>><<

Kręci mi się w głowie
Jestem przyciskany do ściany
Oglądam każdy twój ruch

Zastanawiam się
Jak my tu skończyliśmy?

>><<

.

Choć trudno mi było uwierzyć w podróże w czasie, to jednak słowa Liwii wydały mi się na tyle wiarygodne, że zdecydowałam się zaprowadzić ją do Vincenta, zgodnie z jej życzeniem. Dziewczyna na powrót ubrała pelerynę, a następnie ukucnęła i chwyciła za kraniec mojego płaszcza.

- Co robisz?- zapytałam, zdezorientowana zachowaniem Liwii, na co ona spojrzała na mnie rozbawiona.

- Straż nie wpuści mnie do komnaty Króla, ponieważ nie jestem na liście tych, którzy są dopuszczeni do odwiedzin jego sypialni. Dobrze wiesz, że nawet mysz się nie przemknie pod czujnym okiem Czarnych Kapturów, a co dopiero takie bycze dziewczątko, jak ja.

- I dlatego…

-… chcę się schować pod twoim płaszczem?- dokończyła z rozbawieniem dziewczyna.- Zgadłaś, mamo.

Omalże nie jęknęłam, słysząc, jak nazywa mnie ta drobna osóbka, klęcząca u mych słów. Dla mojego racjonalnego do samego rdzenia umysłu bardzo trudne do przyjęcia było to, że mogę rozmawiać z własnym dzieckiem, którego jeszcze nie urodziłam. Zostać matką nastolatki w ciągu kilku sekund- takie coś przydarzyć mi się mogło tylko w mocno ostatnio znienawidzonym przeze mnie Magicznym Świecie.

Nie roztrząsając dłużej niezręcznej sytuacji, odchyliłam pelerynę i powiedziałam z rezygnacją:

- Wskakuj.

Liwia zachichotała i nie zwlekając, skuliła się, a następnie skryła w wolnej przestrzeni między czarną suknią, przylegającą do moich nóg, a rozłożystymi połami płaszcza. Dziewczyna, przyczajona niczym mysz pod miotłą, umiała jednak dotrzymać mi kroku, kiedy spróbowałam przejść powoli przez pokój.

Nie bawiąc się w więcej prób i ćwiczeń, wspólnie zdecydowałyśmy, że kamuflaż jest na tyle dobry, iż bez obaw możemy udać się do komnaty Vincenta, gdzie zacznie się prawdziwa zabawa.

Albo koszmar, w zależności od tego, jak Król zareaguje na to, że jest ojcem Liwii, a jego córka w przyszłości zniszczy to, co on tak bardzo kocha, czyli Magiczny Świat.

Otworzyłam drzwi i ostrożnie rozejrzałam się. Póki co, w okolicy nie było żywej duszy, dlatego zachęcona sprzyjającymi okolicznościami wyszłam na korytarz, po czym zaczęłam zmierzać w stronę sypialni Vincenta. Im bliżej znajdowałam się królewskich pokoi, tym więcej straży napotykałam na swojej drodze. Szczęśliwie Czarne Kaptury miały rozkaz nie utrudniać mi poruszania się po zamku, więc jak zwykle bez większych problemów znalazłam się przed drzwiami, za którymi powinien na mnie czekać ktoś, kto pozbawił mnie snów, a w zamian zafundował melodramat w odcinkach ze sobą w jednej z ról głównych.

Przeżegnałam się, obawiając się tego, co za chwilę nastąpi i ścisnęłam klamkę, która ustąpiła pod moim dotykiem, umożliwiając mi wejście do pokoju Vincenta.

Króla zastałam jak zwykle siedzącego tyłem do wejścia przy swoim biurku. Zamknęłam ostrożnie drzwi, ale te i tak skrzypnęły nieprzyjemnie, przez co mężczyzna odwrócił się w moją stronę. O dziwo, na mój widok uśmiechnął się z zadowoleniem. Zauważyłam, że poranny zarost zniknął z twarzy Vincenta, przez co wyglądał o wiele młodziej.

- Wróciłaś- stwierdził Król, jakby moje pojawienie się wcale nie było dla niego takie oczywiste. Odwzajemniłam nieśmiało uśmiech, by za chwilę śmiertelnie spoważnieć, gdy spod mojego płaszcza gwałtownie wyskoczyła Liwia.

Vincent zerwał się z krzesła i wyciągnął przed siebie prawą rękę. Nim jednak zdążył użyć swoich mocy, dziewczyna uczyniła podobny gest, tym samym unieruchamiając Króla.

- CO DO CHO…-starał się zakląć rozwścieczony mężczyzna, ale jakaś niewidoczna siła chwyciła go za gardło, uniemożliwiając swobodną mowę. Spojrzałam zdezorientowana na Liwię. Jakim cudem udało jej się przechytrzyć Vincenta? I czy to, co właśnie z nim robiła, było aby na pewno właściwie?

Otóż moja córka, skupiona tak intensywnie, że pierwsze kropelki potu wstąpiły na jej skroń, krótkim, acz zdecydowanym ruchem, przeniosła własnego ojca na skrzynię z rupieciami, stojącą przed łóżkiem, sadzając mężczyznę na miejscu, jakby był szmacianą lalką, a nie postawnym gościem w średnim wieku. Po twarzy Króla widziałam, że był niezmiernie zaskoczony, a jednocześnie przerażony tym, co się wokół niego właśnie działo.

Nigdy wcześniej nie widziałam go w takim stanie.

- Nie… opieraj… się…- powiedziała Liwia błagalnie do Vincenta, z wielkim wysiłkiem wymawiając każdy wyraz, podczas gdy jej wyciągnięta prawa ręka zaczęła drżeć.- Proszę… tato.

Ostatnie słowo sprawiło, że Król przestał naprężać się ze wszystkich sił i zastygł nieruchomo wpatrzony w dziewczynę.

Tymczasem Liwia zrzuciła z siebie okrywający ją płaszcz. Chcąc zaprezentować się w pełnej krasie, jednym gestem sprawiła, że wszystkie świece znajdujące się w pomieszczeniu zapłonęły, dokładnie oświetlając każdy kąt i nasze trio. Przy okazji dostrzegłam, że dziewczyna ma zawieszony na ramieniu łuk, co napawało mnie pewną obawą- do czego mogła potrzebować broni, jeżeli chciała jedynie spotkać się ze swoimi rodzicami?

Nawet jeżeli wierzyłam słowom mojej pociechy, to jeszcze oznaczało, że muszę jej ufać.

- To… niemożliwe. Ja nie mam córki- wyrzucił z siebie Vincent, ale w jego głosie nie było słychać stuprocentowej pewności.

- Teraz może i nie masz dziecka, ale to nie znaczy, że w przyszłości nie będziesz go posiadać- zaznaczyła ze spokojem dziewczyna, opuszczając ręce i oswobadzając w ten sposób swojego ojca. Cicho dodała:

- Proszę, nie rób mi nic, czego możesz później żałować.

Vincent odetchnął głęboko, gdy magia uwolniła jego ciało. Zamiast od razu zabić swoją przeciwniczkę, rozcierając prawe, zesztywniałe ramię, zapytał wyraźnie zaintrygowany:

- Jak ci na imię? I jakim cudem jesteś na tyle silna, aby mnie powstrzymać?

- Jestem Liwia Karolina I Margoletti- przedstawiła się nieśmiało dziewczyna, a ja drgnęłam, gdy usłyszałam jej drugie imię.- Jestem córką Vincenta i Karoliny Margolettich, czyli… was. Co do mojej mocy, to wiele jeszcze przed wami, ale musicie wiedzieć, że… Ojej, no niezręcznie mi o tym mówić!- wykrzyknęła nagle Liwia, rumieniąc się.

Zmarszczyłam czoło i kątem oka widziałam, że Król ściągnął brwi.

- Coś nie tak?- spytałam z nutą strachu w głosie, a dziewczyna przez chwilę przestępowała z nogi na nogę, wyraźnie grając na zwłokę.

- Chodzi o to, że to dość dziwne rozmawiać z rodzicami o ich życiu seksualnym- zaczęła w końcu opowiadać Liwia, nie patrząc ani na mnie, ani na Vincenta i uparcie wbijając wzrok we własne stopy.- W historii Magicznego Świata zapiszecie się w dość szczególny sposób, mający związek z tym, jak mnie… poczniecie.

Wymieniliśmy z Vincentem zdumione spojrzenia.

- Możesz uściślić swoją wypowiedź…?- dociekał Król, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową.

- Nie. W każdym razie poprzez sposób, w jaki sprowadzicie mnie na świat, zyskam niewyobrażalną moc, nad którą nikt nie będzie mógł zapanować, a już zwłaszcza ja sama. Właśnie dlatego w chwili, gdy zostanie mi odebrana matka, zrozpaczona i zła, wypowiem zaklęcie, które skaże Magiczny Świat na zagładę. Ty, ojcze, chcąc podarować mi radość cieszenia się młodością, zdołasz jedynie przesunąć termin spełnienia się mego zgubnego życzenia do momentu, gdy skończę dwadzieścia jeden lat. Obawiam się, że w mojej strefie czasowej ten termin jest niepokojąco blisko… I właśnie dlatego powracam dziś do przeszłości, chcąc ją zmienić: jeżeli moja matka przeżyje, to z pewnością nie wypowiem nigdy tego cholernego zaklęcia.

Z wrażenia zdecydowałam usiąść na jednym z foteli. Liwia zagryzła wargi, widząc moją reakcję, a Vincent… ukrył twarz w dłoniach i najwyraźniej próbował poukładać sobie to, co właśnie usłyszał.

Ostatecznie, jakby budząc się z letargu, podniósł głowę i patrząc na swoją córkę wyczekująco, zapytał:

- To nie koniec złych wiadomości, prawda? Chcesz nam powiedzieć coś jeszcze?

- Tak- potwierdziła Liwia, zachowując kamienną twarz.

- I właśnie tego się obawiałam…- jęknęłam.- Sądziłam, iż to, że umrę, oraz to, że przespałam się z kimś, kto woli innych mężczyzn, jest wystarczająco upokarzające, ale proszę, nie krępuj się córcia, mów dalej.

Vincent skwasił się, a Liwia parsknęła śmiechem i jak gdyby nigdy nic, lekko stwierdziła:

- Jesteście idiotami.

- Młoda damo, czy tak wypada odzywać się do własnych rodziców?- natychmiast wypalił Vincent, karcąc Liwię, a ja z trudem powstrzymałam uśmiech, cisnący mi się na usta, gdy tylko usłyszałam, jak Król wyraża się stylem rodem z osiemnastowiecznych książek dla pensjonarek.

- Ależ skądże…- moja córka sztucznie udała zmieszanie, spuszczając wzrok.

Król przybrał zadowoloną minę i szerzej rozparł się na skrzyni, na której siedział, ale Liwia nie dała mu się pysznić sukcesem wychowawczym zbyt długo, gdyż już po chwili zadumy wyprostowała się i buńczucznie zapytała:

- Ale przyznasz tatku, że nie grasz do końca czysto?

- Słucham?!- zaperzył się Vincent i zmarszczył brwi, na co Liwia skrzyżowała ręce na piersi.

- Ponieważ przybywam z przyszłości, wiem całkiem sporo o twoich ciemnych sprawkach, o słodkich słówkach bez pokrycia i dewiacjach. Nie dziw się tak ojcze, moja niania lubiła plotki, a te na twój temat mnożyły się swego czasu jak króliki. Nie jest też dla mnie tajemnicą, jak podle traktujesz Czarnego Kapturka- tu Liwia wskazała na mnie ruchem głowy, ale jej chłodne spojrzenie nadal spoczywało na postaci Króla.- Jeśli uważasz, że możesz być jednocześnie z kobietą i mężczyzną, mylisz się. Wiem, że jeżeli zdecydujesz się na pójście przez życie za rączkę razem z Gaelem, to nie dotrzecie nawet do pierwszego zakrętu, bo twój kochaś wepchnie ci nóż w plecy. Na szczęście w tym wymiarze, z którego przybywam, postąpiłeś słusznie- według mnie, rzecz jasna- i ożeniłeś się z Karoliną, a z tego związku narodziłam się ja, twoje jedyne dziecko.

Liwia zamilkła, a Król, niczym mały, skarcony chłopiec, spuścił głowę pod naporem zarzutów ze strony własnej córki. Dziewczyna westchnęła:

- Nie dam ci ojcze gwarancji, że jeśli mnie posłuchasz, to wszystko będzie dobrze, bo NA PEWNO nie będzie. Długa droga przed tobą, jeżeli chcesz odnaleźć własne szczęście, ale uwierz, w końcu ci się uda.

- Pozwolę się wtrącić.- odezwałam się, uznając za słuszne nareszcie zabrać głos.- Czuję się pominięta w tych decyzjach dotyczących przyszłości. Może ja wcale nie chcę życia u boku Króla Magicznego Świata? Nie jestem masochistką, nie mam zamiaru być na życzenie czyjąś zabawką czy, jak wy to nazywacie, „szczęściem”- stwierdziłam z przekąsem, kładąc przesadny nacisk na ostatnie słowo.- Nie będę się na siłę unieszczęśliwiać, byle tylko dać komuś radość, bo tak niby postanowiło jakieś głupie zaklęcie lub przeklęte fatum.

Vincent z uwagą wysłuchał mojej tyrady i dostrzegłam, że zwiesił niżej głowę. Milczał, więc to Liwia zdecydowała się odpowiedzieć:

- Wyluzuj mamo, zmienisz zdanie, kiedy ojciec zacznie się inaczej zachowywać, a ty przestaniesz myśleć o samobójstwie, byle tylko zniknąć z tej pięknej, acz czasami mocno popieprzonej krainy.

- CO?!- zareagował nareszcie Król, podnosząc głowę i ukazując przerażoną twarz. Mężczyzna zbladł, a ja spłonęłam rumieńcem, jak dziecko przyłapane na gorącym uczynku.

- Kiedy ja wcale…- zaczęłam się pokrętnie tłumaczyć, lecz Liwia skwitowała moje daremne starania pełnym pożałowania wzrokiem.

- Nie zapominaj mamo, że znam twoje najskrytsze myśli po tym, jak wielokrotnie przeczytałam twój pamiętnik, szukając dla siebie wskazówek i… pocieszenia.

Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. Liwia zagryzła wargi i zgarbiła się, przypominając sobie najwyraźniej jakieś bolesne momenty ze swojego życia, a ja i Vincent, sprowadzeni do parteru przez własną córkę, czuliśmy się jak ostatnie zera.

- Czego od nas oczekujesz?- zapytał Król, przerywając ciszę.

- Pogodzenia się- wypaliła natychmiast dziewczyna, odzyskując werwę.- Jeżeli mam się w przyszłości narodzić, musicie przestać zachowywać się jak para osłów, z których każdy idzie w swoją stronę. Róbcie tak dalej, a z pewnością jedno z was się zabije, a drugie zostanie zamordowane.

- Czy to… ostrzeżenie?- spytałam, doszukując się w słowach Liwii drugiego dna, na co ona przybrała pewną siebie minę a’la włoski mafioso.

- Z zapisków wywnioskowałam, że spotkamy się jeszcze kilkakrotnie w takim gronie jak dziś, jeżeli tylko zastosujecie się do moich wskazówek. Jednak nim uda się całkowicie odkręcić moje niefortunne zaklęcie i ponownie zjawię się w waszych czasach, najpierw musicie zakopać topór wojenny. Już dość tego darcia kotów, bo aż przykro patrzeć, jak dwoje ludzi, pasujących do siebie jak lewy but do prawego, może zachowywać się tak dziecinnie.

- A co, jeżeli cię nie posłuchamy?- zapytałam, zdjęta ciekawością.

Przez twarz Liwii przemknął cień niezadowolenia.

- Już przecież powiedziałam, zginiecie.

Nieprzyjemny dreszcz wstrząsnął moim ciałem. Choć przez moment rozważałam samobójstwo, czym innym było świadome decydowanie o własnej śmierci, a czym innym zostanie przez nią zaskoczonym.

Vincent przyjął rewelacje Liwii dużo chłodniej.

- Popracujemy nad tym, ale nic nie obiecujemy- zadecydował Król za siebie i za mnie, co zdecydowanie nie przypadło mi do gustu, ale naszą córkę ewidentnie usatysfakcjonowała ta odpowiedź.

- Świetnie- przytaknęła.- Skoro wszystko już sobie wyjaśniliśmy, to teraz chciałabym odejść. Tato- zwróciła się do Vincenta.- Czy mógłbyś wyprowadzić mnie z zamku i pójść ze mną aż do miejsca, w którym zaczyna się las Pagitty?

Mężczyzna zamyślił się na chwilę, po czym niepewnie zapytał:

- Dlaczego? Przecież wcześniej udało ci się dostać na zamek bez większych problemów.

- Celna uwaga- przyznałam i skupiłam całą swoją uwagę na Liwii, która uśmiechnęła się zadziornie.

- Cóż, jestem waszą córką, więc sprytu mi nie brakuje. Wystarczyło przybrać czarną pelerynę, naciągnąć kaptur na głowę, spuścić wzrok, lekko się zgarbić i… voila! Czarny Kapturek jak malowany! A któż ze straży śmiałby go zatrzymać?

Parsknęłam śmiechem, ale Vincentowi daleko było do euforii.

- Wspaniale. Niedługo dojdzie do tego, że Fatma wejdzie do mojej sypialni i zamorduje mnie we śnie, jeżeli tylko swój błękitny płaszczyk przefarbuje na ciemniejszy kolor.

- Spokojnie, naprawisz tę lukę w systemie obrony zamku. Jutro zafundujesz Czarnym Kapturom taki opier…

- LIWIA!- zawołałam, poczuwając się nagle do upomnienia córki, której ponoć nigdy nie będzie mi dane wychowywać. Mój nagły okrzyk rozbawił Vincenta, a Liwia przewróciła oczami.

- Wiem, mam nie przeklinać. Zapisałaś to w pamiętniku.

Nim dziewczyna zdążyła coś dodać, Król wstał i odezwał się:

- Możemy już ruszać, ale wyjaśnij mi jeszcze dziewczyno, czemu musisz udać się aż do lasu Pagitty?

Liwia rozmarzyła się.

- Otóż tam… wśród oświetlonych księżycowym blaskiem drzew… usychając z tęsknoty czeka na mnie dwóch…. zakochanych we mnie na zabój…. chłopaków!

Dziewczyna roześmiała się, widząc nasze zaskoczone, ale i lekko niezadowolone miny.

- Wiecie-zaczęła znowu.- las Pagitty to magiczne miejsce. Moja moc jest tam silniejsza niż gdziekolwiek indziej, przez co z pomocą tego- tu Liwia wskazała łuk na swoich plecach, jakby to miało nam wszystko wytłumaczyć.- mogę podróżować w czasie. Mam prawo zabierać ze sobą kogo chcę, więc zgodnie z dewizą rodu Margolettich podróżuję z synem Fatmy, Kajetanem i z synem Nemezis, Willem.

Po chwili ciszy Vincent wybuchnął szczerym, gromkim śmiechem. Niemalże zgiął się w pół z powodu tego nagłego wybuchu ekstatycznej radości, a ja z pytaniem w oczach zerknęłam na Liwię, nie rozumiejąc, o co chodzi.

- Margoletti mają takie swoje ulubione powiedzonka- wytłumaczyła beztrosko Liwia.- Jedno z nich brzmi: przyjaciół trzymaj blisko, ale wrogów jeszcze bliżej.

Uśmiechnęłam się blado, gdy tymczasem Vincent dziarskim krokiem ruszył do drzwi:

- Zaraz wracam, nie ruszaj się stąd- rozkazał mi władczo Król, a jego córka, podążając za nim, przytaknęła:

- Tak będzie bezpieczniej, mamo. Do tego masz teraz coś do zrobienia: musisz zapisać gdzieś to, co dziś przeczytałaś w swoim pamiętniku, abyś mogła później uwierzyć w moje istnienie. To dość skomplikowane… ale dasz radę. Do zobaczenia!- pożegnała się prędko dziewczyna, nie wyjaśniając nic więcej i również opuściła komnatę, nie siląc się na jakikolwiek uścisk na do widzenia. Może to i lepiej? Chyba nie byłam jeszcze gotowa na tego typu czułości.

Korzystając z chwili samotności, zdecydowałam się napisać coś, aby uporządkować myśli. Podeszłam do biurka i usiadłam przy nim. Przeciągnęłam ręką po drewnianym, lakierowanym blacie w miejscu, w którym nie zasłaniały go wszechobecne kartki papieru. Wszystkie były zapisane, więc nie zdecydowałam się ich użyć do własnych celów.

Nagle mój wzrok padł na notatnik, jaki wcześniej pokazała mi Liwia. Z tą różnicą, że ten leżący na królewskim biurku był zupełnie nowy: okładka nie nosiła żadnych śladów użytkowania, a po otwarciu stwierdziłam, że ani jedna ze stron nie została tknięta atramentem.

Nie bawiąc się w pytanie Vincenta o pozwolenie, przysunęłam zeszyt bliżej siebie, sięgnęłam po pióro i zaczęłam stawiać niezgrabne litery:

.

Dziwnie jest tak pisać samej do siebie. To, co się dziś wydarzyło, jest niewiarygodne, nawet bardziej niż historia Mattiasa, którą ten opowiedział mi w drodze do zamku po parszywym dniu spędzonym u Perpetuy.

Dziś odwiedziła mnie moja córka, która tak naprawdę przyjdzie na świat dopiero za kilka lat. Ma na imię Liwia, tak jak zawsze chciałam nazwać swoje dziecko.

To wszystko jest strasznie pokręcone. Choć moja córka (jak dziwnie to pisać!) teraz wyszła razem z Vincentem, to kazała mi naskrobać coś, co w jej mniemaniu w przyszłości przekona mnie o tym, że jest prawdziwa, gdy wyruszy na spotkanie mnie w przeszłości (i jak tu się nie pogubić, nie zwariować?!). Uznałam, że może podam Liwii jakiś fakt z mojego realnego życia, o którym nikt w Magicznym Świecie nie może mieć pojęcia. Jeżeli dobrze pamiętam, to nikomu nigdy nie wyznałam, że w rzeczywistym życiu jestem blondynką, ponieważ przefarbowania moich loków zażyczył sobie Werszycki na czas, gdy restauracja, dla której pracuję, będzie organizować przyjęcia dla jego przybranych dzieci: Karola i Zygmunta.

.

Zadowolona z efektu, przebiegłam oczami po całości i z przyjemnością stwierdzając, że tekst jest zjadliwy stylistycznie, odchyliłam się na krześle i przeciągnęłam leniwie. Nie pozostawało mi teraz nic więcej, jak czekać na powrót Vincenta oraz kolejną trudną rozmowę na temat przyszłości naszego „związku”. Przy okazji Król będzie musiał koniecznie mi wyjaśnić, jakim cudem cytat z Ojca chrzestnego- książki traktującej o mafii sycylijskiej autorstwa Mario Puzo z mojego świata- jest życiowym mottem rodziny Margolettich z Magicznego Świata.

.

.

.

Cytat: 5SOS- End up here

Kolejny rozdział: 7 września 2014roku

Kilka słów ode mnie: Nadrabianie zaległości idzie baaardzooo powoooli, ale idzie;) Postaram się do końca przyszłego tygodnia odezwać do wszystkich, z którymi jeszcze się nie skontaktowałam.