>><<

Obdaruj mnie miłością, jak nigdy dotąd,

 Ponieważ ostatnimi dniami pragnąłem jej jeszcze bardziej. 

Może i minęło trochę czasu, ale ja wciąż czuję to samo.

>><<

.

- Jak on ma na imię?- zapytał dziadek, schylając się jednocześnie, by wyrwać chwast, który wyrósł na przekór panującemu wokół porządkowi.

Uśmiechnęłam się na ten rozczulający widok, puszczając pytanie mimo uszu. Tylko tacie mojej mamy mógłby przeszkadzać taki drobiazg, jak dopiero kiełkujące zielsko na wypielęgnowanej ścieżce.

Dziadek Stefano był dla mnie jak drugi ojciec, jak autorytet. Na co dzień cichy, spokojny, często zamyślony i małomówny. Mimo, że wydawał się stać z boku, to nikt, tak jak on, nie rozumiał ludzkiej natury.

Siedemdziesięciolatek odrzucił chwast i pozwolił mi znowu chwycić swoje pewne ramię. Uczyniłam to z przyjemnością i kontynuowaliśmy spacer po polu. Roślinność wokół stała się już na tyle wysoka, że doskonale chroniła nas przed wzrokiem ciekawskich, a słońce grzało przyjemnie. Niedzielne popołudnie na wsi nie mogłoby wyglądać lepiej, gdyby nie to, że nagle wszyscy postanowili przejąć się moim ostatnim zachowaniem.

- To jak?- ponowił swoje zapytanie dziadek Stefano, a ja powstrzymałam wybuch śmiechu.

- „Jak” co?- spytałam, udając, że nie rozumiem, o co chodzi, ale mój rozmówca nie dał się oszukać.

- Nie zjadłaś dziś deseru i już dawno nie widziałem, byś cały rodzinny obiad przesiedziała w tak ponurym milczeniu. Aż przykro patrzeć, jak się męczysz. Tak za skórę mógł ci zajść tylko jakiś facet. Zdradź przynajmniej, jak ma na imię ta gnida, która mi zasmuca wnuczkę.

Dziadek patrzył przed siebie, ale i tak czułam, że przejrzał mnie na wylot. Wiedziałam też, że to, co mu teraz wyznam, zostanie między nami. Wzięłam głęboki oddech.

- Vincent- powiedziałam, odczuwając ogromną ulgę, że mogłam się tym z kimś podzielić. Dziadek pokiwał głową.

- Co z nim jest nie tak?

- Jest starszy o ponad dziesięć lat ode mnie- zaczęłam ostrożnie, nie chcąc przyprawić nikogo o zawał. Widząc, jak dziadek spokojnie przyjmuje moje rewelacje, mówiłam dalej.- Jest też o wiele bogatszy, niż ja. A do tego w ogóle nie jest mną zainteresowany.

Fakt, że mieszka w innym wymiarze, skwapliwie pominęłam.

- Gnida- oświadczył ponuro dziadek, a ja mu przytaknęłam.

Poczułam, jak ramię, za które trzymam, napina się.

- Rodzice martwią się o ciebie. Sądzą, że za dużo pracujesz. Przez cały lipiec nie spotkałaś się z nikim ze znajomych, poza współpracownikami z Zajazdu. Nie chcesz z nikim rozmawiać…

- Nie jestem ostatnio zbyt towarzyska, ale czy to powód, by od razu tak się przejmować?- zachmurzyłam się, kiedy usłyszałam ten zarzut, ale zupełnie nieoczekiwanie dziadek strzepnął moją rękę ze swojego ramienia i objął mnie.

- Karolinka, wiesz, że dla mnie możesz zaszyć się na pustkowiu i z nikim nie rozmawiać. Możesz pracować całymi dobami. Możesz nie mieć znajomych. Ale tylko pod jednym warunkiem: że będzie cię to uszczęśliwiać.

Oddałam uścisk.

- Nie jestem szczęśliwa- wymamrotałam cicho, wtulając się w jasny sweter dziadka, jakby on miał mnie uchronić od całego zła świata.

- Wiem. I jeżeli temu winny jest facet, to najwyższa pora o nim zapomnieć.

.

.

- Nie widziałam cię już od miesiąca. I nic. Jestem może bledsza, trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca, lecz…- tu zawiesiłam głos i zamknęłam oczy, chcąc dalszą część utworu odtworzyć w swojej głowie, ale Ian nie pozwolił mi na to.

-…lecz widać można żyć bez powietrza!- dokończył wiersz Marii Pawlikowskiej- Jasnorzewskiej, dramatycznie przy tym wzdychając. Skrzywiłam się, słysząc jego drwiny, i otworzyłam oczy.

Twarz Iana znajdowała się tuż nade mną.

- Znowu podsłuchujesz- wyrzuciłam mu, a on zaśmiał się głośno na to oskarżenie.

- Ależ nie śmiałbym, gdybyś znowu nie mówiła na głos sama do siebie- słusznie wytknął mi mężczyzna, opadając na trawę, tuż obok mnie, przez co znalazł się jeszcze bliżej mojego ciała.

- Wracaj do pracy- bąknęłam niezadowolona i odwróciłam głowę, aby uniknąć jego wzroku.

- Może chciałabyś… porozmawiać?- zaproponował nieoczekiwanie mężczyzna, zmieniając ton głosu na poważniejszy.- Przecież wiesz, że mi możesz wszystko powiedzieć.

- Yhm… A ty z tym pobiegniesz do Vincenta. Zapomnij, kochany- odparłam i zamknęłam powieki. W odpowiedzi usłyszałam westchnięcie i zrozumiałam, że Ian dał za wygraną. I dobrze, bo po rozmowie z dziadkiem w moim realnym życiu miałam dość zwierzeń na jakikolwiek temat.

Choć mój sługa przez ostatni miesiąc sprawował się bez zarzutu. Nie nagabywał mnie w żaden sposób, nie nakłaniał usilnie do powrotu na zamek. Pozwolił mi też pisać, pod warunkiem, że będzie to w moim ojczystym języku i obiecał nigdy więcej nie dać się porwać emocjom, tak jak miało to miejsce swego czasu.

Nie siliłam się na wymyślanie własnych tekstów. Nadal przepisywałam na papier znane mi teksty piosenek lub wiersze Pawlikowskiej- Jasnorzewskiej z tomu „Pocałunki”, które najtrafniej oddawały moje uczucia. Co ciekawe, Ian wyuczył się tych ostatnich na pamięć i gdy czasami zdarzyło mi się nieświadomie cytować międzywojenną poetkę, sługa robił wszystko, by wtrącić swoje trzy grosze i wypowiedzieć choć jeden wers.

W zasadzie, uznałam, że to całkiem sympatyczne i z reguły wybaczałam mu te wtręty, zwłaszcza, że przestał nieustannie krytykować Dwór Guiliano, którego mieszkańcy najzwyczajniej w świecie zapomnieli o mnie w ostatnim czasie.

Julietta z pewnością miała lepsze zajęcia, niż rozmowy ze mną, więc rzadko się widywałyśmy, chyba że gdzieś na korytarzu, gdy każda z nas podążała w swoją stronę. Kobieta miała dla mnie tylko sztywny uśmiech, a ja odpowiadałam jej lekkim skłonem lub dygnięciem. Żadna nie dążyła do zacieśnienia więzów.

Z kolei Juan tuż po tym, jak podarował mi kilka pięknych strojów, znudził się mną i dał się porwać wirowi imprez. Urządzał wielkie bale co trzeci dzień, a później odpoczywał po nich i ciężko je odchorowywał. Lato w Magicznym Świecie odsłoniło się w pełnej krasie, więc kto żył we wszystkich czterech królestwach, zjeżdżał do stolicy i tu oddawał się wszelkim dostępnym rozrywkom. Jak udało mi się dowiedzieć, Domy Uciech Mattiasa przeżywały prawdziwe oblężenie, a w mieście trudno było znaleźć godny nocleg.

- Tylko Król zaniechał organizowania hucznych bali- wyjawiła pewnego poranka Rafa, sznurując mi suknię.- To wręcz do niego niepodobne. Zazwyczaj zabawy na zamku stanowiły dość dużą konkurencję dla tych, które organizował nasz drogi książę Juan. Tymczasem twierdza Vincenta jakby okryła się żałobą, a jedynymi letnikami na zamku są Gael i jego siostra Margo z Tergortu. Ta ostatnia jednak na pewno czuje się zawiedziona. Z reguły to ona wiodła prym w tańcach i flirtach, a teraz musi spędzać czas niczym mniszka w klasztorze.

Rafa zachowywało się coraz bardziej śmiało w stosunku do mnie, ale w duchu podejrzewałam, że nie przekazuje mi zbyt rzeczowych informacji. Mimo tego, słuchałam jej porannej gadaniny tak samo cierpliwie, jak kiedyś wysłuchiwałam Mattiasa.

A co działo się pomiędzy mną a Fatmą?

Przywódczyni Ruchu Błękitnych powróciła z jakiejś misji i w dalszym ciągu szkoliła mnie przedpołudniami w historii rewolucjonistów. Jej wykłady stawały się coraz ciekawsze i czasami zdarzało mi się przyznawać dziewczynie rację.

- Uczymy dzieci czytać i pisać, a także staramy się wyćwiczyć je w jakimś konkretnym fachu, by w przyszłości mogły zająć się czymś lepszym niż prostytucją czy rozbojami- tłumaczyła pewnego dnia Fatma, gdy jak zwykle siedziałyśmy w cieniu drzew na trawie.- Vincent uważa, że głupi poddany, to dobry poddany i ma rację. Niewykształconą masą jest o wiele łatwiej kierować.

- W takim razie, gdy wykształcisz te tłumy, będzie ci trudniej sprawować rządy, kiedy już dojdziesz do władzy.

Fatma uśmiechnęła się dobrotliwie, co rzadko jej się zdarzało.

- Sprawiedliwość nigdy nie jest łatwa, ale to nie znaczy, że trzeba się jej obawiać.- wytłumaczyła i dodała.- Dziś o zachodzie słońca przyjdę po ciebie. Myślę, że wtajemniczyłam cię już w wystarczającą ilość spraw Ruchu, byś podołała zadaniu, które dla ciebie przygotowałam.

- Okazałam się godna tego zaszczytu?- ironizowałam, a Fatma podniosła się z miejsca, nie zważając na mój ton.

- To się okaże dziś w nocy. Nie mów nic o naszym wyjściu Ianowi, nie musi wszystkiego wiedzieć. Poza tym ubierz się ciepło.

- Mam tylko głęboko wydekoltowane suknie od Juana- odparłam, nie do końca zgodnie z prawdą. Na dnie mojej szafy nadal znajdowała się czarna peleryna z kapturem, którą dostałam od Vincenta w dniu mojego przybycia do Magicznego Świata. Choć była już mocno podniszczona, nie mogłam się zdobyć na to, by ją wyrzucić.

- Coś wymyślę. Do zobaczenia- pożegnała się dziewczyna. Gdy tylko odeszła w stronę dworu, u mego boku natychmiast zjawił się Ian.

- I jak dzisiejsze pranie mózgu?- zagadnął mężczyzna, siadając obok mnie.

Wzruszyłam ramionami.

- Chyba działa, bo zaczynam zmieniać swoje zdanie o Ruchu. Z tego, co mówi Fatma, wynika, że spiskowcy robią wiele dobrego dla mieszkańców Magicznego Świata. Uczą dzieci, pomagają najbiedniejszym, walczą z grupami rabującymi wieśniaków…

-… a potem werbują ich na swoje usługi- dokończył Ian cynicznie. Wyciągnął się na trawie, założył ręce za głowę i mówił:

- Król dba o swoich poddanych, ale oni pamiętają mu tylko to, co złe. Nikt nie przyzna, że gdyby nie Vincent, to na tronie nadal siedziałaby Julietta, a Królestwo byłoby teraz w opłakanym stanie. Kto by tam zważał na to, że ta kobieta mordowała z byle powodu ludzi…

- Wybacz, ale Król na moich oczach zabił człowieka już pierwszego dnia mojego pobytu w Magicznym Świecie. Strach pomyśleć, ilu ludzi zamordował wcześniej.

Ian zdenerwował się i na powrót usiadł, przez co nasze twarze znalazły się bliżej siebie. Zauważyłam, że na jego czole pojawiła się zmarszczka, zdradzająca zdenerwowanie.

- Zrobił to, bo wieśniak zobaczył twoją krew na ścieżce. Gdyby ten człowiek nie zginął, opowiedziałby o tym, co widział, a ludzie zabiliby cię.

- I co z tego? Vincent i mnie chciał zabić, gdy tylko spotkaliśmy się po raz pierwszy, bo śmiałam nie klęknąć przed nim i nie oddać mu należnej „czci”.

Ian zmrużył oczy i wziął głębszy oddech.

- Karolina, ty nic nie rozumiesz. Pewnie już to wielokrotnie słyszałaś, ale powtórzę: przybyłaś do Magicznego Świata, by być szczęściem dla Vincenta, więc Król nie pozwoli ci zginąć, bo w ten sposób skrzywdziłby siebie. Chociaż minęło już trochę czasu, odkąd się rozstaliście, to on wciąż czuje to samo, nadal… kocha cię.

Nagle Iana pochylił się w moją stronę i niemalże dotknął moich ust. Na pewno nasze wargi zetknęłyby się, gdybym szybko nie odskoczyła.

- Co ty wyprawiasz?- zapytałam, zszokowana jego zachowaniem i słowami.

Mężczyzna przybrał zbolały wyraz twarzy.

- Przepraszam. Poniosło mnie- tłumaczył, jednocześnie wstając szybko.

- W porządku- odparłam, uśmiechając się lekko, by podnieść go na duchu, choć sama czułam się lekko zażenowana całą sytuacją.

- Nie planowałem tego- pokręcił Ian głową i po chwili namysłu dodał.- Przyjdź dziś w nocy na imprezę Juana. Tuż przed wschodem słońca.

- Po co?

- Chcę byś posłuchała, jak śpiewam.

Ian zarumienił się, a ja roześmiałam się beztrosko.

- Bardzo chętnie. Pozwól mi jednak spytać, czy to Julietta, a może książę, kazali ci wystąpić dla swoich gości?

- Juan jeszcze nie wie, że mam zamiar dać mały pokaz- wyszczerzył się Ian. Jego oczy zalśniły radośnie, a czoło wygładziło się. Mężczyzna sięgnął po łopatę i wrócił do przekopywania grządek, a ja rozłożyłam się na trawie i zamknęłam oczy. Zdecydowanie przyda mi się krótka drzemka przed dzisiejszą nocą, która zapowiadała się… dość ciekawie.

.

.

Noc nie była jednak tak zimna, jak Fatma przewidywała. Choć chłód nie był mi straszny, odkąd miałam na sobie ciepły, niebieski płaszcz rewolucjonistów.

- W zasadzie, to dlaczego wybraliście niebieski na swój kolor?- zapytałam, kiedy przemierzałyśmy las Pagitty.

- To proste- odparła Fatma, zniżając głos do szeptu.- Mamy błękitną krew, a Margoletti, z którymi walczymy, czerwoną.

- Na to bym nie wpadła- odmruknęłam, cudem unikając uderzenia gałęzi, którą moja przewodniczka wygięła, by utorować sobie przejście.

- Jesteśmy już blisko- powiedziała nagle Fatma, zatrzymując się. Słońce zaszło godzinę temu i drzewa spowijała teraz ciemność. Las Pagitty wyglądał wyjątkowo mrocznie nocą, ale oswoiłam się już z tym widokiem.

- W zasadzie, to dlaczego musiałyśmy przyjść tutaj? Nie mogłaś mi wyjawić mojego zadania na dworze Guiliano? Myślę, że tam byłybyśmy dużo bezpieczniejsze, niż tu.

- Może i tak- odparła dziewczyna.- Ale nie byłoby wtedy z nami jednej osoby.

Nim zrozumiałam, o co chodzi, kątem oka zauważyłam, jak szron spowija mech wokół mnie. To niecodzienne zjawisko mogło zwiastować tylko jedno i choć spotkanie z duchem nieżyjącej dziewczyny miałam już za sobą, ciarki przebiegły moje plecy, a nogi ugięły się pode mną. .  

.

Cytat: wybrane fragmenty tekstu piosenki Edd Sheeran- Give Me Love

Kolejny rozdział: 15 maja 2014r.

Kilka słów ode mnie: Rozdział z dedykacją dla kogoś, kto już nie żyje, a był ważną częścią mojego realnego świata. Cieszę się, ilekroć możemy się spotkać wspólnie choć w tym fikcyjnym życiu.

PS. Zaległości na Waszych blogach to moje drugie imię. (Ale o WSZYSTKICH pamiętam i znajdę kilka wieczorów, by je ponadrabiać).