>><<

Poświęć mi, poświęć, poświęć trochę uwagi, kochanie

Muszę ci powiedzieć coś o tobie

Jesteś cudowna, idealna, och i seksowna z ciebie panienka

 

 Ślicznotko, ślicznotko, ślicznotko, powinnaś się uśmiechać

Taka dziewczyna jak ty nigdy nie powinna być smutna

>><<

- Nie wierzę, że to zrobiłam- jęknęłam po raz kolejny, na co Paula tylko przewróciła oczami.

- Ja zaczęłam farbować włosy w wieku piętnastu lat, nie wiem, o co robisz tyle hałasu- stwierdziła beztrosko dziewczyna, odrzuciła trzymane kobiece czasopismo i zwróciła się do siedzącej nieopodal Beci:

- A ty jak się czujesz z tym, że musisz zmienić kolor swojej czupryny?

Nim nasza współpracownica odpowiedziała, słysząc to pytanie westchnęłam i dotknęłam srebrnych papierków, w które fryzjerka zawinęła pasma moich włosów razem z farbą. Lubiłam swoje ciemne kosmyki, ale musiałam się z nimi pożegnać na jakiś czas, żeby nie stracić pracy.

Otóż do Zajazdu wpłynęła dość niecodzienna oferta. Niejaki pan Werszycki zarezerwował największą salę na każdy piątek lipca i sierpnia, co oznaczało dla mnie dodatkowe godziny pracy. Niestety w umowie, którą mężczyzna zawarł z moją szefową, zawarty był drobny kruczek: kelnerki, które miały obsługiwać gości, koniecznie musiały być blondynkami.

Kiedy Kama mi o tym powiedziała, byłam oburzona i wygłosiłam krótką, acz porywającą i pełną emocji przemowę o dyskryminacji, jednak moja menadżerka wzruszyła tylko na to ramionami.

- Klient płaci, klient wymaga, co ja ci na to mogę poradzić?

Prędko okazało się jednak, że Kama musi coś zaradzić, ponieważ jedyną blond- kelnerką w Zajeździe była… Paula. Najmniej kompetentna osoba do obsługi dużych imprez, pasująca do tego zadania niczym wół do karety.

Wobec rażących braków w kadrze, menadżerka zawołała do siebie mnie i Beatę. Krótko i dosadnie przedstawiła nam swoją propozycję: albo zgodzimy się na wizytę w salonie fryzjerskim za pieniądze od szefowej, albo musimy liczyć się z tym, że Arleta po wakacjach niekoniecznie zechce przedłużyć nam umowę.

Zarówno ja, jak i Becia studiowałyśmy, więc dorywcza, weekendowa praca w Zajeździe była naszym stałym źródłem utrzymania. Zostałyśmy podstawione pod ścianą i nie pozostało nam nic innego, jak zgodzić się. Paula zaofiarowała się, że poleci nam dobrą fryzjerkę i pójdzie do niej razem z nami po pracy.

W ten oto sposób już za kilka minut miałam zobaczyć siebie w blond wydaniu. Becia właśnie zeszła z fotela i z nieukrywanym zachwytem przyglądała się samej sobie w lustrze:

- Mówcie, co chcecie, ale mi się tam podoba ta mała odmiana.

Z moich ust już miało wydobyć się kolejne jęknięcie, ale powstrzymało mnie przed tym groźne spojrzenie Pauli.

- Teraz kolej na panią, zapraszam- zwróciła się do mnie fryzjerka, wskazując mi miejsce na obitym niebieskim pluszem krześle.

Przełknęłam ślinę i czując, jak drżą mi nogi, zasiadłam na fotelu, na którym miała dokonać się egzekucja mojej asertywności i kasztanowych, długich loków.

Ostatecznie udało mi się jako tako rozluźnić i kiedy w końcu przejrzałam się w lustrze, na moment odebrało mi mowę.

- Jest… inaczej- stwierdziłam, a Paula parsknęła.

- Oczywiście, a niby jak miało być?- zirytowała się na moment, ale już po chwili zaszczebiotała radośnie.- Ślicznie wyglądasz! Koniecznie musisz pójść teraz ze mną na jakąś imprezę! Na pewno zrobisz spore zamieszanie wśród facetów.

Uśmiechnęłam się lekko na słowa Pauli. Co niby miałam jej odpowiedzieć? Że jedyny facet, na którym chciałam zrobić wrażenie był gejem i mieszkał w innym wymiarze?

Zamiast szczerego wyznania, zrobiłam to, co wychodziło mi ostatnio świetnie, czyli skłamałam. Szczerząc się sztucznie do swojego odbicia, pewnym głosem odparłam:

- O tak… panie, chowajcie swoich facetów, bo nadchodzę!

.

.

Noc.

Przekręciłam się na drugi bok i dostrzegłam, że zegar wskazywał kilka minut po drugiej. Mimo tak późnej pory, nie mogłam spać. Chociaż czułam bolesną ociężałość po całodniowym trudzie pracy w Zajeździe w każdej części mojego ciała, a emocje związane ze zmianą fryzury dawno już minęły, to z jakiegoś powodu upragniony odpoczynek nie nadchodził.

- Klara, śpisz?- wyszeptałam, ale z godnie z moimi przewidywaniami, nie doczekałam się odpowiedzi. Zerknęłam w stronę łóżka mojej siostry.

Spod kołdry z brytyjską flagą wystawało jedynie kilka kasztanowych kosmyków. Mogło to oznaczać, że albo Klara spała głębokim, młodzieńczym snem, albo miała w uszach słuchawki i słuchała muzyki lub czytała ebooka na swoim smartfonie, jednocześnie esemesując ze znajomymi.

Po tej dziewczynie można było spodziewać się absolutnie wszystkiego, więc w grę wchodziły też jeszcze inne opcje, których wolałam nie dopuszczać do świadomości.

Stara maksyma nie kłamała: im mniej wiesz, tym lepiej śpisz.

Najwyraźniej rozmyślając o Klarze w końcu zasnęłam, ponieważ nieoczekiwanie usłyszałam pukanie. Otworzyłam oczy i zamiast ciemności ujrzałam skąpany w delikatnym blasku poranka sufit.

- Kto tam?- wychrypiałam, usiłując zmusić swój głos do pracy po długim, nocnym wypoczynku w tym świecie.

Spodziewałam się, że to Ian przyniósł mi śniadanie, ale pomyliłam się.

- Rafa- padła cicha odpowiedź zza drzwi.- Pan prosi do siebie.

Rozbudziłam się natychmiast.

- Pan?- zapytałam, nie do końca rozumiejąc, o co chodzi. Pokojówkę mogło zniecierpliwić moje zachowanie, ale nie dała tego po sobie poznać.

- Książę Juan, pan na tym dworze.

Zaniepokoiłam się.

- Czego on ode mnie chce?

- Pan prosi do siebie- powtórzyła mechanicznie Rafa, nie trudząc się z podawaniem mi większej ilości szczegółów. Zresztą, pewnie nawet ich nie znała.

- W takim razie moment, muszę się ubrać- ziewnęłam i niechętnie wyswobodziłam się z objęć ciepłej pościeli. Mimowolnie zerknęłam na prześcieradło. Żadnych plam. Niczego, co mogłoby mnie zdradzić lub zażenować.

Zaprosiłam pokojówkę do środka. Chociaż w swoim świecie potrafiłam się sama ubrać, tu nie było to takie proste, jeżeli nie miało się dobrze wygimnastykowanego ciała. Moja nowa suknia wymagała starannego ułożenia kolejnych warstw spódnic, jak i odpowiednio mocnego wiązania gorsetu, co by całość nie zsunęła się ze mnie przy pierwszym kroku.

Strój od Vincenta nie należał do najwygodniejszych i nie zapewniał całkowitej swobody ruchu, ale efekt, który widziałam w swoim lustrzanym odbiciu, wynagradzał wszystkie te niedogodności. Czułam się jak księżniczki z bajek, które czytałam w dzieciństwie.

Na szczęście czarny kolor sukni dobitnie przypominał mi, że w tym świecie jestem tylko Czarnym Kapturkiem. A o takiej bajce dotychczas nie słyszałam.

- Jestem gotowa- oznajmiłam, upinając przy pomocy wsuwek swoje ciemne włosy z tyłu głowy. Z zadowoleniem po raz kolejny dostrzegłam plus w Magicznym Świecie: tu nadal byłam posiadaczką kasztanowych loków.

- Gdzie mam się stawić?- zapytałam, a Rafa, z której przez cały czas nie mogłam wydobyć więcej, niż kilka zdawkowych słów, rozpromieniła się:

- Pan czeka w swoim gabinecie.

Dziewczyna zaprowadziła mnie do celu, gdyż nadal nie znałam rozkładu pomieszczeń na dworze Guiliano. W zasadzie to nie czułam się zobowiązana do tego, by go poznać. Za niecałe trzy miesiące miał wparować tu wielki i zły Król Vincent, który nie zostawi z tego budynku kamienia na kamieniu, bo nie dostał tego, co chciał.

- Dziękuję- powiedziałam z wdzięcznością, na co Rafa zarumieniła się i uciekła czym prędzej.

- Niezła z niej służbistka…- mruknęłam pod nosem, choć w pamięci pozostał mi też spłoszony wyraz jej oczu. Jakby się mnie… bała. Zganiłam się szybko za tę niedorzeczną myśl i zapukałam w białe drzwi przede mną.

- Proszę- usłyszałam głęboki, męski głos. Nacisnęłam klamkę w kształcie głowy smoka i przekroczyłam próg pokoju.

- Dzień dobry- przywitałam się, nieśmiało rozglądając się  po ciemnym, acz przestronnym pomieszczeniu. Juan siedział przy biurku w dość nonszalanckiej pozie, ale wyglądał na skupionego. W jednej ręce trzymał pióro, a w drugiej kawałek pożółkłego pergaminu. Gdy weszłam, nie oderwał od niego wzroku.

 

- Może przyjdę później?- zaproponowałam ostrożnie, czując się jak intruz.

- Nie, nie ma takiej potrzeby- odparł szybko Juan i prędko odrzucił dokument. Uśmiechnął się szeroko i dodał gardłowym głosem:

- Witaj.

Zarumieniłam się, jakbym była nastolatką, a nie prawie dojrzałą kobietą i powtórzyłam swoje powitanie. Rozbawiony moim zachowaniem Juan wydał się jeszcze bardziej zadowolony, niż przed momentem.

- Usiądź, proszę. Chciałbym zamienić z tobą kilka słów- rzekł i zachęcającym gestem wskazał na krzesło naprzeciwko swojego biurka. Posłusznie usiadłam na nim i próbując się uspokoić, wypuściłam z siebie powoli powietrze.

- W takim razie słucham.

- Nie, to ja chcę posłuchać- zaoponował brat Vincenta i z chytrym uśmieszkiem, czającym się w kąciku ust, wstał ze swojego miejsca.- Przebywasz pod moim dachem prawie dwa tygodnie. Czy aby niczego ci nie brakuje?

Juan założył ręce za plecami i zaczął się przechadzać powoli po swoim gabinecie, nie zwracając na mnie uwagi. Mimo, że otrzymałam chwilę do namysłu, to zrozumiałam, że zostałam wciągnięta w grę, której zasady nie do końca były mi znane.

Zaczęłam się wiercić.

- Nie znajduję powodów do narzekań- oznajmiłam dyplomatycznie. Niestety, te słowa wywołały parsknięcie u mojego rozmówcy.

- Doprawdy? Król uważa wręcz przeciwnie.

Na te słowa oblała mnie fala gorąca.

- Widzisz- kontynuował Juan, nie zdając sobie sprawy, jak podziałała na mnie jego wiadomość.- Mój brat twierdzi, że ja i moja matka nie traktujemy cię na dworze zbyt dobrze. Swoje niezadowolenie Vincent wyraża dość dosadnie w listach, które ostatnio do mnie przesyła przez Iana.

- Papier jest cierpliwy, przyjmie wszystko.

- Papier może i tak, jednak ja nie zamierzam sobie pozwalać na te zniewagi- odparł mężczyzna, zirytowany brakiem zrozumienia z mojej strony. Podszedł do biurka i chwycił pergamin, który zajmował jego uwagę, gdy weszłam do pokoju.

- Pozwól, że odczytam Ci fragment naszej korespondencji- zaproponował Juan i nie czekając na odpowiedź, odchrząknął:

- Ekm… Niemożliwym jest, abyśmy porozumieli się. Jesteś gnidą. Z gnidami się nie rozmawia. Jesteś…

Mężczyzna urwał i gwałtownie zgniótł list, a następnie rzucił go wściekle na podłogę.

- Nie, to bez sensu, abym to czytał. Dalej jest tylko stek wyzwisk i oszczerstw, skierowanych w moją stronę. Jakbym to JA zawinił w tej sytuacji!- wykrzyknął Juan.

Żyły na jego czole i szyi nabrzmiały, a ja zbladłam, bo zdecydowanie nie byłam przyzwyczajona do tak gwałtownych wybuchów złości. Brat Vincenta, widząc moją reakcję, opanował się i dysząc ciężko oparł się o biurko.

- Wybacz- przeprosił, a ja skinęłam głową, dając znak, że się nie gniewam.

- Vincent potrafi zdenerwować, rozumiem to doskonale.

Mężczyznę zainteresowała moja wypowiedź. Okręcił głowę w moim kierunku i przechylił ją delikatnie.

- Tak…?

Zrozumiałam, że zachęcał mnie, bym mówiła dalej, ale nie wiedziałam, co miałabym powiedzieć. Poza tym, nie czułam potrzeby, aby zwierzać się, bądź co bądź, obcemu człowiekowi.

Juan, świetnie wyczuwając moje intencje, zdecydował się zachęcić mnie do mówienia. Przysiadł na biurku naprzeciwko mnie i uśmiechnął się przymilnie. Oznaki wcześniejszego wybuchu gniewu zniknęły całkowicie.

- Vincent i ja, choć jesteśmy braćmi, nie darzymy się sympatią- zaczął opowiadać spokojnie, patrząc przy tym uważnie na moją twarz, by zaobserwować, jak będę reagowała.- Zbyt wiele złego wydarzyło się pomiędzy nami w dzieciństwie. Unikamy wzajemnego kontaktu i staramy się nie wchodzić sobie w drogę. Jednak odkąd pojawiłaś się na dworze Guiliano, Vincent zdecydował się zmienić swoją strategię względem mnie. Zaczął pisać. Rozkazywać. Żądać.

Juan zniżył głos, zmrużył lekko oczy i nachylił się w moją stronę:

- Pytanie brzmi, dlaczego?

Poziom adrenaliny w mojej krwi gwałtownie podskoczył, ale starałam się nie dać po sobie poznać, jak bardzo zaczynam się denerwować. Niedbale wzruszyłam ramionami.

- Skąd mam to wiedzieć?

Książę nie wydał się zadowolony z mojej odpowiedzi.

- W końcu jesteś Czarnym Kapturkiem. Chociaż uciekłaś z zamku, to pełnisz tę funkcję tak długo, jak oddychasz. Do tego byłaś blisko Króla.

Niespodziewanie Juan zsunął się z biurka, zbliżył się do mnie, a jego usta znalazły się przy moim uchu i wyszeptały:

- Jak bardzo blisko…?

Nie czekając na kolejny ruch mojego rozmówcy, zerwałam się z miejsca. Wszystko się we mnie gotowało. Mężczyzna wyglądał na pewnego siebie i nie zdziwiła go moja reakcja. Założył ręce na piersi.

- Nie życzę sobie takich insynuacji- syknęłam i ściągnęłam gniewnie brwi.

- Oczywiście- odparł natychmiast usłużnie, ale mina Juana zdradzała, że myślał zupełnie coś przeciwnego.

- Dziękuję. Czy to już wszystko?- spytałam, opanowując drżenie.

Mężczyzna uśmiechnął się zawadiacko.

- Och, prawie. Chciałbym cię jeszcze o coś poprosić.

- Zatem słucham.

- Spróbuj się więcej uśmiechać. Taka dziewczyna, jak ty, nie powinna być smutna. Może gdy poświęcisz mi trochę więcej uwagi, będę mógł zrobić coś, co przegoni twój smutek.

Oniemiałam, zupełnie zaskoczona śmiałością tego wyznania. Zamrugałam kilka razy nerwowo, a w tym czasie Juan roześmiał się głośno i zasiadł na powrót za swoim biurkiem.

- To już wszystko na dziś, możesz się oddalić- powiedział beztrosko, zachowując się tak, jakby nic się nie stało.

Dygnęłam i bez słowa opuściłam gabinet księcia. Starając się odszukać drogę powrotną do swojego pokoju, próbowałam uspokoić galopujące serce.

W głowie kołatała mi się jedna myśl: Co… to… właściwie… było?!

.

.

.

Cytat: wybrane fragmenty tekstu piosenki Bruno Mars Treasure 

Kolejny rozdział: 21 marca 2014r.

Kilka słów ode mnie: Źle u mnie ostatnio z punktualnością. Mam jednak nadzieję, że wytrzymam tempo, jakie sobie narzuciłam.