>><<

Tak mi źle, tak mi źle tak mi szaro

Każdy dzień ciągnie się jak makaron

Tak mi źle, tak mi źle, tak mi łyso

Szary jest kot i pies, szare dni są

Znajdziesz mnie zawsze jeśli chcesz,

Tylko wróć, znajdziesz tam gdzie wiesz…

>><<

Przed drzwiami mojego pokoju nieomal zderzyłam się z Ianem. Mężczyzna wydał się niepomiernie zaskoczony, że nie jestem w tej chwili w swoim łóżku.

- Gdzie byłaś?- zapytał natychmiast i spojrzał na mnie podejrzliwie.

- Nie twój interes- odparłam buńczucznie i żwawym krokiem weszłam do swojej sypialni. Wewnątrz mnie wrzało. To, co wydarzyło się przed chwilą w gabinecie Juana, niebywale mnie podminowało i każde niewłaściwego słowo ze strony sługi Vincenta mogło spowodować mój wybuch.

A Ian nie miał zamiaru milczeć.

- Jak to nie moja sprawa?!- powiedział wściekle i z trzaskiem odstawił na szafę tacę ze śniadaniem.- W tej chwili, masz mi wyjawić, gdzie byłaś. Jestem tu po to, żeby cię pilnować!

- Tak?!- prychnęłam i podparłam się pod boki- A ja sądziłam, że masz mi służyć, a nie robić za moją niańkę!

Oczy Iana zwęziły się, a jego klatka piersiowa unosiła się szybko i gwałtownie. Gdyby miał sierść, na pewno najeżyłaby się, jak u kota.

To skojarzenie wywołało nieoczekiwany, szczery uśmiech na mojej twarzy, co przystopowało emocje mężczyzny.

- Zjedzmy coś, burczy mi w brzuchu- zaproponowałam ugodowo.

Usiedliśmy na moim łóżku i zabierając się do spożywania śniadania, zakopaliśmy na chwilę topór wojenny. Podświadomie czułam jednak, że wrócimy wkrótce do tematu mojego porannego zniknięcia.

- Mam coś dla ciebie- powiedział nagle Ian i sięgnął do pasa swoich lnianych spodni, zza którego wyjął papierowy rulon.

- Zgniotłam już jeden list od Vincenta, dlaczego miałabym tego nie zrobić z kolejnym?- zapytałam ozięble i nie zadałam sobie trudu, by wyciągnąć rękę po swój „prezent”. Zamiast tego sięgnęłam po kawę.

- To nie od Króla, tylko od…

Ian nie zdążył dokończyć, bo przerwało mu moje parsknięcie, przez które cała zawartość moich ust znalazła się na jego koszuli.

- Co jest…?!- wykrzyknął zaskoczony, a ja otarłam ręką usta i zaczęłam gorączkowo przepraszać.

- O matko… Nie chciałam! Wybacz, po prostu… ta kawa jest obrzydliwa!- wypaliłam w końcu, na co mężczyzna spojrzał na mnie krytycznie.

- A jaka ma być, skoro będę do niej dolewał co dzień mikstury Kalagara?

Spuściłam głowę. Zupełnie wyleciało mi z głowy, że wczoraj zgodziłam się przyjmować magiczny napój, by zmienić kolor swojej krwi.

- No już, to nie koniec świata- mruknął pocieszająco Ian, widząc, jak bardzo było mi w tej chwili głupio.- W ramach zadośćuczynienia przeczytaj list od Mattiasa. Ucieszy się, gdy mu o tym opowiem.

Kuzyn Vincenta do mnie napisał? To dość dziwne, biorąc pod uwagę, jak napięte ostatnio były nasze relacje. Nie wiedziałam, czego mógłby ode mnie żądać ten zapity popapraniec, ale mimo to sięgnęłam po list. Widniała na nim królewska pieczęć z herbem Margolettich, do niedawna tak wyczekiwana przeze mnie. Czując, jak lekko drżą mi dłonie, złamałam ją i rozwinęłam rulon:

.

Kapturku! 

Nie mogę spać, nie mogę jeść, brakuje mi cię!- Oto moja najnowsza piosenka, którą nucę sobie, gdy mi szaro, źle i smutno.

A bez Ciebie tak właśnie zrobiło się na zamku.

 Po moich całonocnych baletach nie mam teraz nikogo, kto znosiłby moje towarzystwo i wysłuchiwał szumnych opowieści o moich najnowszych podbojach miłosnych. Nie ma też nikogo, kto od czasu do czasu nawrzeszczałby na mnie, próbując nawrócić mnie na szlachetną drogę życia, ani nikogo, kto razem ze mną dokuczyłby mojemu nadętemu kuzynowi.  

Nikogo, nikogo, nikogo!

Mam głęboko między moimi umięśnionymi pośladkami, że Ty i Vincent posprzeczaliście się. Ja już przeprosiłem Cię za moje idiotyczne zachowanie, więc czemu mam cierpieć, skoro jestem na powrót grzeczny? Dzieciaku, odezwij się do mnie!

Pogrążony w pijackiej melancholii,

 Mattias.

- Wcześniej proponował mi seks, a teraz zwraca się do mnie per „dzieciaku”?- rzuciłam obojętnie, przebiegając oczami po koślawie nakreślonych zdaniach. Jednocześnie Ian parsknął, opluwając przy tym kawą swoje spodnie. Spojrzałam na niego i zorientowałam się, że moje słowa zdziwiły go, a jednocześnie zdenerwowały:

- CO CI PROPONOWAŁ?!

- Słyszałeś przecież- odparłam, zwijając z powrotem list w rulon.- Z jakiegoś powodu wszyscy w Magicznym Świecie uważają mnie za królewską dziwkę, z którą przespał się każdy na zamku.

Oczy Iana zrobiły się wielkie jak spodki. Wydawało się, że pierwszy raz słyszał o mojej niechlubnej opinii. Podzieliłam się z nim tym spostrzeżeniem:

- Dziwisz się, jakbyś o tym nie wiedział. Przecież twierdziłeś, że mnie znasz. Może najwyższy czas, byś powiedział, gdzie spotkaliśmy się po raz pierwszy?

Wypuściłam z siebie powietrze. Nareszcie zadałam to pytanie, które miało wyjaśnić kwestię, nurtującą mnie od dłuższego czasu. Mężczyzna nie wydawał się poruszony moją ciekawością, ale nie śpieszyło mu się z odpowiedzią. Podniósł się z miejsca i przyniósł z łazienki jeden z ręczników, by zetrzeć plamy po kawie ze swojego ubrania. Dopiero, gdy to uczynił, odezwał się:

- Jestem sługą Miłościwie Panującego nam Króla, więc wielokrotnie miałem przyjemność widzieć cię w zamkowych murach.

Kiedy nie zareagowałam, Ian zaniepokoił się:

- Hm… Zdaje mi się, czy nie jesteś przekonana do tej wersji?

Uśmiechnęłam się blado.

- Wypadasz mało wiarygodnie. Chociaż nie starałam się zapamiętywać twarzy strażników, to wydaje mi się, że twojej buzi bym nie zapomniała.

- Czyżbym był aż tak przystojny?- rozpogodził się natychmiast mężczyzna, a ja skrzywiłam się, zdając sobie sprawę, że przyznałam się do tego, iż Ian robił na mnie wrażenie.

- Nie bądź siebie taki pewny, narcyzie- odpyskowałam.- Przypominasz mi kogoś, kto mi się podobał i tyle.

Chociaż tym razem to mężczyzna nie uwierzył w moje słowa, to powiedziałam szczerą prawdę. Ian, a szczególnie jego oczy i sposób poruszania, przywoływały mi na myśl kogoś, kto zranił mnie jak inny na świecie. Gdy padło na mnie spojrzenie sługi, podczas naszego pierwszego spotkania, od razu przypomniało mi to, którym obdarzył mnie Vincent, przyjeżdżając specjalnie dla mnie z Paladrynu.

- Czas się zbierać do pracy- mój rozmówca zmienił temat.- Porozmawiamy, gdy będę przesadzał krzewy.

- Taa… jeżeli tylko Fatma nie zamęczy mnie swoim monologiem agitacyjnym- mruknęłam i zsunęłam się z łóżka. Ian uniósł brwi w odpowiedzi.

- Tak szybko znudziły ci się jej mowy? Hm… Nie wróży to szybkiemu włączeniu cię do Ruchu, na czym zapewne dziewczynie bardzo zależy. W każdym razie, dzisiaj i przez najbliższy tydzień możesz odetchnąć. Z tego, co wiem, Fatma wyjechała i nie wróci tak szybko.

Zanim jednak Ian podał powód nagłego zniknięcia przywódczyni Błękitnych, wyszedł, tłumacząc się tym, że musi zawołać Rafę, by pomogła mi się ubrać. Nie oponowałam, bo również uważałam, że czas najwyższy na zabranie się za coś pożytecznego, jednak zaniepokoiłam się. Chociaż Fatma działała mi na nerwy, to tylko dzięki niej byłam bezpieczna na dworze Guiliano. Mogłam tu przebywać, ponieważ czekało na mnie jakieś tajemnicze zadanie, jakiego miałam się podjąć, a do tego byłam „kartą przetargową” dla tej części rodziny Margolettich, której nienawidził Vincent.

Na szczęście moje obawy, póki co, okazały się niepotrzebne, gdyż kolejny dzień w Magicznym Świecie minął spokojnie. A do tego całkiem miło.

Kiedy ja siedziałam w cieniu drzew, Ian pracował, ale jednocześnie gawędził ze mną. Dowiedziałam się, że mężczyzna ma dwadzieścia sześć lat, a na zamku mieszka od dziesięciu wiosen, kiedy to matka oddała go na służbę Królowi, w zamian za kilka gram cennego kruszcu. Od tamtej pory nie widział swojej rodziny, ale też nie czuł takiej potrzeby, ponieważ praca dla Vincenta w zupełności go satysfakcjonowała i odpowiadała jego planom na życie.

Co dość dziwne, Ian wyrażał się o władcy Magicznego Świata w samych superlatywach i podejrzewałam, że nie mówił całej prawdy. Do tego nie reagował, kiedy prosiłam, by wyjaśnił mi niektóre niewygodne kwestie, takie jak np. porwanie niemowląt w pierwszym roku panowania Vincenta.

- To nie jest dobra pora na tego typu rozmowy- ucinał Ian i milczał tak długo, do póki nie zmieniłam tematu.

A ja pokornie ulegałam, w duszy mając jednak nadzieję, że wkrótce nadejdzie odpowiedni czas na wyjawienie prawdy.

.

.

Piątkowy poranek w moim rodzinnym domu już dawno nie był tak leniwy i senny. Z reguły trudno mi było pospać dłużej niż do godziny dziewiątej, ze względu na odgłosy porannej krzątaniny: a to mamie wypadł niechcący z rąk garnek, a to Klara upuściła kosmetyczkę, wysypując przy tym z hukiem swoje kosmetyki, a to z kolei tata, o ile nie był w pracy, co chwilę otwierał i zamykał drzwi wejściowe, kręcąc się między mieszkaniem a garażem.

Jednak dziś było inaczej. Ze względu na deszczową pogodę wszyscy pozostaliśmy dłużej w łóżkach, śpiąc niedźwiedzim snem do godziny dziesiątej, kiedy to postawił nas na nogi telefon komórkowy mojej mamy, do której akurat dzwoniła babcia.

- Czy ja chociaż raz w te wakacje nie mogę się spokojnie wyspać?!- marudziła Klara i zanim nakryła się kołdrą, wymamrotała:

- W razie pożaru nie budźcie mnie, tylko pozwólcie spłonąć.

Chociaż miałam wielką ochotę pójść śladem mojej siostry, to przemogłam się i wstałam. Przed wyjściem do pracy chciałam jeszcze zjeść spokojnie śniadanie i spisać swoje dzisiejsze przygody w Magicznym Świecie, a także wszystko, czego udało mi się dowiedzieć od Iana- a to wymagało czasu.

Chwyciłam swój telefon i przeciągając się, boso podreptałam do kuchni, jednak nie udało mi się wyprzedzić moich rodziców, którzy energicznymi ruchami przygotowywali właśnie śniadanie.

- Ubierz kapcie, bo złapiesz wilka- zwróciła mi uwagę mama, gdy zobaczyła mnie w drzwiach.

- Też cię kocham- odparłam jej sennie i zajęłam miejsca naprzeciwko taty, szykującego sobie kanapkę. Ponieważ od płytek podłogowych istotnie ciągnęło chłodem, podwinęłam nogi pod siebie. Zamiast zabrać się za jedzenie, wyciągnęłam komórkę i włączyłam w niej przesył danych, a następnie zalogowałam się na facebooka.

Wczoraj nie miałam na to czasu, ale dziś koniecznie chciałam poinformować Kaśkę, moją przyjaciółkę poznaną na studiach, że przefarbowałam włosy. Chociaż wiedziałam, że i tak teraz nie odczyta mojej wiadomości, ponieważ razem ze swoich chłopakiem przemierzała słynną Route 66 w Stanach i obecnie był u niej środek nocy. Na pewno spała w tej chwili w najlepsze, ale przecież informację ode mnie mogła zobaczyć tuż po obudzeniu się.

- Zostaw w końcu ten telefon. Porozmawiaj z nami, jak człowiek, bo ostatnio nie ma z tobą żadnego kontaktu- zaczął marudzić tata, ale puściłam jego słowa mimo uszu. Nie trwało długo, jak do utyskiwań ojca przyłączyła się mama, więc wyłączyłam się niemalże całkowicie, starając się skupić na pisanej treści, ale nagle coś przykuło moją uwagę.

Podniosłam głowę i bezsensownie zapytałam:

- Że co? Obarski?  – Odłóż ten telefon- zniecierpliwionym głosem poprosiła mama, a ja, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej, natychmiast jej posłuchałam. Kolega Bartka, chłopaka Pauli, tak właśnie się nazywał. Obarski. Zygmunt Obarski. Gdy tylko usłyszałam to nazwisko, wiedziałam, że skądś je znam, ale nie mogłam sobie przypomnieć, skąd?

A odpowiedź kryła się tuż przed moim nosem.

- Masz uważać na tę zgraję, rozumiesz?- powiedział poważnie tata, nakładając sobie na talerz sałaty i pomidorów.- Nie wiadomo, kogo ten Werszycki pozaprasza na te swoje piątkowe balangi, ale możesz być pewna, że będzie to prawdziwa „śmietanka towarzyska” spod najciemniejszej gwiazdy.

Mama weszła ojcu w słowo:

- Już samo to, że przez jego idiotyczne widzimisię musiałaś przefarbować włosy, pokazuje, że to nie jest do końca normalny człowiek.

- Też nie jestem zachwycona tą całą sytuacją, ale tłumaczyłam wam przecież, że zostałyśmy z Becią podstawione pod ścianą.

- Pamiętaj, że zawsze możesz zrezygnować…

- Nie- ucięłam.- Naprawdę lubię swoją pracę i nie zamierzam z niej teraz odchodzić. Hej, wróćmy na chwilę do tematu. Wspomnieliście coś o Obarskim…

- Mogłabyś słuchać czasami uważniej… – mruknęła mama, ale pospieszyła z wyjaśnieniem.- Powinnaś przecież pamiętać Karola Obarskiego, chodziliście do równoległych klas w liceum. Jego matka rozwiodła się z Urbanem Obarskim i teraz znalazła sobie nowego, całkiem dobrze postawionego gacha: Werszyckiego właśnie. Facet jest prawnikiem w koncernie farmaceutycznym i próbuje się wkupić w łaski synów Obarskiej, Karola i Zygmunta, tymi imprezami w Zajeździe, przez które zostałaś blondynką.

- Plotki plotkami, ale Karolina pamiętaj, że nie bez powodu połowa rodziny Obarskich siedzi za kratkami. Nie chodzi o to, że chcemy cię straszyć, czy coś w tym stylu. Po prostu pilnuj się, ok? Rób w pracy to, co należy do twoich obowiązków, ale staraj się nie rozmawiać z tymi, którzy przyjdą na te imprezy, jasne?

- Jak słońce, tato- odparłam, zaskoczona tym oficjalnym tonem, na co ojciec kiwnął porozumiewawczo głową i wrócił do jedzenia.

.

.

 

Cytat: wybrane fragmenty tekstu piosenki Komety Tak mi źle

Kolejny rozdział: 1 kwietnia 2014r.

Kilka słów ode mnie: Chyba każdy z blogerów miewa gorsze chwile: „nie chce mi się już dłużej pisać”, „na co mi to?”, „kto to w ogóle czyta?”. Mnie też dopadają takie smuteczki. Ale wiecie co? Po tych czarnych myślach i tak siadam przed laptopem i walcząc z sennością i zmęczeniem, zaczynam pisać. Pojawia się słowo, zdanie, akapit… Aż nagle, nie wiadomo kiedy, ukazuje mi się całość jakiejś historii, która niby była w mojej głowie, ale przelana do edytora stała się inna: lepsza czy gorsza- to nieważne. Ważne, że chyba tak właśnie wygląda magia i mam nadzieję, że wszyscy wątpiący pozwolą się jej oczarować;)