>><<

Kocham cię kochanie moje
Kocham cię, a kochanie moje
To polana w leśnym gąszczu schowana
Kocham cię kochanie moje
Kocham cię, a kochanie moje
To sad wiosenny, rozgrzany i senny
Kocham cię kochanie moje
To rozstania i powroty
I nagle dzwony dzwonią
I ciało mi płonie
Kocham cię

>><<

 

Wyszliśmy z Ianem z sali balowej. Skierowałam swoje kroki w stronę mojego pokoju, ale mężczyzna zatrzymał mnie.

- Ściany mają uszy. Chodźmy na zewnątrz.

Posłusznie skręciłam w stronę korytarza, który prowadził do drzwi wyjściowych. Przez cały ten czas milczałam, ale w głowie  moje myśli krążyły niespokojnie, niczym rozwścieczony rój pszczół.

- Już świta- powiedział Ian, otwierając przede mną drzwi. Nie skomentowałam tego, tylko ruszyłam prędko dziedzińcem przed siebie. Zwolniłam dopiero wtedy, gdy znalazłam się w ogrodzie oddalonym o prawie pięćset metrów od dworu. Za sobą słyszałam kroki, próbującego za mną nadążyć mężczyzny, aż nagle zorientowałam się, że ucichły one zupełnie. Odwróciłam się i zauważyłam, że Ian zatrzymał się w pewnej odległości ode mnie, wyczekując mojego ruchu. Nie omieszkałam go zrobić.

- Co TO było?- zapytałam, czyniąc jednocześnie głęboki wydech, który miał mi pomóc uspokoić się.

- Nie powinnaś być zdziwiona, w końcu to ty napisałaś tę piosenkę.

- Może i tak, ale przecież… przecież ją podarłeś! Jakim cudem znasz jej tekst na pamięć?!

Ian uśmiechnął się blado i z kieszeni swoich spodni wyjął drobny zwitek papieru. Rozwinął go i pokazał mi z pewnej odległości. Zmrużyłam oczy, ponieważ wschodzące słońce świeciło dość ostro, ale nie musiałam zbyt długo się przyglądać. Niemalże od razu rozpoznałam swoje pismo.

- Kiedy niszczyłem twoją pracę, udało mi się uratować ten jeden fragment. Zainteresował mnie tytuł, jaki nadałaś tym słowom- wyjaśnił Ian i schował z powrotem do kieszeni zwitek, po czym podniósł na mnie wzrok i zapytał.- Czy wiesz, co się przed chwilą stało? Tam, na sali?

Odchyliłam na chwilę głowę do tyłu tak, by spojrzeć w niebo i podparłam się pod bokami.

- Ha!- zakrzyknęłam.- Chyba coraz ze mną gorzej, bo wydaje mi się, że byłam świadkiem czegoś… nierealnego.

- Tak?- żywo zainteresował się Ian.- Może podzielisz się ze mną swoimi podejrzeniami?

Wyprostowałam się i zamiast w obłoki, spojrzałam mężczyźnie w oczy. Wyrażały zaniepokojenie, ale i podekscytowanie.

- Wydaje mi się…- zaczęłam powoli.- że na scenie nie było Iana.

Wypuściłam z siebie powietrze, ale to już nie pomagało jako forma uspokojenia. Nerwy miałam napięte do granic wytrzymałości, podobnie jak mój rozmówca.

- Masz rację- potwierdził moje przypuszczenia mężczyzna. Zauważyłam, że mięśnie jego twarzy ściągnęły się.

- Co gorsza… mam obawy, czy Ian kiedykolwiek istniał.

- Nie- padła sucha i precyzyjna odpowiedź, a moje podejrzenia potwierdziły się.

- W takim razie kim jesteś?- spytałam prawie szeptem, chociaż w duszy znałam już odpowiedź.

Mężczyzna wyciągnął ostrożnie prawą rękę przed siebie, a potem przybliżył ją do swojej twarzy i stało się coś, co mojego dziadka na pewno przyprawiłoby o zawał.

Rysy twarzy Iana zaczęły się gwałtownie deformować, włosy szybko skróciły się i zmieniły barwę na ciemniejszą. Nim minęły trzy sekundy, przede mną stał nie kto inny, jak Vincent.

Król Vincent.

- Wow- wykrztusiłam. Tylko na tyle było mnie stać w tym momencie, a władca Magicznego Świata uśmiechnął się blado.

- Naprawdę niczego nie podejrzewałaś?- zapytał cicho, a ja odwzajemniłam jego wcześniejszy gest.

- Może trochę przypominałeś siebie w zachowaniu, ale nie sądziłam, że potrafisz zmienić się w zupełnie inną osobę. Mało tego, nigdy nie przypuszczałam, że ktoś o tak wielkim ego będzie w stanie wcielić się w rolę służącego osoby „niższej sobie stanem”.

Ostatnie słowa wymówiłam z lekkim przekąsem, ale Króla to nie zraziło.

- Może chciałem komuś udowodnić, że dla kogoś, na kim mi zależy, jestem w stanie zrobić naprawdę wiele?

Cholera, takiej odpowiedzi się nie spodziewałam- pomyślałam, a to nie był koniec tego, co Vincent miał do powiedzenia:

- Uciekłaś z zamku nie dając sobie nic wyjaśnić. Nie dałaś mi chociażby powiedzieć, że będąc w Paladrynie strasznie za tobą tęskniłem, a gdy dałaś nogę… Najpierw wpadłem w szał- tu Vincent uśmiechnął się lekko na to wspomnienie, jakby rozbawiło go jego własne zachowanie, po czym kontynuował.- Ale potem zdałem sobie sprawę, że nie mogę pozwolić ci odejść. Że poruszę niebo i ziemię, byle cię znaleźć… Byle dostać szansę i móc powiedzieć ci, jak wiele dla mnie znaczysz, jak…

- Och, zamknij się- wypaliłam, byle tylko przerwać tę krępującą mnie rozmowę. Nienawidziłam mówić o tym, co się czuje, ponieważ jeżeli darzyłam już kogoś uczuciem, było to dla mnie na tyle intensywne i oczywiste, że nie miałam potrzeby nad tym deliberować.

Także w tym momencie nie chciałam wiedzieć nic więcej. Serce przesłoniło mi rozum i zapragnęłam tylko jednego.

Zaczęłam iść w stronę Vincenta. Moje zachowanie skłoniło go do ruszenia się z miejsca i nim minęła sekunda rzuciliśmy się sobie w ramiona, niczym wygłodniałe zwierzęta.

Spragnieni swoich ust, szybko odnaleźliśmy do nich drogę, stykając nasze wargi ściśle ze sobą, aby nie pozostało między nami ani trochę wolnego miejsca.

Vincent objął mnie i przycisnął do siebie, a jego dłonie zanurzyły się w moich włosach. Skoro niebo istnieje, to ja właśnie się w nim znalazłam.

Przylgnęłam do Króla i zapragnęłam mu nagle przekazać wszystko: smutek i ból dni bez niego, tęsknotę za nim oraz stos niepewności, co do niego, jaki nieustannie powiększał się i piętrzył do niewyobrażalnych rozmiarów.

A jednak mimo tylu przeciwności, wciąż kochałam Vincenta, czy tego chciałam, czy nie.

Niestety, w mojej głowie pojawił się nagle złowieszczy przebłysk. Jedno słowo. W zasadzie, jedno imię.

Oderwałam się na chwilę od warg Króla i łapiąc oddech, wydyszałam:

- Gael.

- Co?- zapytał Vincent, nie rozumiejąc, o co pytam. Podniosłam na niego wzrok i ponownie odezwałam się:

- Czy zerwałeś z Gaelem? Księciem Tergotu?

- Cóż…

Przez chwilę to ja poczułam się zdezorientowana, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Mój dobry nastrój poszybował gwałtownie w dół, a ciało zesztywniało. Wyswobodziłam się z ramion Vincenta, w których jeszcze przed sekundą mogłabym umrzeć ze szczęścia. Mężczyzna nie powstrzymywał mnie, ale zauważyłam, że i jego humor uległ zmianie.

- Po co tu przyszedłeś? Czego właściwie ode mnie chcesz?- dociekałam. Mój głos drżał niespokojnie.

- Przede wszystkim masz wrócić na zamek- powiedział Król ze spokojem, ale i w jego tonie pobrzmiewała nutka zdenerwowania.

- A potem? Jak już zamieszkam z powrotem na twoim dworze? Co się ze mną stanie?

- Wrócisz do swoich obowiązków- odparł Vincent, wzruszając ramionami, jakby zastanawiał się, po co zadaję tak oczywiste pytanie, a mnie zmroziło, gdy usłyszałam tę beznamiętną odpowiedź.

- Tylko tyle?- jęknęłam.- Po tym, co dla mnie zrobiłeś i ile wysiłku włożyłeś w to, by udawać Iana i mnie przekonać do siebie, naprawdę chcesz, aby wszystko zostało po staremu?

W głowie mi się nie mieściło, że miałoby się stać, tak jak właśnie powiedziałam, ale Vincent miał o wszystkim zupełnie odmienne zdanie.

- Ach, chodzi ci pewnie o twoje stroje, tak? Możesz ze sobą zabrać te, które podarował ci Juan, a i ja nie będę szczędził złota na twoją garderobę. Pamiętaj jednak, że jesteś Czarnym Kapturkiem i tylko jeden kolor ci przystoi.

- Kiedy mi nie chodzi o jakieś głupie suknie!- krzyknęłam w końcu, bo spokojnie nie byłam w stanie słuchać tych bzdur.- Istotnie uważasz, że rzuciłam się, aby cię pocałować, bo interesują mnie twoje pieniądze? Władza?

- A może nie?- teraz zdenerwował się również Vincent. Na jego twarz wstąpił rumieniec.- Może chcesz przyznać, że to z miłości całujesz się ze starszym od siebie facetem?!

Otworzyłam oczy szeroko ze zdziwienia i jednocześnie poczułam, jakbym została uderzona w twarz. Król spostrzegł moją reakcję i zamilkł.

- Za kogo ty mnie masz…?- wyszeptałam, nie mogąc uwierzyć w to, co o sobie usłyszałam.- Vincent, wiem, że do najmłodszych nie należysz, ale to nie jest dla mnie problemem. Zresztą, niewiele rzeczy przeszkadza, kiedy się kogoś… kocha. Tak, jak ja kocham ciebie.

Ostatnie słowa przyszło mi wypowiedzieć z trudem, ponieważ nie co dzień wyznawałam komuś miłość. Z kolei Króla dosłownie wmurowało w ziemię, kiedy usłyszał moją deklarację i wyglądało na to, że i dla niego obecna chwila jest czymś nowym.

- Niestety, jednego nie mogę zaakceptować- zaczęłam znowu mówić.- Nie będę z kimś, kto jednocześnie jest z kimś innym.

Vincent w końcu odzyskał panowanie nad sobą i pokręcił głową z dezaprobatą.

- Karolina, wiesz, że i ja cię kocham, ale uwierz: nie mogę zerwać z Gaelem- oznajmił stanowczo mężczyzna, ale jego spojrzenie wyrażało głęboki smutek.- On… zrobił dla mnie wiele dobrego w życiu i nie mogę go zostawić po tylu latach wspólnego bycia razem.

- W takim razie zniknij z mojego życia- oznajmiłam, czując ucisk w piersiach i przypominając sobie słowa dziadka Stefano.- Nie jestem dla ciebie, skoro uważasz, że jestem pazerną idiotką, która zgodziłaby się słuchać każdego twojego rozkazu za kilka błyskotek, a za nową sukienkę z pewnością wskoczyła ci do łóżka.

- Wcale tego Karolina nie powiedziałem- zaprotestował żywo Vincent, ale nie miałam sił na dłuższe dyskusje.

- Ale dałeś do zrozumienia. To i tak teraz nieważne. Wracam na dwór Guiliano- obwieściłam sucho i chciałam wyminąć Vincenta, stojącego na wąskiej ścieżce, lecz on chwycił mnie za łokieć.

- Już sobie wszystko wyjaśniliśmy, puść- poprosiłam cicho, mając spuszczony wzrok i nie patrząc w ogóle na Króla. Mężczyzna nie posłuchał mnie i wolną rękę uniósł moją głowę, chwytając mocno za mój podbródek.

- Po tym wszystkim, co usłyszałem, jeszcze bardziej chcę, byś wróciła na zamek- stwierdził zdecydowanie Vincent.- Idziesz ze mną.

- NIE!- zaprotestowałam żywo i gwałtownie wyrwałam się z uścisku. Król wydał się zdziwiony tym nagłym oporem, więc udało mi się wykorzystać element zaskoczenia i odbiec szybko na bezpieczną odległość. Nie zatrzymywałam się i nie oglądałam za siebie: choć długa suknia utrudniała mi poruszanie się, to jednak doskonale wiedziałam, że nie mogę dać się złapać.

Vincent nie rzucił się w pościg za mną. Zamiast tego zrobił coś, czego faceci w moim, realnym świecie nie stosują w kontaktach z dziewczynami, a mianowicie: użył swoich mocy.

Wyczarował pierścień ognia, który otoczył mnie ze wszystkich stron jak pręty okalają ptaka w klatce.

Mężczyzna zbliżał się powoli w moją stronę, nie spiesząc się, spacerowym krokiem. Tymczasem ja nerwowo rozglądałam się wokół, szukając jakiegoś miejsca, gdzie płomienie były rzadsze i mogłabym się między nimi przecisnąć.

Nagle przypomniałam sobie coś. Pewne wydarzenie z pierwszego dnia mojego pobytu w Magicznym Świecie, kiedy to Vincent próbował mnie zabić za pomocą magii. Nie udało mu się to przecież, a Perpetua później wytłumaczyła nam, że z jestem odporna na moc Króla.

Czyżby coś, co on wyczarował, mogło mnie nie ranić…?

Nie było czasu na rozmyślania. Wystartowałam do biegu i w ułamku sekundy przedostałam się przez ogień. Choć groziło mi poparzenie, nic takiego się nie wydarzyło, zgodnie z moimi przypuszczeniami. Nim Vincent zorientował się, co uczyniłam, ja byłam już w bezpiecznych murach dworu Guiliano. W kilku susach znalazłam się w swoim pokoju i przywołałam Rafę.

- Zaprowadź mnie do Julietty- poprosiłam ją, trzęsąc się po tym, co przed chwilą przeżyłam.- Vincent złamał postanowienia Paktu sprzed siedemnastu lat i jest na terenie dworu.

Służka zbladła, krzyknęła przeraźliwie i niezwłocznie wypełniła moje polecenie.

.

.

- TY KRETYNIE!!!- ryknęła wściekle Margo i w szale złości rzuciła trzymanym dzbankiem w Gaela. Mężczyzna w ostatniej chwili zdążył uniknąć ciosu schylając się, a naczynie poszybowało przez okno, wybijając jednocześnie szybę.

- ZWARIOWAŁAŚ?!- wykrzyknął wystraszony zachowaniem siostry książę Tergotu. Kobieta sięgnęła po kielich z winem i pociągnęła z niego spory łyk. Następnie podniosła ręce do góry w poddańczym geście:

- I co teraz zrobisz?- spytała, patrząc z nienawiścią na Gaela, który nadal nie mógł uwierzyć, że z tak błahego powodu jego siostra wpadła w furię.

- Opanuj się- odparł cicho, ale jego spokój tylko jeszcze bardziej rozwścieczył Margo.

- A WŁAŚNIE, ŻE NIE BĘDĘ SPOKOJNA TY SKOŃCZONY IDIOTO!- zaczęła znowu wrzeszczeć dziewczyna.- JAK MOGŁEŚ POZWOLIĆ MU POJECHAĆ PO TĘ DZIWKĘ?!

- O nie, DOŚĆ TEGO!- zdenerwował się w końcu Gael, nie mogąc znieść kolejnych wymówek.- Myślisz, że mi ta sytuacja jest na rękę?!- irytował się mężczyzna, przechodząc przez pokój, by znaleźć się obok siostry.

- Wiesz przecież, że jeżeli mam zostać mężem Vincenta, muszę zgadzać się na jego zachcianki- wysyczał Gael przez zaciśnięte zęby.- Powrót Czarnego Kapturka na zamek to kolejne, cholerne widzimisię Króla, a ja zrobię wszystko, by pomóc mu je spełnić.

Margo słuchała z niedowierzaniem zimnych słów własnego brata, ale nie odważyła się pisnąć chociażby słówka.

- Karolina wróci do swoich zajęć, gdy tymczasem to my będziemy przez cały czas u boku Vincenta- mówił dalej książę Tergotu, tym razem jednak ton jego głosu złagodniał.- Musisz wykazać jeszcze trochę cierpliwości siostrzyczko. Niedługo Magiczny Świat będzie nasz: zostanę Królem, zabiję Vincenta, a ciebie uczynię moją Królową.

Gael uśmiechnął się i jeszcze bardziej zbliżył się do Margo. Kobieta uśmiechnęła się figlarnie i nim minął ułamek sekundy, zaczęli się całować- gwałtownie, namiętnie, z pasją. Mężczyzna chwycił twarz siostry w swoje pewne ręce, a ona odrzuciła pusty kielich, by zacząć rozpinać swoją bluzkę.

Jednak choć skóra paliła Margo żywym ogniem, a pocałunki brata przyprawiały ją o przyjemny ból w podbrzuszu, to jednak w jej głowie tkwiła przykra świadomość, że plany Gaela mogą spalić na panewce, a ona wówczas będzie musiała wrócić do barbarzyńskiego Tergotu, będącego najbardziej zacofanym z księstw.

Z jej urodą i obyciem, nie mogła sobie na coś takiego pozwolić. Najwyższy czas na wcielenie w życie planu B.

.

.

.

Cytat: wybrane fragmenty tekstu piosenki Manaam Kocham cię kochanie moje

Kolejny rozdział: 11 czerwca 2014r.