>><<

Co z tego, że się upijamy?

Co z tego, że zielsko jaramy?

Mamy gdzieś, kto to widzi,

po prostu się bawimy!

Co z tego, że wychodzimy?

Tak właśnie powinno być!

Młodo, szalenie i swobodnie żyć!

>><<

 .

- Gdzie jest Kama?- zapytała zmęczonym głosem pani Arleta, wchodząc tylnymi drzwiami do lokalu. Jeden rzut oka na szefową pozwolił mi zorientować się, że nie jest zadowolona nagłym wezwaniem do Zajazdu przez menadżerkę o godzinie drugiej nad ranem. Kobieta, choć tak nagle wybudzono ją ze snu, jak zwykle zdążyła nałożyć na twarz makijaż, lecz nie był on w stanie ukryć ogromnego zdegustowania i zdenerwowania.

Szczerze współczułam Kamie, że będzie musiała się za chwilę tłumaczyć pani Arlecie z tej klęski, którą okazała się impreza Werszyckiego, ale to w końcu szefowa, a zarazem właścicielka Zajazdu, przyjęła ofertę piątkowych dancingów, więc niejako sama była sobie winna tego zamieszania.

Początkowo nic nie wróżyło katastrofy. O godzinie dziewiętnastej zaczęli zjawiać się pierwsi goście. My, kelnerki, dyskretnie przyglądałyśmy się, kogóż to przyjdzie nam dziś wieczór obsługiwać. W większości na salę przybywali ludzi w naszym wieku, tudzież lekko starsi lub młodsi, ale i tak średnia wieku zebranych wynosiła jakieś dwadzieścia cztery lata.

- Czy ty też masz wrażenie, że oni wszyscy są tacy sami?- mruknęła do mnie Becia i oddaliła się w stronę kuchni, by poprzekomarzać się z Jutką. Uśmiechnęłam się sama do siebie, gdy zrozumiałam, o co chodziło koleżance.

Goście Werszyckiego byli piękni, młodzi i bogaci. Wyglądali, jakby wyjęto ich z jakiegoś katalogu mody, albo brazylijskiej telenoweli. W tym towarzystwie znalazł się też Zygmunt, co mnie wcale nie zaskoczyło, skoro to jego ojczym był organizatorem imprezy. Obarski w szarym, dopasowanym garniturze i gładko zaczesanych do tyłu blond włosach, idealnie wpasowywał się w towarzystwo innych mięśniaków, choć mężczyzna, w przeciwieństwie do reszty, nie miał opalenizny- jego skóra była wręcz chorobliwie jasna. Zygmuntowi towarzyszyła filigranowa blondynka w długiej do ziemi, błyszczącej, czerwonej sukni.

- Twój chłopak, Bartek też przyjdzie?- zapytałam Paulę, która stała obok mnie i z grymasem na twarzy śledziła zbierających się gości. Słysząc moje słowa, dziewczyna skrzywiła się jeszcze bardziej, po czym niechętnie odburknęła:

- Nie nazywaj go tak.

Oho! Czyżby kłopoty w raju?

- Jak zwał, tak zwał- odparłam ugodowo.- Nie zostaliście zaproszeni?

- Nie no…- westchnęła Paula i wzruszyła ramionami.- Zygi nalegał, żebyśmy wbijali, skoro za wszystko buli jego nowy „tatuś”, ale przez ten cyrk z blond kelnerkami muszę dziś pracować. Poza tym, mam ostatnio na pieńku ze starymi przez moje nocne balety, więc muszę je trochę ograniczyć, przynajmniej do czasu, aż Bartuś wynajmie mi jakieś mieszkanie.

Na dłuższe pogawędki nie było czasu, ponieważ Karol, młodszy z braci Obarskich, podbiegł do nas i poprosił, byśmy zaczęły podawać kolację. Na ten znak, Becia zostawiła rechoczącą z jakiegoś jej sprośnego żartu Jutkę i dołączyła do nas. Pierwsze dania znalazły się na stołach, do kieliszków popłynął alkohol, a specjalnie wynajęta przez Werszyckiego orkiestra zaczęła grać- najpierw cicho, by muzyka umilała zebranym posiłek, później głośno i energicznie.

Sprawy zaczęły wymykać się spod kontroli około godziny dwudziestej trzeciej, kiedy to jedna ze sprzątaczek wróciła z obchodu łazienek i z niedowierzaniem w głosie ogłosiła:

- Takiej demolki to przez całe swoje życie nie widziałam, nawet, jak mój świętej pamięci tatuś starą chałupę burzył…

Zaniepokojona Kama, która w trakcie większych imprez czuwała nad ich spokojnym przebiegiem i liczyła ewentualne straty, zbladła i natychmiast pobiegła sprawdzić prawdziwość tej informacji. Wróciła z prędkością błyskawicy i grobowym tonem zwróciła się wszystkich zebranych w kuchni:

- Musicie to zobaczyć.

Nie trzeba nas było dwa razy zachęcać. Dwóch kuchcików razem ze mną, Becią i Paulą zerwało się z miejsc i wszyscy ruszyliśmy w kierunku toalet. Tam, przepychając się w drzwiach, podziwialiśmy robotę wandali: pourywane umywalki, popękane lustra, potłuczone szklane kinkiety, wystawione z zawiasów drzwi od toalet…

- To jeszcze nic, wyjrzyjcie przez okno- zachęcała nas Kama.

- WOW!- wykrzyknął z podziwem Krzysiek, wychylając się jako pierwszy przez ramę.- Wyrzucili muszlę klozetową na tulipany pani Arlety! Ale jaja!

- Ej, przesuń się, daj zobaczyć!

Przepychaliśmy się tak przez chwilę, zanim do łazienki nie weszli goście i nie chcieli skorzystać z pisuarów, które jakimś cudem nie ucierpiały w tym kataklizmie. Wycofaliśmy się i wróciliśmy do kuchni, gdzie zastaliśmy ledwo trzymającego się na nogach Karola.

- Prze.. przepraszam pani kie… kierowniczko- mówił młody Obarski, jąkając się przez nadmiar spożytego alkoholu.- Chyba szybka pę… pękła na sali.

Kama wytrzeszczyła oczy i zacisnęła usta z całej siły, żeby nie powiedzieć gościowi czegoś niegrzecznego. Znałam ją na tyle, by wiedzieć, że w szale potrafi nakląć na impertynenckich klientów nie gorzej niż Jutka.

- Pani Bożenko, za mną proszę- rzuciła do sprzątaczki menadżerka i poszła z Obarskim na salę, by przyjrzeć się kolejnym uszkodzeniom, a także posprzątać je, zanim ktoś zrani się przypadkowo ostrym odłamkiem. Wybite okno w najlepszej sali w Zajeździe oznaczało jeszcze większe problemy: jutro miało się w tym miejscu odbyć wesele, a państwo młodzi nie zamawiali dodatkowej klimatyzacji.

Kiedy zbierałam brudne talerze ze stołów, przyglądałam się tańczącym na parkiecie ludziom. Nadal byli młodzi i bogaci, ale do piękności wiele im w tym momencie brakowało. Dziewczyny z rozmazanym makijażem chwiały się na swoich dwunastocentymetrowych obcasach i dawały się obmacywać partnerom, którzy pogubili gdzieś swoje marynarki, a ich drogie koszule były pogniecione i rozchełstane. To znak, że impreza była naprawdę przednia.

Przynajmniej dla nich, ponieważ Kama przeżywała właśnie najgorszy dyżur w swoim życiu. Jednak tak naprawdę czara goryczy przelała się, kiedy to goście zechcieli zaczerpnąć świeżego, nocnego powietrza i zaczęli wychodzić na zewnątrz. Oczywiście, pani Arleta udostępniała wynajmującym salę duży ogród i park za budynkiem, do tego liczyła się z ewentualnymi szkodami, ale goście Werszyckiego… Cóż, istniała realna obawa, że lada moment, a przemienią staranne ścieżki między grządkami kwiatów i krzewów w rozgardiasz taki, jak na wykopaliskach albo placu budowy.

- Mam dość. Dzwonię po Arletę- podjęła męską decyzję Kama i w ten oto sposób, szefowa stała teraz w kuchni i z niezadowoleniem przysłuchiwała się narzekaniom swojej pracownicy na gości.

- Kochanie, uspokój się, zaraz zrobimy tu porządek- stwierdziła stanowczo i zdjęła z siebie czarne futro. Podwinęła rękawy swojej eleganckiej granatowej bluzki, jakby szykowała się do bitwy i przeczesując siwe włosy palcami, zwróciła się do mnie:

- Karolina, przyprowadź mi tu Werszyckiego, mam z nim do pomówienia.

- Oczywiście- zgodziłam się, chociaż nie było mi to na rękę. Nie znałam tego faceta i nie za bardzo miałam ochotę się z nim bliżej zaznajamiać. Poza tym, jak miałam skłonić lekko podstarzałego, pijanego cwaniaczka (który, gdy go widziałam ostatnio, bawił się w najlepsze), by poszedł do kuchni, na zaplecze i porozmawiał z szefową na temat skandalicznych wybryków zaproszonych przez niego ludzi? Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, jak Werszycki pokornie zgadza się iść ze mną i wysłuchiwać tyrad pani Arlety.

Prześlizgiwałam się między roztańczonymi parami w poszukiwaniu organizatora całej tej szopki, jednak jak na złość, mężczyzna nagle zapadł się pod ziemię. Przy stole spało tylko trzech młodych chłopaków, którzy spali z twarzami w talerzach z jedzeniem, więc zdecydowałam się wyjść na zewnątrz, by rozszerzyć obszar swoich poszukiwań do ogrodu, ale i tu spotkał mnie zawód, ponieważ nigdzie nie dostrzegłam Werszyckiego.

Przeklinając dzisiejszą noc, już chciałam zawrócić i powiedzieć szefowej, że ma sobie sama szukać tego kretyna, ale nagle zauważyłam, że w mniejszej sali Zajazdu świeci się światło. Zaskoczyło mnie to, bo przecież nikt nie powinien korzystać w tej chwili z tego pomieszczenia: znajdowały się tam głównie krzesła i stoły, które trzeba było usunąć, by zrobić na dziś więcej miejsca do tańca na parkiecie w dużej sali.

Zdecydowałam się sprawdzić, czy to aby tam nie znajdę ojczyma Obarskich i żwawym krokiem ruszyłam w stronę budynku. Chwyciłam za klamkę, która gładko ustąpiła pod moim dotykiem i bez zbędnych ceregieli wpadłam do środka.

- Co ku….?!- krzyknęła na mój widok blondynka, ale nim zdążyłam odpyskować, Zygmunt syknął do niej:

- Zamknij się.

Zmrużyłam oczy i założyłam ręce na piersi, a kobieta towarzysząca Obarskiemu skrzywiła się i stanęła za krzesłami, na których rozłożył się nonszalancko mężczyzna.

- Czego tu szukasz?- spytał mnie Zygmunt, wwiercając we mnie zmęczone spojrzenie.

- To ja powinnam zadać to pytanie. Tutaj nie wolno wchodzić bez pozwolenia.

Blondynka prychnęła lekceważąco, słysząc moje słowa.

- Kogo to obcho…- zaczęła mówić, ale Zygmunt poderwał się z miejsca i chwycił kobietę za łokieć, na co ta jęknęła z bólu.

- Już stąd wychodzimy, prawda Agnieszko?

Nie spodobało mi się, w jaki sposób Obarski potraktował swoją partnerkę, ale byłam zbyt zmęczona, by zareagować, więc tylko skinęłam z aprobatą głową, kiedy intruzi zaczęli zbierać się do wyjścia. Gdy znaleźli się bliżej mnie, przypomniało mi się, kogo tak naprawdę szukałam w małej sali.

- Hej, nie widzieliście gdzieś może pana Werszyckiego? Nie mogę go znaleźć.

Zygmunt wyjaśnił zdawkowo, że jego ojczym pojechał razem z jego matką na chwilę do domu, aby ta zmieniła sukienkę, ponieważ niechcący oblała się kawą.

- Powinni lada moment wrócić- zakończył, wzruszając ramionami i nadal trzymając w mocnym uścisku ramię Agnieszki, wyszedł razem z nią w mrok nocy.

 .

 .

Dzień w Magicznym Świecie okazał się o wiele przyjemniejszy, niż doba, którą spędziłam w tym realnym. Chociaż i tak mi się poszczęściło, gdyż nie musiałam zostawać dłużej w pracy i sprzątać po imprezie Werszyckiego. Mężczyzna, po reprymendzie od pani Arlety, pokornie obiecał opłacić koszty firmy sprzątającej, budowlanej i pogotowia ogrodniczego. Wynajęte ekipy miały od godziny siódmej rano pracować w ekspresowym tempie, by doprowadzić Zajazd do takiego stanu, aby bez przeszkód mogło odbyć się w nim wesele, a goście państwa młodych nie zeszli na zawał, gdy będą chcieli skorzystać z toalety i zamiast muszli klozetowej, zobaczą dziurę w podłodze.

Tymczasem na dworze Guiliano dzień minął mi na… pisaniu. Juan poprzez moją pokojówkę, Rafę, podarował mi kałamarz pełen atramentu, pióro i długi zwój papieru, na który miałam przelewać to, co siedziało w mojej głowie, a czego nie chciałam wypowiedzieć na głos. Gdy powiedziałam o tym Ianowi przy śniadaniu, wściekł się, wietrząc w tym działaniu podstęp, ale nie przejęłam się zbytnio reakcją mojego sługi.

- Przecież nie jestem na tyle głupia, by zapisywać WSZYSTKO, o czym myślę- tłumaczyłam naburmuszonemu mężczyźnie.- Pomyśl o tym w ten sposób, że to dla mnie okazja, by zająć czymś ręce. No chyba, że w tej pracy też chcesz mnie wyręczyć?

Ian miał głęboko w poważaniu moje zdanie i zdecydował się obrazić na większość dnia. Jednak jeśli myślał, że będą mnie z tego powodu dręczyć wyrzuty sumienia, to grubo się mylił. Kiedy on z furią przekopywał ziemię, metr po metrze, ja rozsiadłam się pod jednym z drzew i rozkoszując się piękną pogodą, brakiem Fatmy obok siebie i ciszą, przerywaną jedynie odgłosem szpadla i śpiewem ptaków, uczyłam się pisać.

Ponad miesiąc temu, w listach, które adresowałam do Vincenta, narobiłam sporo kleksów, przez co teraz, w wolnej chwili, próbowałam udoskonalić swoją technikę, ale po godzinie poddałam się. Przez prawie dwadzieścia lat mojego życia używałam do pisania głównie długopisów, więc trudno mi teraz było przestawić się na gęsie pióro.

Zdecydowałam od razu przejść do rzeczy, ale gdy tylko przykładałam prawą rękę do papieru, w mojej głowie pojawiała się pustka. Nie wiedziałam, o czym miałabym pisać, jaką formę miałyby przybrać moje słowa: nie chciałam odpowiadać zbyt szybko na list Mattiasa, nie czułam potrzeby uzewnętrzniania swoich myśli w postaci pamiętnika.

W końcu zdecydowałam stworzyć coś neutralnego i zaczęłam wypisywać teksty znanych mi piosenek, które w jakiś sposób kojarzyły mi się z moją obecną sytuacją. Zaskoczyło mnie, że niemalże każdy epizod z mojego życia w Magicznym Świecie można było ubrać w kilka zgrabnych słów.

Kiedy słońce chyliło się w stronę horyzontu, zapisałam prawie cały pergamin, z czego większość tekstów pochodziła z piosenek angielskich, więc liczyłam, że jeżeli ktoś zdecyduje się przeczytać moje zapiski, to i tak niewiele zrozumie w obcym języku.

W głowie kołatał mi się cały czas jeszcze jeden tytuł: Love me again Johna Newmana. Kawałek ten puszczały praktycznie wszystkie stacje radiowe, przez co często słyszałam go w głośnikach kuchni w Zajeździe i nuciłam cicho podczas pracy.

Prędko przelałam cały zapamiętany tekst na papier, a następnie przebiegłam linijki wzrokiem. Ścisnęło mnie w żołądku. Z żalu. Bo właśnie takie słowa, jak te, chciałabym usłyszeć od Vincenta: by przyznał się, że postąpił źle, ale chce się zmienić. By poprosił mnie, bym pokochała go jeszcze raz.

Chociaż w zasadzie, to kochałam Króla nieprzerwanie i nie zmieniło tego nawet jego momentami paskudne zachowanie wobec mnie.

Mimo, że byłam przekonana, iż natura ludzka jest niezmienna i Vincent nie zdobyłby się na wypowiedzenie takich słów, a już zwłaszcza nie uznałby swojego związku z Gaelem za błąd, to i tak podpisałam piosenkę słowami: Lirycs for the King. Tekst piosenki dla Króla.

Nieoczekiwanie ktoś wyszarpnął mi papier z ręki. Zaskoczona, podniosłam głowę i obejrzałam się za siebie. Byłam tak zamyślona, że nawet nie zauważyłam, jak Ian rzucił łopatę, stanął za mną i czytał to, co napisałam,

- Hej, oddawaj mi to!- rozkazałam i wyciągnęłam rękę po zwój, ale mężczyzna w ostatniej chwili uniósł go wyżej, bym nie mogła go dosięgnąć. Spostrzegłam, że sługa był o wiele bardziej wściekły, niż rano.

Wzburzony do granic możliwości, spocony, brudny i zły, nagle zaczął szybkimi ruchami drzeć papier. Zerwałam się na równe nogi, by uratować swoją pracę, ale Ian odepchnął mnie gwałtownie, przez co zaplątałam się w swoją długą suknię i runęłam na ziemię.

- NIE!- krzyknęłam, by powstrzymać mężczyznę, ale on nie przestał, dopóki z papieru nie pozostały drobne szczątki, wielkością przypominające płatki śniegu.

- Coś ty narobił?- wykrztusiłam z siebie, starając się hamować gniew i łzy bezsilności.

- A czy ty wiesz, coś TY narobiła?- odpowiedział mi pytaniem na pytanie Ian, zaciskając ręce w pięści.

 .

.

Cytat: wybrane fragmenty tekstu piosenki Wiz Khalifa – Young, Wild & Free ft. Snoop Dogg

Kolejny rozdział: 18 kwietnia 2014r. (czyli rok od dnia, gdy zaczęłam pisać bajkę o Czarnym Kapturku!)

Kilka słów ode mnie: Kolejny rozdział dopiero za 17 dni. Skąd taka zmiana? Chcę sobie dać więcej czasu na podsumowanie w kolejnym poście tego, co zrobiłam przez ostatni rok. Nie spodziewajcie się proszę żadnych konkursów, fajerwerków i tym podobnych z okazji rocznicy second-start. Mam po prostu ochotę podliczyć zyski i straty tego przedsięwzięcia nazywanego blogiem.