W drodze na zamek uspokoiłam swoje emocje. Z porannych chmur, które wcześniej leniwie zbierały się na niebie, lunął obfity deszcz, a jego krople, stukające miarowo o dach karety, sprawiły, że wyciszyłam się. Powóz jechał wyboistą drogą, więc kołysało mnie lekko na prawo i lewo, aż do czasu, gdy wjechaliśmy na wyłożony brukiem trakt, prowadzący prosto do zamku.

Obok karety jechały Czarne Kaptury, eskortując mnie zapewne na wypadek, gdyby po drodze przyszło mi do głowy dać nogę. Mężczyźni odstąpili dopiero na dziedzińcu, gdy kareta zatrzymała się. Odsunęłam zasłonę i ujrzałam ponure mury zamku. Ścisnęło mnie w dołku.

Tak bardzo nie chciałam wracać do tego miejsca, a teraz, gdy się w nim znalazłam, poczułam coś na kształt… tęsknoty? Radości?

Deszcz wzmógł się, a na ścieżce wiodącej do głównego wejścia utworzyły się kałuże. Uśmiechnęłam się do siebie. Jako dziecko uwielbiałam skakać w ulewie po wodzie, zbierającej się na chodnikach Małego Miasta. Co prawda, zawsze miałam na sobie kalosze, ale skoro do Magicznego Świata nie dotarł jeszcze ten chiński wynalazek…

Zsunęłam z nóg proste sandał, w jakich poruszałam się od dłuższego czasu i wysiadłam z karety. Kiedy tylko moje bose stopy dotknęły zimnego gruntu, zadrżałam, a moje ciało przeszył przyjemny dreszcz.

Dolne fałdy sukni i poły płaszcza natychmiast nasiąknęły wodą, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Przymknęłam oczy i rozkoszując się deszczem spadającym delikatnie na moją twarz, skierowałam się do głównego wejścia.

Za sobą słyszałam, jak wojsko również zajeżdża na dziedziniec, ale zignorowałam ten odgłos i nie odwróciłam się, by sprawdzić, czy Vincent przybył razem ze swoją zgrają. Naprawdę nie miałam teraz ochoty na rozmowę z nim.

Popchnęłam ciężkie drzwi i znalazłam się w ozdobnym holu. Nie byłam jednak sama.

- Witamy z powrotem!- wykrzyknął entuzjastycznie Kalagar, stojący w dole schodów prowadzących na piętro. Demon, uśmiechają się szeroko, wyciągnął do mnie rękę na przywitanie.

Skrzywiłam się z obrzydzeniem, spoglądając na jego dłoń, obleczoną jaszczurczą skórą, zakończoną ostrymi, fioletowymi paznokciami.

- Dzień dobry- odparłam po prostu, nie ściskając podanej ręki. Nadal miałam w pamięci radość Kalagara, jaką wywołało u niego moje pobicie przez koleżanki Geraldy.

Kalagar przybrał pogardliwy wyraz twarzy i opuścił dłoń.

- Nie radziłbym gardzić moim towarzystwem. W przyszłości mogę okazać się… pomocny- stwierdził, kładąc nacisk na ostatnie słowa. Uniosłam brew, ale nie doczekałam się odpowiedzi. Zamiast tego demon roześmiał się diabolicznie i rozpłynął w powietrzu.

Cóż, powoli cokolwiek przestawało mnie w tym świecie dziwić. Duchy, magię i przepowiednie zaczynałam traktować jako coś normalnego, równie oczywistego jak pogoda. Poza tym, byłam zbyt zmęczona na rozmyślania i roztrząsanie każdego słowa. Ostatnia noc obfitowała w zdecydowanie zbyt wiele wrażeń: jedyne, czego teraz chciałam, to położyć się w swojej komnacie i zasnąć.

Moje życie nie mogło być jednak tak nieskomplikowane, jakbym sobie życzyła. Choć pod pewnymi względami przypominało bajkę. Znacie chociażby tę o złotowłosej i trzech niedźwiadkach? Generalnie chodzi mi o moment, kiedy to miśki wracają do domu po dłuższej nieobecności i orientują się, że ktoś jadł w ich miseczkach oraz spał w ich łóżeczkach.

Cóż, właśnie to samo odczucie tknęło mnie, kiedy weszłam do komnaty, jaką przeznaczono w zamku Czarnemu Kapturkowi. Chociaż przez dłuższy czas pokój był mój, to przez moment nie poznałam własnej sypialni.

Przede wszystkim: w ścianie zrobiono dziurę. Nareszcie do wewnątrz docierało dzienne światło, jednakże zapomniano o tym, by wstawić szybę albo chociaż ramę okienną, wobec czego wydawało się, że w pomieszczeniu nastąpił wybuch gazu, a przez otwór w murze wpadały na podłogę krople deszczu.

Mało tego, wszędzie walały się puste butelki, śmieci i… ubrania, należące z pewnością do dwójki nagich ludzi, śpiących w MOIM łóżku. Już chciałam szybko cofnąć się, aby oszczędzić sobie tych krępujących widoków, kiedy nagle mój wzrok padł na głowę mężczyzny.

Tylko jeden człowiek na zamku mógł mieć takie loki. I takie pomysły, by z mojego pokoju zrobić swój prywatny dom rozpusty.

Trzasłam drzwiami, co spowodowało drgnięcie śpiących kochanków, a niezadowolony mężczyzna jęknął i podniósł głowę. W pierwszym odruchu nie poznał mnie, najwyraźniej zamroczony sennością i resztkami wcześniej spożytego alkoholu, którego stęchły zapach unosił się w powietrzu, mieszając razem z odorem spoconych ciał.

Jednak wystarczyło, że odchrząknęłam znacząco, a Mattias zerwał się z posłania.

- KAROLINA!- wykrzyknął radośnie królewski kuzyn i absolutnie nie przejmując się tym, że jest nagi, rzucił się mnie powitać. Otworzyłam oczy z przerażeniem, ale nie zdążyłam umknąć przed niedźwiedzim uściskiem. Mattias mocno przycisnął mnie do siebie, a po chwili odchylił i bez żadnego zawahania pocałował w usta.

Cóż. Tego już było za wiele. Zdecydowanie odepchnęłam mężczyznę od siebie. Miałam ochotę nawymyślać mu od serca za jego szczeniackie zachowanie, ale… nie byłam w stanie.

Mattias naprawdę cieszył się z mojej obecności. A i ja stęskniłam się trochę za tym zawadiaką.

Tymczasem mężczyzna, nadal nie zważając na to, że jest w stroju Adama, objął mnie jedną ręką, a drugą wyciągnął przed siebie i gestem zdobywcy wskazał na śpiącą kobietę.

- To jest Sarona, moja nowa, ulubiona dziwka! Panie, poznajcie się.

Kobieta, słysząc te słowa, przeciągnęła się leniwie w pościeli.

- Cześć Kapturku- powiedziała od niechcenia, a następnie puściła oczko do Mattiasa.- To co, wracamy do zabawy, ogierze?

Mattias wyszczerzył zęby w beztroskim uśmiechu, a następnie skierował wzrok na swoje krocze.

- Hm.. myślę, że już jestem gotowy do dalszych igraszek.- uznał, by za moment przypomnieć sobie o mnie i zapytać.- Może do nas dołączysz?

Roześmiałam się.

- Jak dobrze wiedzieć, że podczas mojej nieobecności prawie nic się nie zmieniło- powiedziałam szczerze, ale dodałam z lekkim niepokojem.- Nie będę wam dłużej przeszkadzać, ale powiedz mi Mattias, co się właściwie stało z moją sypialnią?

- Cóż…- mężczyzna zmieszał się.- Vincent nakazał mi przygotować pokój na twój powrót. Miałem tu wstawić okno, nowe meble, zetrzeć kurze…

- A stanęło na tym, że wybiłeś dziurę w ścianie i spocząłeś na laurach?- domyśliłam się dalszego ciągu, lecz mężczyzna obruszył się.

- Przepraszam, ale miałaś wrócić za dwa miesiące! Sądziłem, że mam jeszcze czas…

Tłumaczenia Mattiasa przerwał chichot prostytutki.

- Rumaku, stoi ci.

Mężczyzna znowu zerknął w dół, a ja, skrępowana tą sytuacją, szybko odwróciłam wzrok i skierowałam się do drzwi.

- Pogadamy później!- stwierdziłam stanowczo. Wychodząc, dobiegł mnie jeszcze głos Mattiasa:

- To dobrze, bo obawiam się, że ja i mój kompan już dłużej nie możemy czekać!

Oszołomiona niecodziennym przywitaniem, szybko oddaliłam się od własnego pokoju. Nogi powoli odmawiały mi posłuszeństwa, więc zatrzymałam się tuż za zakrętem. Mokry strój ciążył mi, a bose stopy oblepiało zimne błoto. Wcześniej czułam wściekłość, teraz chciało mi się już tylko płakać.

- Ależ naniosłaś tu błota!- westchnął ktoś za moimi plecami. Okręciłam się.

No tak, aby dopełnić szczęście dnia dzisiejszego, brak mi tylko jeszcze było kolejnej rozmowy z Vincentem.

Król, chodź komentarz o brudnych śladach, jakie zostawiałam za sobą, powiedział z wyraźną irytacją, to jego spojrzenie wyrażało niepewność. Najwidoczniej obawiał się mojej reakcji po tym, co mu wykrzyczałam na dworze Guiliano. I bardzo dobrze.

Jednak moja zemsta musiała poczekać.

- Chcę spać- jęknęłam żałośnie, na co Król zmieszał się i wyraźnie stropił.

- Zapomniałaś, gdzie jest twój pokój? Mogę cię tam zaprowadzić, jeśli….

- Nie, to nie o to chodzi- wyjaśniłam spokojnie.- Już byłam w swojej komnacie. Ale nie bardzo mam ochotę kłaść się do łóżka między Mattiasem a jego nową kochanką.

Vincent zmarszczył czoło. Nie wydawał się zadowolony tymi wieściami. Przeczułam, że jego kuzyn dostanie od niego ostrą burę za swoje zachowanie, ale w zasadzie- byłam z tego faktu bardzo zadowolona. Ktoś przecież musiał utemperować Mattiasa od czasu do czasu.

- Chodź ze mną- rozkazał Król, a ja, nie mając sił na jakikolwiek sprzeciw, posłusznie podreptałam za nim, starając się nie usnąć na stojąco i zmuszając się do każdego kolejnego kroku.

Sądziłam, że Vincent zaprowadzi mnie do jakiegoś gościnnego pokoju, których na zamku nie brakowało (żeby tak Mattias chciał z nich korzystać!), ale nieoczekiwanie zatrzymaliśmy się przed jego sypialnią. Król otworzył drzwi i gestem zaprosił mnie do środka.

Zerknęłam na niego nieufnie.

- I czego się boisz? Przecież wiesz, że wolę mężczyzn- oznajmił szorstko, a mnie przeszyło bolesne ukłucie w okolicy serca.

Spuściłam wzrok i weszłam do sypialni Vincenta, a on, podążając za mną, zamknął drzwi. Stanęłam na środku pomieszczenia i rozejrzałam się wokół. Cóż, dobrze że chociaż to miejsce nie przeszło gwałtownej przemiany, zawsze to dobrze widzieć stare kąty, nawet jeżeli należą do wroga.

- Możesz mieszkać tutaj, dopóki Mattias nie dokończy remontu twojego pokoju- stwierdził Vincent, siadając przy swoim biurku. Nie patrzył na mnie, więc nie widział mojej zdegustowanej miny.

- Dzięki, łaskawco. A gdzie drugie łóżko?

Król uśmiechnął się pod nosem.

- Nie ma- wyznał otwarcie, a następnie sięgnął po jakieś dokumenty i zaczął je przeglądać.

- Aha- odparłam, jakby Vincent przed chwilą poinformował mnie o czymś tak prozaicznym, jak opady deszczu, a nie o zmianie mojej sytuacji mieszkaniowej, która była całkowicie nie do przyjęcia.

Zerknęłam na szerokie, królewskie łoże. Poduszki kusiły, by przyłożyć do nich głowę a mój mózg rozpaczliwie błagał o sen…

Kiedy tak stałam, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, Król obrócił się do mnie na moment:

- Na co czekasz?- zapytał, jakby nie widział w swojej propozycji nic niestosownego.

- Zabrudzę pościel- wypaliłam szybko, unosząc lekko suknię w górę, by odsłonić zabłocone stopy. Vincent skrzywił się.

- Tak to jest, gdy zachowujesz się jak głupi dzieciak- skwitował lekceważąco i wrócił do swojej papierkowej roboty. Już chciałam dosadnie wskazać, kto w tym pokoju zachowuje się niedojrzale, gdy Król, pisząc po pergaminie, dodał.- Kładź się. Później nakażę sługom zmienić poszewki.

Opuściłam bezradnie ramiona, ale nie dałam się już dłużej namawiać. Wdrapałam się na łóżko i ułożyłam na nim wygodnie. Kiedy chciałam przymknąć oczy i przenieść się do mojego świata, coś mi przyszło do głowy i sprawiło, że zerwałam się gwałtownie i na powrót wstałam.

- Co znowu?- warknął niezadowolony Vincent i po raz kolejny oderwał się od pisania jakiegoś listu.

- Czy ty… i Gael… w tym łóżku?- wydukałam, rumieniąc się po czubki uszu, na co Król parsknął śmiechem.

- Pytasz, czy uprawialiśmy tu seks? Oczywiście, że tak, a niby gdzie indziej?- opowiedział aroganckim tonem, na co ja zdecydowałam się wyjść. Zostawiłam niezadowolonego Vincenta i korzystając z tego, że korytarz był pusty, usiadłam na ziemi. Zdjęłam z siebie pelerynę, zwinęłam w kłębek i ułożyłam pod głową. W chwili, gdy kładłam się na chłodnej posadzce, ze swojego pokoju wyszedł Król.

- Ty chyba sobie żartujesz- powiedział na mój widok z miną, która zdradzała absolutną pogardę dla mojego zachowania.

- Nie. Dobranoc- wymruczałam, czując nadchodzący sen.

- Nie możesz tu spać!

- Mogę i właśnie to robię Dobranoc.

- Świetnie!- krzyknął w końcu Vincent, poddając się. Wykonał obrót na pięcie i trzaskając z furią drzwiami, zniknął w sypialni.

- Świetnie. Dobranoc- wymamrotałam sennie i nim się spostrzegłam, otworzyłam oczy i ujrzałam sufit.

Sufit mojego pokoju w Małym Mieście.

.

.

- Nie jest Ci ani trochę przykro?- zapytała Klara, odwracając się do mnie i stając w ten sposób tyłem do cmentarnego pomnika naszego „dziadka”.

- W zasadzie…- zaczęłam się namyślać, ale szybko pokręciłam przecząco głową.- Dla mnie ten człowiek mógłby się nigdy nie urodzić.

Moja siostra uniosła brew, zdradzając zaciekawienie moimi słowami, ale ja nie paliłam się do tłumaczenia swojej antypatii do taty naszego taty, który był kompletnym przeciwieństwem ukochanego przeze mnie dziadka Stefano.

Ryszard umarł w 2005 roku na trzeci zawał serca. Jedno przysłowie mówi, że niby złego diabli nie biorą, ale ostatecznie sprawdziło się inne powiedzenie: trafiła kosa na kamień. Gość, który jakimś cudem wychował mojego ojca na porządnego człowieka, sam był egocentrycznym pijakiem, nie pamiętającym, jak jego własne dzieci mają na imię, nie wspominając już o wnukach.

- Wracajmy już- zachęciłam siostrę, ruchem głowy wskazując wyjście z cmentarza. Klara przytaknęła, ale przed odejściem jeszcze raz przeżegnała się. Choć i ja byłam katoliczką, to nie potrafiłam się zdobyć na żaden gest wybaczenia wobec zmarłego. Moja siostra nie znała dobrze Ryszarda, ponieważ nasi rodzice oszczędzili jej wielu niewygodnych historii rodzinnych. Dzięki temu nie stanowiło dla niej problemu położenie znicza na grobie „dziadka” w rocznicę jego śmierci.

- Idziemy dłuższą drogą?- zaproponowała Klara.

- Czemu nie- odparłam. Przystałam na tę propozycję, ponieważ trasa, o której mówiła moja siostra, prowadziła przez las i choć dłuższa, była o wiele bardziej malownicza i spokojniejsza niż ta, wiodąca przez centrum Małego Miasta.

Istniała jeszcze jedna przyczyna mojej decyzji. Pewnie zabrzmi to trywialnie, ale… uwielbiałam las. Rodzice w dzieciństwie często zabierali mnie na grzybobrania i zaszczepili we mnie pewien bakcyl, przez który często ciągnie mnie do miejsc odludnych, zacisznych.

Okazało się to całkiem przydatne wtedy, gdy musiałam po raz pierwszy wrócić z domu Perpetuy do zamku, a Mattias zapomniał mnie odebrać… Gdyby nie przyzwyczajenie do leśnych wędrówek, pewnie nigdy nie odważyłabym się wrócić przez Las Pagitty.

- Komary gryzą- stęknęła Klara, wyrywając mnie tym samym z zamyślenia. Dziewczyna odganiała się od namolnych insektów, których pełno było w lesie.- Gdybym wiedziała, że tyle tu tego badziewia, to…

Uśmiechnęłam się sama do siebie. Co, jak co, ale moja siostra stanowiła zupełne przeciwieństwo mnie. Las był dla niej niczym innym, jak siedliskiem wszelkiego rodzaju robactwa, którego należało unikać.

- To czemu chciałaś tędy wracać?- zapytałam.

- Bo uznałam, że dobrze nam zrobi spacer… hej, słyszysz?

Klara nagle zaniepokoiła się. Nie od razu zrozumiałam, o co jej chodzi, ale gdy nastawiłam uszu, zorientowałam się, że ktoś nadjeżdża.

Między drzewami niosło się echo sportowego tłumika i odgłosów kłótni. Spojrzałam na siostrę i po jej minie zorientowałam się, że i ona myśli to samo, co ja.

Las, którym wracałyśmy, nie miał nigdy dobrej opinii. Powszechnie mówiono, że kręcą się po nim często jakieś podejrzane typki. Podejrzewano, że narkomani mają tu swoją kryjówkę, a i nierzadko samobójcy decydowali się kończyć tu swój żywot.

Jednak ja i Klara wracałyśmy tędy tyle razy, a nigdy nic złego nie miało miejsca, więc przestałyśmy dmuchać na zimne, aż tu nagle…

- O kurwa- zaklęła moja siostra i szybko schowała się za drzewem. Nie namyślając się zbyt długo, w mgnieniu uczyniłam to samo i przyciskając się do pnia sosny, wstrzymałam oddech.

.

.

Kolejny rozdział: ukaże się… jak zostanie napisany. Może to będzie za tydzień, może za dwa, ale już na pewno za trzy:)

Rozdział dedykuję:

Tosi- za to, że jest Tosią: niecierpliwą osóbką, która postawiła na swoim i dzięki niej rozdział opublikowany jest wcześniej. Acz nie jest po pięciu milionach poprawek, więc teraz szukaj błędów;d

Alex- z podziwu za jej decyzję, by odpocząć, gdy pisanie nie sprawia przyjemności. Trzymam jednak kucki kochana za Twój rychły powrót!

Ombre_Red- również za poganianie mnie w kwestii rozdziału 46^^