>><<

Jestem odważny, gdy jesteś wolna

Zbliż się, pozwól mi wrócić

Chcę być twój, chcę być twoim bohaterem

>><<

.

Julietta po tym, jak Rafa przekazała jej moje wieści, natychmiast wezwała mnie do siebie. Była Królowa najwyraźniej nie uczestniczyła tej nocy w balu księcia Juana- choć przyjęła mnie w swoim gabinecie, to na sobie miała jedwabny, krwistoczerwony szlafrok, spod którego niedyskretnie wystawała nocna koszula.

Na mój widok kobieta wstała.

- Czy to, co mówi służąca, jest prawdą?- zapytała szybko, wyrzucając z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego.

- Tak- odparłam natychmiast.- Vincent…to znaczy Król- poprawiłam się szybko- jest na terenie dworu. Chce…

Podjęłam próbę wytłumaczenia całej sytuacji, ale kobieta rzuciła się do drzwi i krzyknęła do służących stojących na korytarzu, by w te pędy przywiedli księcia Juana. Dopiero gdy to uczyniła, pozwoliła mi mówić.

- Król oczekuje, że wrócę na zamek. Odmówiłam mu i uciekłam, ale boję się, że on tak łatwo nie odpuści…- ostatnie słowa wypowiedziałam z wielkim poczuciem winy. Ta kobieta, jak bardzo zła by nie była, to jednak udzieliła mi schronienia w swoim domu, a teraz miała przez to ponieść konsekwencje.

Julietta zmarszczyła czoło, jakby namyślała się nad czymś, ale już po chwili rozchmurzyła się:

- Dobrze, że mnie o tym poinformowałaś, dziecko- odezwała się.- Mój pierworodny nie ma prawa postawić stopy na terenie dworu Guiliano, o czym stanowi ustalony przez niego samego Pakt. Król, który łamie własne zasady, nie zasługuje na swój tytuł.

Julietta z pewnością mówiłaby dalej, gdyby do gabinetu nie wtargnął rozwścieczony Juan. Plotki roznoszą się szybko: wiedział, po co został wezwany, acz nie wyglądał z tego powodu na zbyt zadowolonego. Z pewnością pragnął starcia z bratem, jednak nie był na to dobry czas, skoro przed chwilą był o krok od zdobycia dwóch zabójczo pięknych kobiet na raz.

- Matko- przywitał się naprędce, całując byłą królową w wystawioną przez nią dłoń.- Czy mam postawić nasze wojsko w stan gotowości?

- Synu- odparła Julietta, wpatrując się w Juana z rozczuleniem charakterystycznym dla nadopiekuńczych matek, których podziw wzbudza nawet zabrudzona pielucha pociechy.- Wiedziałeś, na co się piszemy, przyjmując Czarnego Kapturka pod swój dach. Najwyższy czas, aby pokazać Vincentowi, że i my potrafimy walczyć.

Juan przybrał na swoją twarz arogancki uśmiech i nie przedłużając rozmowy, nonszalanckim krokiem opuścił gabinet. Zerknęłam niepewnie na Juliettę.

- Czy podczas walki może dojść do rozlewu krwi?

Kiedy usłyszałam, jak głupio brzmią moje własne słowa, spuściłam głowę, ale i tak dojrzałam pełne politowania spojrzenie byłej królowej.

- Właściwsze byłoby pytanie, jak wiele krwi zostanie przelanie- stwierdziła zimnym głosem. Nim zdążyłam się ponownie odezwać, do gabinetu wpadła zdyszana Fatma.

- Moi zwiadowcy. Mobilizacja. Na zamku. Vincent. Szykuje. Armię.- mówiła prędko, próbując jednocześnie złapać oddech. Pochyliła się i oparła dłonie na kolanach.

- To wszystko moja wina- jęknęłam, a nikt nie starał się chociażby spróbować uprzejmie zaprzeczyć.

Fatma wyprostowała się i spojrzała z przerażeniem na Juliettę.

- Nie jesteśmy jeszcze gotowi, by odeprzeć atak! Król zapowiedział, że spróbuje zbrojnie odbić Kapturka za trzy miesiące, a nie cztery tygodnie…To… To KATASTROFA! On gotów jest rozbić moich Szeptaczy w pył!

Była królowa spojrzała na przywódczynię Błękitnych z wyższością.

- Może Ruch nie jest przygotowany do walki, ale moja armia TAK. Widzisz kochanie, w przeciwieństwie do ciebie, mam nieco więcej doświadczenia strategicznego i spodziewałam się, że atak może nastąpić wcześniej, niż został zapowiedziany.

Fatma zbladła. Julietta wyraźnie z niej drwiła i po jej minie podejrzewałam, że czerpie z każdego wypowiedzianego zdania mściwą satysfakcję.

- Bez moich Szeptaczy Zaklęć nie poradzisz sobie. Masz zbyt małe siły na to, aby pokonać Vincenta. Właśnie dlatego miałyśmy walczyć razem, pamiętasz?- syknęła Fatma złośliwie, co nieco zbiło Juliettę z tropu.

Sądząc, iż obie kobiety rzucą się na siebie za chwilę, odchrząknęłam, by przypomnieć o swojej obecności.

- Przepraszam, ale czy nie ma innych metod rozwiązywania konfliktu, trzeba od razu rzucać się do bitwy i wzajemnego prania po pyskach? Są chyba w tym świecie jakieś mediacje, dyplomacja…?

Julietta i Fatma spojrzały na mnie tak, jakby właśnie kaktus wyrósł mi na głowie. Po chwili krępującej ciszy, pierwsza z nich westchnęła.

- Idź do swojego pokoju i nie wychodź z niego, dopóki cię nie zawołam- rozkazała mi była królowa, a ja dygnęłam lekko i opuściłam czym prędzej gabinet.

Jeżeli chcą się pozagryzać, proszę bardzo. Niech przynajmniej te dantejskie sceny nie dzieją się na moich oczach.

.0

.

Mimo, że zaryglowałam drzwi od swojego pokoju i położyłam się w łóżku, to nie mogłam zmrużyć oka. Nieprzespana noc dawała mi się we znaki, ale jednocześnie czujnie nasłuchiwałam każdego szumu, szelestu lub skrzypnięcia.

Chociaż dwór przez ostatni miesiąc stanowił dla mnie azyl i czułam się w nim bezpiecznie, to odkąd dowiedziałam się, że Ian to tak naprawdę Vincent, wszystko wokół wydawało się podejrzane.

Pragnęłam bycia z Królem- ale zdecydowanie nie na takich warunkach, jakie mi zaproponowano. Nie oczekiwałam, że wnuk Perpetuy poślubi mnie i uczyni mnie królową. Żaden strój, korona czy też władza nie były mi potrzebne.

Chciałam mieć Vincenta na wyłączność. I właśnie tego jednego Król nie chciał mi ofiarować.

Nieoczekiwanie z zewnątrz zaczęły dobiegać nawoływania do chwycenia za broń i wyjścia na zewnątrz.

- Król już jest na dziedzińcu…!- rozległ się czyiś donośny baryton, by za chwilę zagłuszyły go poszczękiwania zbroi i nerwowa bieganina ludzi. Podniosłam się na posłaniu i zastanowiłam się, co w tej chwili powinnam zrobić.

Kazano mi siedzieć w pokoju, ale ukrywanie się wtedy, gdy inni będą walczyć, było aktem tchórzostwa. Nie mogłam pozwolić, by inni ginęli z mojej winy, gdy tymczasem ja będę smacznie spała.

Wstałam prędko z łóżka i podbiegłam do drzwi. Moja dłoń prawie dosięgała już klamki, gdy na moment zawahałam się. Zrobiłam obrót na pięcie i podeszłam do szafy. Wyciągnęłam z niej czarną pelerynę- tą samą, którą dostałam od Króla pierwszego dnia pobytu w Magicznym Świecie. Narzuciłam ją na siebie i dopiero wtedy poczułam, że jestem gotowa do stawienia czoła problemom.

Cóż, nawet Spiderman nie ruszał do akcji bez swoich czerwonych rajtek.

Wyszłam na opustoszały korytarz. Najwyraźniej służba i strażnicy zostali zwołani na dziedziniec przed dworem. Uznałam, że skierowanie się w tamtą stronę będzie najlepszym wyjściem, jeżeli chciałam znaleźć się w centrum wydarzeń. Po drodze jednak rozglądałam się po ścianach w poszukiwaniu jakiejś zabytkowej szabelki lub noża, który mogłabym zabrać ze sobą jako broń do walki. Żałowałam, że sztylet, podarowany mi przez Kalagara, zostawiłam pod łóżkiem w swojej sypialni w zamku.

Niestety, nie natknęłam się na nic, co mogłoby w razie potrzeby posłużyć mi do obrony. Nie miałam serca zdejmować obrazów zdobiących ściany, by użyć ich jako tarczy, a ostrego metalu było jak na lekarstwo. Może to i dobrze? Z moją znajomością szermierki zamiast zranić przeciwnika, sama byłam gotowa odciąć sobie głowę. Niemniej- naoglądałam się sporo filmów akcji i czułabym się pewniej, mając w ręce jeżeli nie pistolet, to chociaż zwykły nóż.

Zbiegłam po schodach i już tylko kilka kroków dzieliło mnie o zakrętu, prowadzącego na zew…

- Karolina?! Co ty tu robisz?

Pytanie, jakie zmusiło mnie do gwałtownego wyhamowania z biegu, padło z ust Juana, który razem ze swoimi ludźmi w złoto- bordowych strojach (kolory rodu Matgolettich- przyp. autorki) stał przy otwartych, frontowych drzwiach. Mężczyzna nie wyglądał na uradowanego moim widokiem.

- Słyszałam hałasy i uznałam, że muszę sprawdzić, co się dzieje- wyznałam zgodnie z prawdą.

- Vincent przyjechał po ciebie- odezwał się gburowato jeden z żołnierzy, stojących za Juanem. Syn Julietty posłał mu mordercze spojrzenie, nakazując w ten sposób milczenie, a mnie obdarzył serdecznym uśmiechem.

- Karolino- zaczął i położył swoją prawą dłoń na moim ramieniu.- Nie musisz się obawiać, iż ktoś cię stąd porwie. Obiecałem, że udzielę ci azylu, nic w tej kwestii się nie zmieniło. Jesteś bezpieczna pod moim dachem.

Słowa te brzmiały bardzo pokrzepiająco, acz wiedziałam, że niewiele mają wspólnego z prawdą.

- Co ONA tu robi?- powiedział z przekąsem inny, również znany mi głos. Natychmiast odwróciłam się, by upewnić się, że należy on do byłej królowej.

Ja, Juan i pozostali wojskowi skłoniliśmy się przed kobietą, która miała skwaszoną minę i najwyraźniej nie odpowiadał jej obecny rozwój wydarzeń. Tuż za nią stała Fatma, a jej twarz nie zdradzała absolutnie żadnych emocji.

- Miała siedzieć w pokoju. Ty ją tu sprowadziłeś?- wypytywała swojego syna Julietta, zupełnie ignorując całą resztę zebranych, w tym mnie.

- Nie, przyszła sama. Ale w zasadzie, czemu nie mielibyśmy zabrać jej ze sobą? Vincent jest w stanie zapewne wiele zrobić, byśmy nie skrzywdzili jego drugiej połówki- odparł chłodno Juan matce, po czym spojrzał na mnie i dodał.- Mam rację?

Wmurowało mnie w podłogę. Najwyraźniej dwór Guiiliano był lepiej poinformowany o moich relacjach z Królem, niż sądziłam, a do tego miał zamiar wykorzystać tę wiedzę jako atut w walce.

Nie do końca o to mi chodziło…

- Może i racja…- zamyśliła się Julietta, po czym machnęła na mnie lekceważąco ręką.- Wszystko zaraz się rozstrzygnie. Wyjdźmy na zewnątrz, pewien rozpieszczony bachor o imieniu Vincent bardzo nie lubi czekać.

.

.

Pierwsze, co uderzyło mnie w widoku, jaki roztaczał się aż po horyzont, to olbrzymia ilość wojska. Choć poranne słońce obecnie zasłoniły chmury zwiastujące deszcz, to obecność Czarnych Kapturów w przytłaczającej ilości sprawiła, że zdawało się, iż nadchodziła noc.

Na czele armii, na karym koniu siedział drugi sprawca obecnego zamieszania, czyli Vincent. Odziany w zbroję, wyglądał dostojnie i władczo. Nasze spojrzenia spotkały się, a przez jego twarz przebiegł wyraz ulgi.

Czyżby cieszył się z tego, że odważyłam się do niego wyjść? A może liczył, że zmieniłam zdanie, co do swojego powrotu na zamek?

Na dłuższe rozmyślania nie było czasu: Vincent znów przybrał wyniosłą minę i oznajmił szorstkim głosem:

- Proszę, po tylu latach rodzina prawie w komplecie. Gdyby nie brak Perpetuy, kronikarze mogliby wpisać do swoich ksiąg, iż w dniu dzisiejszym nastąpił zjazd rodu Margolettich.

Julietta uśmiechnęła się kwaśno, a Juan skrzywił się i odparł impertynencko:

- Z tego, co pamiętam, wyrzekłeś się nas siedemnaście lat temu.

Vincent uniósł głowę wyżej.

- Brawo, ktoś tu potrafi liczyć- stwierdził od niechcenia i zignorował Juana. Tymczasem Fatma postąpiła krok do przodu, i oznajmiła:

- Zgodnie z postanowieniami Paktu, obecny Król Magicznego Świata nie może postawić swojej stopy na terenie dworu Guiliano, tak samo jak nie mama prawa rościć sobie czegokolwiek od swojej matki i brata.

Vincent napuszył się.

- Jak śmiesz mówić mi cokolwiek o prawie?! Ty, która je wielokrotnie złamałaś?- warknął, ale i Julietcie puściły nerwy.

- A jakie to ma teraz znaczenie, z czyich ust wyszły te słowa?- syknęła i tupnęła nogą.- Faktem jest, że cię tu nie powinno być, kurwiarzu!

Wypuściłam z siebie powietrze, słysząc, jak matka zwraca się do własnego syna. Chociaż wiedziałam, że sprawy między tą dwójką nie mają się najlepiej, to jednak dziwnie było mi przekonywać się o tym na własne… uszy. Król jednak opanował swoje emocje i cmoknął od niechcenia.

- Nie przybyłem tu, by urządzać sobie z wami dyskusje.

- Chcesz walki?- zapytał Juan prędko i wyjął miecz z pochwy. Ten sam gest uczyniło jego wojsko, również zebrane przed budynkiem dworu. Z lekkim niezadowoleniem po raz kolejny dostrzegłam, iż liczba ludzi gotowych walczyć w mojej obronie jest dużo mniej liczna, od tych, gotowych mnie odbić. No po prostu cudownie.

Vincent nie dał jednak znaku do szarży, tylko… roześmiał się. Szczerze i głośno, co jednak w obliczu napiętej atmosfery i wszechobecnej ciszy, wywołało dość przerażający efekt.

- Schowaj swoją zabawkę braciszku, jeżeli nie chcesz zrobić sobie krzywdy- poradził Król Juanowi, gdy był zdolny znowu się odezwać i otarł łzy, wywołane wcześniejszym rozbawieniem.- Przywiodłem ze sobą najlepiej wyszkolonych ludzi, jakich posiadam, w dodatku w tak ogromnej liczbie, że nie jesteście w stanie odeprzeć mojego ataku. Jeżeli chcecie żyć, zrobicie to, co zechcę.

Wymawiając ostatnie słowa, Vincent spojrzał na mnie znacząco, a mnie krew odpłynęła z twarzy.

Nie chciałam powrotu na zamek. Bałam się.

Instynktownie cofnęłam się, na co Król zacisnął usta w wąską linijkę. Juan dostrzegł te drobne gesty, odgadując z właściwą sobie przenikliwością grę, toczącą się między mną a Vincentem. Prychnął pogardliwie i zwrócił się do swojego brata:

- Nie widzisz, że ona nie chce do ciebie wrócić?- zapytał.- Dobrze jej na naszym dworze.

Sfrustrowany Król zmrużył oczy, co oznaczało, że Juan trafił w czuły punkt. Syn Julietty nie krył samozadowolenia:

- Wydajesz się zaskoczony, hm? Pewnie dziwisz się, jak to możliwe, by osoba, która powinna być twoją najlepszą sługą, wybrała wrogi obóz? Cóż, najwidoczniej mało kto może cię już znieść, „bracie”. Kończysz się.

Dostrzegłam, jak mięśnie Vincenta napinają się. Najwidoczniej Juanowi udało się go doprowadzić na skraj wytrzymałości- lada moment, i sytuacja mogła przybrać bardzo niepożądany obrót…

- Waż słowa- rozkazał Król, przez zaciśnięte zęby. Następnie odwrócił się do swojego wojska i rzucił krótki.- Dajce ją tu.

Juanowi od razu zrzedła mina, gdy to usłyszał, a kiedy zobaczył, kogo Czarne Kaptury prowadzą szpalerem rozstępujących się żołnierzy, zachwiał się.

- Nemezis- wyszeptała Fatma, ale na tyle głośno, że usłyszałam ją. Kobieta, którą wojskowi Vincenta trzymali za wykręcone ręce, miała zakneblowane usta, a jej twarz wyrażała przerażenie.

Julietta skrzywiła się i krzyknęła do Króla:

- Posuwasz się do bardzo tanich chwytów. Naprawdę mojego pierworodnego stać tylko na tyle?

Juan zazgrzytał zębami, niezadowolony z prowokujących słów matki. Po zachowaniu mężczyzny wywnioskowałam, że Nemezis, choć jest tylko jego kochanką, to jednak nie chciałby jej stracić.

- Tylko ją tknij…!- ryknął natychmiast syn Julietty i uniósł wyżej miecz. Vincent, czując, iż odzyskał kontrolę nad sytuacją, znowu głośno roześmiał się, by w ciągu sekundy spoważnień i hardo powiedzieć:

- Jak wspomniałem, nie przybyłem tu, by dyskutować. Chcę dokonać wymiany. Nemezis za Karolinę.

Przymknęłam oczy. Słowa odbijały się echem w mojej głowie, a serce podeszło mi do gardła. Warunki były proste i bardzo korzystne dla Juana, więc nie było wątpliwości, że zgodzi się na tę propozycję.

Jednak nieoczekiwanie mężczyzna powiedział:

- Nie.

Vincent uniósł brwi.

- Nie?

- Nie- powtórzył jeszcze raz Juan, tyle że bardziej stanowczo. Nemezis rozszerzyła oczy ze zdziwienia i zaczęła się szamotać, ale Czarne Kaptury prędko uniemożliwiły jej ruch, mocniej wykręcając jej ręce.

- Hm..- zaczął na głos zastanawiać się Vincent.- Wobec tego… skoro towar, który posiadam na wymianę nie przyda mi się więcej… ZABIĆ JĄ NATYCHMIAST!

Król wydał rozkaz, a jeden z podtrzymujących Nemezis Kapturów wyjął zza pasa ostry nóż. Jak na filmie, w zwolnionym tempie, zaczął przykładać stal do szyi panikującej kobiety.

Nikt nawet nie drgnął, by powstrzymać mordercze cięcie, wobec czego zadziałałam instynktownie: rzuciłam się do przodu, by powstrzymać mężczyznę:

- STOP!- krzyknęłam w panice, nie chcąc znowu być świadkiem niewinnej śmierci.- NIE ZGADZAM SIĘ!

Vincent zmierzył mnie triumfalnym spojrzeniem od stóp do głów i dał swoim sługom znak, by wstrzymali się jeszcze na chwilę z egzekucją.

Serce waliło mi w piersiach, a za sobą usłyszałam głos Fatmy:

- Nie musisz tego robić. Poradzimy sobie z tym sukinsynem w inny sposób- przemawiała cierpliwie dziewczyna, ale zignorowałam jej kuszącą propozycję.

- Nemezis ma żyć- ogłosiłam krótko, a moje oświadczenie wywołało uśmiech zadowolenia u Vincenta.

- Wrócisz na zamek?- zapytał Król, a ja, dygocząc z wściekłości, rzuciłam stanowczo:

- Tak. Wypuść ją.

Królowi tyle wystarczyło. Skinął Kapturom, aby puścili kobietę i wyjęli jej knebel z ust. Nemezis natychmiast rzuciła się do biegu i w mgnieniu oka znalazła się w ramionach Juana, który przytulił ją do siebie, jak najcenniejszy skarb, na co Julietta przewróciła oczami, a Vincent ironicznie uśmiechnął się.

- I Z CZEGO SIĘ CIESZYSZ, DRANIU?!- ryknęłam, patrząc Królowi w oczy, nie mogąc dłużej wytrzymać w spokoju. Mężczyźnie zrzedła mina, a napięcie, które chwilowo opadło, teraz znowu poszybowało w górę.

- Lepiej zetrzyj ten swój głupkowaty uśmiech z tej swojej pyszałkowatej twarzyczki.- kontynuowałam rozwścieczona do granic możliwości.- Chcesz mojego powrotu? PROSZĘ BARDZO! Ale nie licz, że wszystko będzie po staremu. O NIE, CO TO, TO NIE! Już ja ci pokażę, do czego jestem zdolna, już ja ci udowodnię…

Plotłam trzy po trzy, czując satysfakcję, że udało mi się wprawić Vincenta w konsternację. Jeden z Czarnych Kapturów podszedł do mnie i chwycił mnie pod rękę, a następnie zaprowadził do karety, którą wcześniej musiano tu przywieźć Nemezis. Odrzuciłam pomocne ramię mężczyzny i prędko wdrapałam się po schodkach, jedną dłonią trzymając się drzwiczek, a drugą podciągając wyżej suknię.

Nim zamknięto mnie samą w środku, zdążyłam po raz ostatni zobaczyć zastygłych w bezruchu mieszkańców dworu Guiliano. Czas spędzony razem z nimi był naprawdę dobry, jeżeli odjąć od niego chwile, w których rozpaczałam nad własnym złamanym sercem.

Moim ciałem szarpnęło, co sygnalizowało, że kareta ruszyła.

Zacisnęłam mocno pięści i powieki. Chwila słabości? Nie, zdecydowanie nie teraz. Najpierw musiałam wymyślić coś, co pokaże pewnemu zadufanemu dupkowi, że nie warto było sprowadzać mnie z powrotem na zamek.

A może nawet uda mu się zajść za skórę tak, że odeśle mnie do mojego świata?

.

.

Cytat: wybrane fragmenty tekstu piosenki Shakira Empire

Kolejny rozdział: ukaże się do 11 lipca 2014r. (Skąd taka data? Zdaję licencjat- przez to ważne wydarzenie w moim życiu muszę poświęcić więcej czasu na naukę, zero czasu na bloga :(((  )

Kilka słów ode mnie: Praktycznie całkowicie wstrzymałam komentowanie WASZYCH blogów. Przepraszam, ale muszę ustawić zdanie egzaminu na szczycie moich życiowych priorytetów. Jednakże wszystko nadrobię w wakacje. Teraz możecie tak samo olać mnie i nie komentować tego rozdziału-  z tego co się orientuję, u większości z Was również sesja i brak czasu doskwiera… Ściskam za Was kciuki dziewczyny!