieka?- zapytała podejrzliwie, na co ja wzruszyłam obojętnie ramionami.

- Owszem, nie zmieniłam swojego zdania, chociaż mam pewne przypuszczenia. Przychodzi mi na myśl, że Ian mógł być po prostu jednym ze strażników. Tylu ich kręciło się po zamku, że nigdy nie siliłam się na zapamiętanie któregokolwiek.

Fatma pokiwała ze zrozumieniem głową.

- Możliwie, iż masz rację. A jak Ian odnosi się do ciebie?

Natychmiast oblałam się rumieńcem.

- Jest… troskliwy. Aż za nadto- wydukałam niechętnie, na co dziewczyna skrzywiła się.

- Widocznie Król kazał mu takim być, bo w przeciwnym razie spotka go surowa kara.

- Kto go tam wie…- odparłam wymijająco.

- Vincentowi zależy na tobie. To dobrze. Możesz okazać się dla nas cenną kartą przetargową w ciągu najbliższych trzech miesięcy, które prawdopodbnie okażą się kluczowe dla powodzenia spisku, szykowanego przeze mnie i moich towarzyszy.

Nie spodobało mi się to, jak mnie nazwano, ale prawdziwy ucisk w żołądku wywołało u mnie dopiero wspomnienie o intrydze, knutej przez Błękitnych. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęłam, to szkodzenie komukolwiek, a już zwłaszcza… Vincentowi.

Nadal miałam mu za złe, że zwodził mnie w sprawie swojego związku z Gaelem, ale przecież nie mogłam być hipokrytką. Posiadałam też dobre wspomnienia z mojej krótkiej znajomości z Królem. Uczucie, które do niego żywiłam- i co trudno przyznać, nadal żywię- stało się częścią mnie i nie chciałabym go od razu brutalnie wymazywać lub dać mu się spalić w ogniu zemsty.

Mimowolnie zerknęłam na Iana, który akurat niezdarnie starał się wyrywać chwasty z ziemi. Z daleka było widać, jak na jego jasnym czole pojawiłają się pierwsze krople potu.

Nagle mężczyzna zastygł w bezruchu i najwyraźniej znowu odczuł na sobie moje spojrzenie, bo delikatnie zaczął okręcać głowę w stronę drzewa, pod którym siedziałam.

Tym razem zdążyłam odwrócić się, zanim nasze oczy w ogóle się spotkały.

- Skup się dziewczyno, zamiast co chwila patrzeć na tego chłystka- zaczęła marudzić zirytowana Fatma, jednak moje chmurne spojrzenie nakazało jej uspokoić emocje.

Odchrząknęła.

- Hm… zacznijmy zatem.

.

.

Przysłowie mówiące o tym, że zły dzień musi się źle skończyć, nie zawsze bywa prawdziwe. Ale gdy słowo „dzień” zastąpić słowem „popołudnie spędzone w Magicznym Świecie z Fatmą”, uzyskalibyśmy w stu procentach prawdziwą maksymę życiową.

Nie to, żeby przywódczyni Ruchu Błękitnych była dla mnie niemiła. Wręcz przeciwnie! Kiedy opowiadała z zaangażowaniem o działaniach swojego ugrupowania, to jej głos ociekał uprzejmością, a twarz jaśniała dobrocią.

Ze słów Fatmy wynikało, że całemu złu w Magicznym Świecie winny jest Vincent i jego rodzina, a to, co pozytywne w tej krainie, mogło zaistnieć tylko dzięki Błękitnym. Tak jednostronne postrzeganie zjawisk i przemian społecznych na kilometr pachniało mi zakłamaniem, ale słuchałam dziewczyny uważnie, ponieważ nareszcie mogłam dowiedzieć się czegoś więcej o historii świata, w którym przyszło mi przebywać.

Po raz kolejny Fatma cofnęła się w swoich opowiadaniach do rządów Perpetuy, które- podobnie jak kiedyś Mattias- opisała jako bardzo krwawe. Ludzie żyli w strachu o własne życie, ponieważ drakońskie prawo surowo karało za najdrobniejsze wykroczenia. Straże, stacjonujące obecnie głównie na zamku i wokół niego, Królowa wysyłała do pracy w terenie, by kradły, linczowały nieposłusznych i zaprowadzały swoiście rozumiany „ład”.

- Jednak to i tak było nic w porównaniu z tym, co nastąpiło, gdy na tronie zasiadła Julietta, zrzucając z niego wcześniej własną matkę- stwierdziła dramatycznym głosem Fatma.

- Jakim cudem pokonała Perpetuę? Przecież z tego, co wiem, to babka Vincenta była potężną czarownicą- wyraziłam swoje wątpliwości na głos.

- To dość oczywiste, ale masz prawo tego nie rozumieć-  apodyktycznie stwierdziła dziewczyna.- Rodzina Margolettich, z racji koloru swojej krwi, może władać magią, która uchodzi z nich przez ich dłonie.

- Moment- wtrąciłam się, zaczynając szybko kojarzyć fakty.- Podczas wizyt u Perpetuy zauważyłam, że brakuje jej końcówek palców u rąk… Boże, czy tak okaleczyła ją własna CÓRKA?!

- Nie krzycz- skarciła mnie Fatma, więc zamilkłam, chociaż nowe wiadomości wytrąciły mnie z równowagi i nie byłam w stanie uspokoić się ot tak, na zawołanie.

- To… to niewiarygodne.

- Poczekaj, to jeszcze nie wszystkie fakty o rodzinie Margolettich, które cię zadziwią- oznajmiła Fatma, wyraźnie zadowolona z tego, jak reagowałam na jej słowa.- Więc tak: jesteśmy w tym momencie historii, kiedy Perpetua traci swoją moc i ukrywa się przed własnym dzieckiem głęboko w lesie, by ocalić, jeśli nie honor, to choć swe życie. Tymczasem Julietta zaprowadza nowe porządki: chce osłabić fizycznie swoich poddanych, aby ci nie byli w stanie się jej przeciwstawić. Dlatego wojska nowej królowej palą łąki, pastwiska i lasy, należące do poddanych, aby pozbawić ich plonów. Taka polityka szybko przynosi efekty. Klęska głodu w Magicznym Świecie za panowania Julietty zabrała z tych ziem jedną trzecią jej mieszkańców.

- To… okropne- wyszeptałam, czując narastającą gulę w gardle. Fatma również spoważniała i niemalże grobowym głosem opowiadała dalej:

- Nie wiem, co by się stało, gdyby Julietta rządziła dalej. Prawdopodobnie zabiłaby wszystkich poddanych i te słowa nie są przesadą z mojej strony. Jednak tu nagle do gry wkroczyła Perpetua, która, chociaż już bez mocy, nadal znała przecież potężne zaklęcia. Stara królowa wkradła się pewnej nocy do zamku i rzuciła Czar Przenosin.

- Na czym on polegał?

- Perpetua odebrała magię swojej córce i przekazała ją komuś, kto już posiadał swoje własne, magiczne umiejętności, czyniąc go w ten sposób najpotężniejszym czarnoksiężnikiem w historii Magicznego Świata.

Przez ciało przebiegły mi ciarki.

- Masz teraz na myśli Vincenta, prawda?- upewniłam się, a Fatma skinęła głową.

- Pewnie zastanawiasz się, dlaczego Perpetua zareagowała tak późno? Czemu nie powstrzymała córki wcześniej, skoro znała sposób, by ją unieszkodliwić?- drążyła, a gdy nie okazałam zaciekawienia, po prostu mówiła dalej:

- Czar zostały rzucony w dniu szesnastych urodzin Vincenta, czyli w czasie, gdy osiągnął pełnoletniość. Wcześniej nie było to możliwie, ponieważ zbyt potężna siła zabiłaby niedojrzałego fizycznie chłopca.

„Jakby szesnastolatek był już mężczyzną”- przeszło mi przez głowę, ale zachowałam tę myśl dla siebie, nie chcąc zagłębiać się w różnice kulturowe pomiędzy Magicznym Światem a moim, realnym. Poza tym, czasami miałam wrażenie że faceci nigdy nie dojrzewali- w każdej z kultur.

Tymczasem Fatma przeszła do opisu pierwszego roku rządów Vincenta, który, jak na młodzieniaszka, okazał się niezłym skurczybykiem i kawałem drania, ale i tak wypadał blado przy swojej babce i mamuśce.

- Hm… chyba czegoś tu nie rozumiem. Skoro Julietta okazała się gorsza od swojego syna, to dlaczego teraz ją popierasz?- zadałam pytanie, które nurtowało mnie od dłuższego czasu.

Fatma uśmiechnęła się.

- Nie wiesz, że wróg twojego wroga, jest twoim przyjacielem? Zresztą, mój układ z Juliettą przewiduje tylko odebranie tronu Vincentowi. Ja pomogę jej, ona mi, ale ostateczna walka rozegra się pomiędzy starą Królową a Ruchem Błękitnych: wtedy zapomnimy o umowie i współpracy.

- Hm… A co twoje ugrupowanie oferuje społeczeństwu po dojściu do władzy?

- Równość- natychmiast odparowała Fatma.- Chcemy znieść podział na lepszych i gorszych, biedniejszych i bogatych.

Uśmiechnęłam się kpiąco, na co dziewczyna zmrużyła oczy, niezadowolona, że nie traktuję jej planów poważnie i nie aprobuję ich.

- Wiesz co, tam, skąd pochodzę, próbowano już takiego numeru i nazwano go komunizmem. Jednak ostatecznie równi podzielili się na równych i równiejszych, a zamiast wieczystego pokoju i szczęścia w moim państwie był głód, bieda i protesty.

- To, że w twojej krainie ten pomysł się nie sprawdził, nie oznacza, że my musimy ponieść klęskę.

Tu Fatma znowu zaczęła agitować za słusznością swoich myśli, ale ja przestałam jej słuchać.

Przypomniała mi się moja lektura z czasów liceum, Nie- Boska komedia Krasińskiego, z której to książki pochodzi wielce pasujący do sytuacji cytat: „widziałem stare zbrodnie świata, ubrane w szaty świeże”.

Uzmysłowiłam sobie, że Ruch Błękitnych niekoniecznie chce zmienić Magiczny Świat na lepsze. Jednak nie do końca wiedziałam, jakie rządy byłyby dobrym rozwiązaniem dla ludzi z tego wymiaru. Demokratyczne? Przejście do tego systemu nagle, zaraz po autorytarnych poczynaniach Margolettich, mogłoby nie wypalić.

Nigdy nie lubiłam polityki, więc nie zdziwiłam się, że w trakcie tych rozważań zaczęła mnie boleć głowa. Co za dużo, to niezdrowo.

Ukojenie przyniósł wieczór, kiedy to Fatma zadecydowała, że czas wracać do dworu na obiadokolację i spoczynek.

Posiłek zaczęłam jeść sama, w swoim pokoju, gdyż Ian uznał, że najpierw musi się umyć, zanim do mnie dołączy. Nie protestowałam.

.

.

Jednak nim skończyłam spożywać kaszę, Fatma wtargnęła bez pukania do mojej sypialni. Nie wyglądała na zachwyconą.

- Chodź. Przysłano ci prezent.

Zerwałam się z miejsca, a serce zabiło mi szybciej.

- Podarunek? Od kogo?- dopytywałam, idąc za Fatmą do garderoby Julietty. Dziewczyna przewróciła oczami.

- A jak myślisz? Od tego pedała, który zasiada na tronie- odparła wulgarnie i otworzyła przede mną drzwi.- Wejdź.

Spełniłam jej rozkaz w milczeniu, chociaż nie spodobało mi się to, jak dziewczyna nazwała Vincenta.

W pomieszczeniu, na podwyższeniu, na którym wczoraj stałam, dziś leżało wielkie, białe pudło. Oczywiście ktoś otworzył je za mnie, by sprawdzić jego zawartość. W końcu wszystko, co pochodziło z zamku, było podejrzane.

Podeszłam bliżej i zajrzałam do środka.

- To na pewno dla mnie, tak?- zapytałam i zerknęłam na Fatmę, która niechętnie przytaknęła.

Kiedy ja wyciągałam z pudła czarną, ślicznie zdobioną suknię, dziewczyna mówiła:

- Vincent to czub. Najwyraźniej dowiedział się, że Juan chce sprawić ci garderobę, więc uprzedził go i przysłał ci… to.

- Jest piękna- zawyrokowałam spontanicznie, dotykając delikatnego materiału sukni.- Mogę przymierzyć?

- Rób co chcesz- odmruknęła Fatma, a ja szybko zrzuciłam z siebie swój strój Kapturka, pochodzący z atelier duchess Marii.

- Wydaje mi się, że ta suknia była uszyta dla ciebie już wcześniej. W jeden dzień nie da się wyczarować takiego cuda- myślała na głos dziewczyna, pomagając mi wiązać gorset.- Król miał najwidoczniej wobec ciebie jakieś plany…

Zerknęłam na swoje odbicie w lustrze i posmutniałam. Vincent może i miał wobec mnie jakieś zamiary, ale niekoniecznie takie, jakich oczekiwałam.

- No, gotowe- rzuciła Fatma, puszczając sznurowanie. Nagle drgnęła, przypominając sobie o czymś. Zajrzała do pudła i wyłożyła z niego naszyjnik, pasujący do stroju.

- Proszę- podała mi go i uszczypliwie dodała:

- Jak widać, hojność jego królewskiej mości nie zna granic w czasie, gdy jego poddani zajmują się prostytucją, by wyżywić siebie i rodziny.

Uśmiech, który na moment pojawił się na mojej twarzy, na powrót zastąpiłam powagą.

Fatma miała rację. Każdy podarunek miał swoją cenę.

Ale czy ja poznałam całkowitą wartość tego prezentu?

.

.

Cytat: wybrane fragmenty tekstu piosenki Shakira – Can’t Remember To Forget You (feat. Rihanna)

Kolejny rozdział: 10 marca 2014r.

Co nowego: Porządki w zakładce „SĄ ZE MNĄ”. Poczułam się trochę jak Witkacy, który sporządzał co jakiś czas listę przyjaciół i informował ich, o ile miejsc w jego rankingu spadli lub wznieśli się ^^

Kilka słów ode mnie: Reakcja moich rodziców na to, że wieczorem mam zamiar pisać bloga- „TO się jeszcze nie skończyło?”. Czy „TO” to już choroba, czy jeszcze nie?