>><<

Nie widzę cię, ani nie słyszę, ale cała moja istota wypełniona jest snem o tobie.

Marcelina Kulikowska

>><<

.

- Osz kurwa, ale mam dzisiaj podwózkę!- zagwizdała z podziwem Jutka, kiedy tylko zaparkowałam czerwonym matizem na krawężniku przed jej domem. Usłyszałam kobietę tylko dzięki temu, że popołudnie, mimo końcówki lata, było wyjątkowo upalne, a moje auto nie posiadało klimatyzacji, wobec czego opuściłam maksymalnie wszystkie szyby.

- Nie wybrzydzaj, tylko wsiadaj- odburknęłam niezbyt grzecznie, ale nie czułam się dziś na siłach, aby wdawać się w niepotrzebne dyskusje z najbardziej pyskatą osobą pod słońcem.

Oczywiście Jutka nie przejęła się grymaszeniem, tylko założyła ręce na piersi. Z rozbawieniem wpatrywała się w moje piętnastoletnie auto, które cudem udało mi się kupić za zajazdowe napiwki i pieniądze podarowane przez rodzinę na osiemnaste urodziny. Kucharka uśmiechnęła się szeroko:

- Kto zapłaci ci za ten kurs dziecinko? Arleta czy Kama?

- Pan Bóg mi w dzieciach wynagrodzi. Jedziemy?

- Oby tylko w jakości pociech, nie w ich ilości- zażartowała Jutka i usiadła na miejscu pasażera.- Ja pierdzielę… ale gorąco!

Kobieta otworzyła schowek przed sobą, poszperała w nim przez chwilę, a następnie wyciągnęła z niego instrukcję obsługi samochodu, którą zaczęła się natychmiast wachlować. W tym czasie włączyłam lewy kierunkowskaz i ostrożnie włączyłam się do ruchu. Chociaż prawo jazdy zdobyłam jeszcze w liceum, to nadal jeździłam jak ostatnia sierota lub stuletnia emerytka, co wynikało z tego, że niezwykle rzadko korzystałam z samochodu, a jeżeli już, to wyłącznie na krótkich trasach, które nie dawały mi szczególnej możliwości doskonalenia swoich umiejętności.

Dziś nie zdziwiłoby mnie nawet specjalnie, gdybym spowodowała jakiś wypadek, karambol czy coś w ten deseń, gdyż byłam wyjątkowo rozdrażniona, a więc też mniej skupiona na jeździe, niż zwykle. Wszystko przez to, że nie do końca wiedziałam, jak zakończyłam swój pobyt w Magicznym Świecie. Pamiętałam tylko tyle, że przez Mattiasa i jego idiotyczny pomysł rozłożenia parawanu, z rozmachem godnym bomby atomowej przeleciałam przez pokój, a następnie ostro zaatakowałam kant jednego z mebli, tym samym rozcinając sobie głowę w okolicy czoła.

Ból zmącił mi myśli, więc jak przez mgłę kojarzyłam reakcje osób, które znienacka wtargnęły do królewskiej sypialni. Najgorsze jednak było to, że nim straciłam przytomność i przeniosłam się do realnego świata, nie zarejestrowałam reakcji Vincenta. Mogłam się po nim spodziewać wszystkiego, ale mimo to dręczyło mnie pytanie: jak się zachował? Zezłościł się i rozgniewał? A może… zmartwił się?

Chociaż pragnęłam, aby to ostatnia opcja okazała się prawdziwa, to w głębi serca czułam, iż gdy ponownie stanę oko w oko z władcą Magicznego Świata, nasłucham się połajanek, wyrzutów oraz różnego typu narzekań na moją nieodpowiedzialność. W zasadzie, czemu nie? Kolor mojej krwi miał pozostać tajemnicą, a teraz ten sekret poznali Gael i Ivonne. Podejrzewałam, że Vincenta nie zainteresują moje usprawiedliwienia, że to zajście z parawanem i Mattiasem było wypadkiem.

Dodatkowo narastał we mnie niepokój. Co się stanie teraz, gdy prawda o mnie wyszła na jaw? Magiczny Świat to nie miejsce dla czerwonokrwistych, a nie marzyłam o tym, by ponownie pić miksturę Kalagara (i choć odstawiłam ją po powrocie na zamek, to nadal w pamięci miałam jej ohydny smak). Perpetua, Julietta, Vincent, mimo iż władali lub nadal władają magią, nie należeli do szczególnie lubianych osób. Dochodziła też kwestia Koktajlu Czerwonej Krwi, który pomagał regenerować siły Królowi. Gdyby matka Vincenta dowiedziała się, że mogę być pomocna do sporządzenia napoju, który wspomaga jej syna- wroga, to będąc nadal na dworze Guiliano z pewnością zostałabym zabita.

Tyle dobrego, że przynajmniej na zamku nie powinno mi grozić żadne niebezpieczeństwo. Teoretycznie.

Z rozmyślań wyrwało mnie ziewnięcie Jutki.

- Jedziesz tak wolno, że z pewnością bym usnęła, gdyby nie te pierdolone dziury w asfalcie. Czy ty w ogóle wiesz, że masz tu więcej niż trzy biegi?- ironizowała kobieta, pochylając się do przodu i przy okazji rzucając okiem na prędkościomierz, wskazujący w tej chwili czterdzieści kilometrów na godzinę.

- Jesteśmy na obszarze zabudowanym, więc jest ok. Zamiast narzekać, podziwiaj widoki i rozkoszuj się jazdą…

- Uważaj, bo jeszcze orgazmu dostanę od tego zachwytu nad pięknem naszego miasta.

Nim zdążyłam wpaść na jakąś ciętą ripostę w odpowiedzi, zadźwięczał mój telefon. Szczęśliwie się złożyło, że akurat dojechałam do skrzyżowania z sygnalizacją, gdzie paliło się czerwone światło. Zahamowałam i wykorzystując moment oczekiwania, odebrałam przychodzące połączenie.

- Udało ci się jakoś zapakować Jutkę do auta?- zapytała natychmiast Kama nerwowym tonem, co mnie dziwnie rozbawiło.

- Musiałam ją związać i zakneblować, ale nie bój się, jesteśmy w drodze.

Na potwierdzenie tych słów moja pasażerka zakryła usta ręką i zaczęła coś jęczeć, na co menadżerka prychnęła.

- Wy się wydurniacie, a tu ruch w restauracji coraz większy. Becia i Paula ledwo nadążają z obsługą gości, a Jabłoń…

- Mam zielone, muszę kończyć. Będziemy za kilka minut- oznajmiłam, wchodząc Kamie w słowo. Rozłączyłam się, wrzuciłam jedynkę na skrzyni biegów i zwalniając delikatnie sprzęgło, zbyt mocno przycisnęłam pedał gazu, przez co silnik głośno zawył.

- O, diablica się w tobie budzi dziewczyno- ponownie zagaiła rozmowę Jutka.- Chociaż w sumie, to miałaś rację z tą wolną jazdą, nie spieszy mi się dzisiaj zbytnio do pracy… Gdyby nie to, że Kama kazała ci po mnie przyjechać i za wszelką cenę zaciągnąć do Zajazdu, to pewnie zostałabym w domu. No, ale tobie się nie odmawia…

- Dziękuję- odparłam uprzejmie, ale od razu zwęszyłam podstęp.- Co, pewnie potrzebujesz kogoś w sobotni wieczór, kto zająłby się twoją córcią?

- Lepiej bym tego nie ujęła- wyszczerzyła zęby Jutka.- W Zajeździe jest duże wesele, przed dwudziestą trzecią na pewno nie wrócę, a nie chcę, żeby Klaudia siedziała sama w domu. Sprawdziłam twój grafik i widziałam, że jesteś wolna przez cały weekend. Poradzisz sobie z tą moją małą cholerą. To co, zaopiekujesz się nią? Deal?

- Deal- zgodziłam się natychmiast. Córka Jutki miała trudny charakter- zresztą, identycznie jak jej mama-ale była dzieckiem wyjątkowo pogodnym i grzecznym, więc od czasu do czasu zgadzałam się z nią zostać.

Kwadrans po piętnastej zaparkowałam swojego matiza pod Zajazdem. Z reguły nie przyjeżdżałam do pracy samochodem, tylko rowerem, gdyż starałam się oszczędzać na paliwie, jednak dziś uczyniłam wyjątek. Gdy Jutka nie stawiła się rano w restauracji, Kama obiecała mi zapłacić za dzisiejszy dzień podwójnie, bylebym tylko sprowadziła główną kucharkę do pracy- ona sama nie mogła się tym zająć, ponieważ uznała, że lepiej, aby pozostała w Zajeździe, by nieustannie kontrolować pracę Jabłonia (który w gotowaniu radził sobie świetnie, ale, jakby nie patrzeć, był nowy, więc nie należało mu jeszcze całkowicie ufać).

Zadzwoniłam do Jutki, a ona o dziwo zgodziła się przybyć, ale pod jednym warunkiem: ktoś musi po nią przyjechać, ponieważ nie chce jej się dojeżdżać autobusem, skoro, jak się wyraziła: w pracy będzie musiała znieść wystarczające katusze. W ten oto sposób, po krótkiej wycieczce na drugi koniec miasta, razem z kucharką przekraczałam właśnie próg restauracji.

.

.

Wszyscy obawiali się, jak potoczy się dzisiejszy dzień. Jutka i Jabłoń, zamknięci w jednym pomieszczeniu, zmuszeni do współpracy? To nie mogło się udać.

Pani Arleta, choć była pomysłodawczynią całego przedsięwzięcia, mającego w zamyśle pogodzić zwaśnioną „parę”, przeraziła się i zaszyła w swoim gabinecie, nakazując pod żadnym pozorem sobie nie przeszkadzać. Kama najchętniej dołączyłaby do szefowej, ale ktoś odpowiedzialny musiał przecież zadzwonić po policję i karetkę pogotowia w razie, gdyby kuchnia przemieniła się w plac boju.

O dziwo jednak, obyło się bez wzywania służb ratowniczych, rzucania talerzami, czy też tradycyjnego mordobicia. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że Jutka i Jabłoń zaprzyjaźnili się. Co to, to nie! Kucharka nieustannie krytykowała nowego szefa kuchni, nie szczędząc mężczyźnie wielu cierpkich słów, lecz on przyjmował wszystkie uwagi w milczeniu i nie reagował na zaczepki. Zdawał się też nie zauważać, że Jutka nie odstępuje go na krok, śledząc każdy jego ruch, by wytknąć mu nawet najdrobniejszą pomyłkę.

Po skończonym dniu pracy, cała ekipa pracująca w Zajeździe odetchnęła z ulgą, Jutka i Jabłoń opuścili budynek dwoma różnymi wyjściami, a pani Arleta zawołała Kamę do siebie, aby przy winie świętować fakt, iż jej pracownicy nie pozabijali się nawzajem. Dwóch młodszych kuchcików prędko zmyło się na piwo z kelnerkami, ale ja i Paula odmówiłyśmy wyjścia na miasto. Każda z nas miała co innego na głowie.

- To jak, zastanowiłaś się już, czy spotkasz się dziś z Zygim?- odezwała się Paula nieśmiało, kiedy zostałyśmy same w szatni.  Posłałam jej groźne spojrzenie, na co dziewczyna potulnie spuściła wzrok.

Przez cały dzień próbowała znaleźć chwilę, by zamienić ze mną choć kilka słów w cztery oczy, ale przejrzałam zamiary Pauli i skutecznie odwlekałam rozmowę z nią. Aż do teraz.

- Jestem wściekła, że przez ciebie znalazłam się w moim obecnym położeniu- wydusiłam z siebie ostatecznie, widząc, jak dziewczyna sposępniała.- Jednocześnie rozumiem, że nie masz specjalnego wpływu na psychopatyczne decyzje Obarskiego, dlatego postanowiłam, że spotkam się z Zygmuntem i osobiście spróbuję jakoś wyplątać siebie i ciebie z tej chorej sytuacji.

-Iiii…!- pisnęła wysokim sopranem Paula, rzucając się do ściskania mnie. Jej twarz rozpogodziła się, a oczy nabrały wcześniejszego blasku. - Kobieto, nawet nie masz pojęcia, jak mi ulżyło!

- Coż… ja z kolei nadal jestem spięta- ostudziłam jej zapał, wyswobadzając się z mocnego uścisku.- Pójdę już. Umówiłam się z Zygmuntem, aby czekał na mnie pod Zajazdem o dwudziestej pierwszej, a już kilka minut po wyznaczonej godzinie. Nie cierpię się spóźniać, także…

- Jasne, leć- wypaliła natychmiast Paula.- I proszę, nie denerwuj się tak… Może i Obarski to kawał gnoja, ale kiedy kogoś dopiero zaczyna poznawać, zawsze stara pokazać się od jak najlepszej strony.

- Prawdziwy wilk w owczej skórze…

Pożegnałam się z Paulą i przeszłam przez opustoszałą salę, która teraz, wieczorem, oświetlona jedynie słabym światłem płynącym z drobnych żarówek w ozdobnych kinkietach, wydawała się lekko przerażająca. Puste miejsca przy stołach idealnie nadawały się do tego, aby mogły zasiąść tu ociekające krwią upiory z pustymi oczodołami albo zombie, takie jak w amerykańskim serialu The Walking Dead…

Wzdrygnęłam się. Wybujała wyobraźnia zrobiła swoje i ciarki wstąpiły na moje ciało. Z ulgą sięgnęłam dłonią do klamki przy głównym wyjściu z Zajazdu, licząc na szybkie wydostanie się na zewnątrz. Ostatnie, czego się spodziewałam, to to, że rączka bez mojej pomocy opadnie w dół, a drzwi zaczną się powoli otwierać.

Krzyknęłam i jak oparzona odskoczyłam w tył, wybałuszając szeroko oczy ze strachu. Jednocześnie do Zajazdu wszedł wysoki, blondwłosy mężczyzna, który niekoniecznie wydawał się przerażony, a… zaskoczony.

- Co się dzieje, ktoś tu jest?- zapytał Zygmunt, przymykając odrobinę powieki, aby pozwolić oczom przyzwyczaić się do ciemności.

- Ja… ja jestem- wybełkotałam i odkleiłam się od ściany, do której ściśle przylgnęłam dosłownie przed sekundą. Przy okazji zganiłam się w myślach za jąkanie: jeżeli za chwilę chciałam wygarnąć człowiekowi stojącemu przede mną kilka niemiłych spraw, musiałam grać twardą.

- Karolina?!

- Zygmunt…?

Po upewnieniu się, że każde z nas natrafiło na właściwą osobę, mężczyzna odetchnął głęboko, a następnie uniósł rękę, by niefrasobliwym gestem przeczesać włosy.

- Cóż… Mamy do omówienia kilka spraw, więc przenieśmy się może w jakieś mniej makabryczne miejsce. Niby macie tu ładnie, ale po zmroku można się poczuć dość…. nieswojo.

Przytaknęłam z zapałem i jako pierwsza wyszłam z restauracji. Obarski szarmanckim gestem przepuścił mnie w drzwiach, a gdy wystrzeliłam jak z procy w stronę parkingu dla pracowników, natychmiast dogonił mnie.

- Hej, a ty dokąd? Moje auto stoi przecież tutaj.

Krytycznym wzrokiem omiotłam czarne, sportowe BMW i chłodno stwierdziłam:

- Nie wsiadam z nieznajomymi do samochodu. Poza tym, przyje…

- W takim razie idziemy pieszo- zdecydował nagle Zygmunt, przerywając mi.- Trzy minuty stąd jest pub. Ustalimy, co trzeba i możesz sobie wtedy jechać gdzie chcesz i czym chcesz.

Propozycja brzmiała dość rozsądnie, więc po raz kolejny zgodziłam się z Obarskim. Może to i dobrze, że gość przez moment poczuje się panem sytuacji? Już za chwilę będzie musiał zrozumieć, że nie jest pępkiem świata. Jego ego mocno się potłucze spadając z himalajów snobizmu, gdy dowie się, że nie będę tańczyć, tak jak mi zagra.

Droga do pubu, choć krótka, ciągnęła się w nieskończoność, gdyż razem z Zygmuntem nie wymieniliśmy ani słowa między sobą. Nie mieliśmy wspólnych tematów, ani znajomych (poza Paulą oczywiście, ale jej osoba była dość drażliwym zagadnieniem), do tego każde z nas zajęte było opracowywaniem własnej strategi na przebieg naszej przyszłej rozmowy.

Knajpa, do której zaprowadził mnie Obarski, nie zachęcała swoim wyglądem do kolejnych odwiedzin i tuż po przekroczeniu jej progu, najchętniej bym zawróciła. Właściciel baru nie wysilił się nawet, aby otynkować ściany- czerwona cegła w jego zamyśle zapewne miała tworzyć niepowtarzalny klimat, lecz niepasujące do tego wnętrza toporne meble dawały raczej kiczowaty efekt, którego dopełniała klientela składająca się z dość podejrzanie wyglądających łysych typków w skórzanych kurtkach.

Usiedliśmy przy wolnym stoliku, a jedna z kuso ubranych kelnerek, widząc przybycie Zygmunta, natychmiast podeszła się z nim przywitać.

- Cześć kociaku!- zwróciła się do Obarskiego tleniona blondynka, totalnie mnie ignorując. Wyszczerzyła swoje krwistoczerwone usta w kokieteryjnym uśmiechu, oparła ręce na stole i przechyliła się w stronę mężczyzny, przez co jej i tak gigantyczny dekolt jeszcze bardziej się pogłębił.- Co cię tu sprowadza?

Zygmunt rozpromienił się, ale nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, z trzaskiem odłożyłam swoją torebkę na stół. Ten niespodziewany huk zwrócił uwagę Obarskiego i dziewczyny. Uśmiechnęłam się sztucznie i z zadowoleniem rejestrując zaskoczone miny zebranych, sucho oznajmiłam:

- Poproszę kawę. Mieloną, z mlekiem, ale bez cukru.

Kelnerka skrzywiła się, a Zygmunt odchrząknął.

- Także tego… to ja poproszę duże piwo.

- Nie pij, przecież będziesz niedługo prowadzić auto- odezwałam się, przyjmując belferski ton. W Obarskim zagotowało się, ale opanował gniew i zmienił swoje zamówienie.

- No to dla mnie to samo Olka, co dla Karoliny- wyszeptał kelnerce w ucho. Dziewczyna przytaknęła, puściła Zygmuntowi oczko, po czym zalotnie kołysząc biodrami, odeszła.

- Dynamit, nie kobieta- wymruczał Obarski, śledząc wzrokiem ruchy Olki. Uniosłam brew, nie dowierzając temu, że z własnej woli jestem świadkiem tak prostackiego zachowania i dużo nie brakowało, bym wstała i najzwyczajniej w świecie wyszła, nie wyjaśniając nic. Szczęśliwie jednak Zygmunt opanował się szybko i wyprostował, przypominając sobie najwidoczniej, po co się w tej obskurnej knajpie w ogóle znalazł.

- Ok., nie traćmy czasu. Mam nadzieję, że Paula wyjaśniła ci ogólnie, czego od ciebie chcę, ale dla pewności powtórzę kilka kwestii. Przede wszystkim moja cholerna matka planuje ostro namieszać w moim biznesie, jeżeli nie przyprowadzę w końcu do domu porządnej dziewczyny. Właśnie do tego celu cię potrzebuję.

- To nie mogłeś mnie po prostu zaprosić na randkę?- ironizowałam, na co Zygmunt skwasił się.

- Nie mam czasu na tego typu pierdoły.

- Aaa… no tak. Na co komu randki? Lepiej pośledzić rodzinę drugiej osoby, a potem szantażować ją zdjęciami najbliższych i grozić, że stanie im się krzywda.

- O, zaczynasz kumać- stwierdził Obarski, odchylając się do tyłu i zakładając ręce za głowę w geście zadowolenia.- Chociaż chyba jeszcze nie do końca wszystko czaisz. Masz tylko udawać moją dziewczynę: przed moją matką i resztą rodziny na jakichś różnych oficjalnych imprezach, a nie nią być. Do tego ludzie na mieście muszą się o nas dowiedzieć, no i oczywiście twoi rodzice koniecznie mają mnie poznać, aby kłamstwo nie wyszło na jaw. Rachela na pewno skontaktuje się z twoimi starszymi i będzie ich wypytywać o ciebie i nasz związek.

Moja mina musiała nadawać się do jakiegoś internetowego memu z wulgarnym podpisem, którego nie omieszkałam wygłosić na głos:

- Co ty kurwa pierdolisz?

Gdy usłyszałam, jak z moich ust wychodzą przekleństwa, skrzywiłam się jeszcze bardziej i w myślach zanotowałam, by mniej czasu spędzać z Jutką. Tymczasem Obarski zdawał się nie przejmować moją reakcję. Nonszalanckim tonem zawyrokował:

- Po tym tekście o nie piciu alkoholu przed jazdą, moja matka z miejsca się tobą zachwyci. Jeżeli nie będziesz kląć, pić, palić, ostro imprezować…  Rachela cię zaakceptuje, a ja nareszcie uwolnię się od tej psychopatki.

- Genialnie proste- mruknęłam sama do siebie, a w myślach zaczęłam się zastanawiać, kiedy to ja uwolnię się od mężczyzn-psychopatów?

.

.

.

Kolejna rozdział:  27 października 2014 roku 

Co nowego: W zakładce BOHATEROWIE, Bohaterowie spoza Magicznego Świata- pojawiły się nowe postaci, o których w większości już wspomniałam, ale których nie mieliście jeszcze okazji zobaczyć w formie zdjęć;)

Kilka słów ode mnie: Ku mojemu zadowoleniu (ale raczej nie waszemu^^), akcja będzie powoli zwalniać i skupiać się bardziej na uczuciach, niż kolejnych zwrotach akcji. Na „scenę” wyprowadziłam już prawie wszystkich zaplanowanych bohaterów, a jeżeli chodzi o wydarzenia, to te najważniejsze odkryłam przed Wami. Nadal mam kilka asów w rękawie, ale wydaje mi się, że dobrnęłam w końcu do połowy tego opowiadania.

Czarnego Kapturka (który w ostatecznej wersji będzie podzielony na trzy części) planuję pisać jeszcze przez dwa lata, nim zajmę się innym projektem. Będę się cieszyć, gdy ktoś dotrwa do tego końca razem ze mną. No, chyba że wcześniej zginę w jakimś karambolu, bo umiejętności prowadzenia auta mam takie same, jak opisywana przeze mnie bohaterka:D