>><<

Każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób.

Lew Tołstoj

>><<

.

- Dziś sobota, czas na sprzątanie, wstawaj!- usłyszałam zniecierpliwiony, coraz donośniejszy głos Klary, dobiegający do mojej zaspanej podświadomości.

- Ale jak to?- wymamrotałam ledwo zrozumiale, próbując dobudzić się i pojąć, dlaczego nie jestem w tej chwili w Magicznym Świecie. Kiedy zdążyłam tam usnąć?! Przecież zaledwie przed momentem Vincent opuścił pokój i…

- Na egzystencjalne pytania cię wzięło o dziewiątej rano?- prychnęła moja siostra, zaczynając ściągać ze mnie kołdrę.- Tak widzisz się złożyło, że Pan Bóg sześć dni pracował, a dopiero siódmego odpoczywał. Dość już tego lenistwa! Skoro masz wolne w pracy, to wypada, żebyś w końcu zrobiła coś w domu, bo przez całe wakacje wszystko było na głowie mojej i mamy. No, zrywaj się z wyrka słoneczko.

Klara nie lubiła bawić się w subtelności i nim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, energicznie szarpnęła za poszewkę. Nie przewidziała, że mocno wczepię się w nakrycie, nie chcąc dać go z siebie zerwać. Miałam przecież zamiar zdrzemnąć się jeszcze na chwilę, by powrócić do Magicznego Świata choćby na kilka sekund.

Szarpanina skończyła się, zanim tak naprawdę na dobre się rozpętała: materiał nie wytrzymał i rozrywając się gwałtownie wypuścił z siebie pokaźną ilość pierza, które natychmiast szczelnie pokryło wszystko wokół jak pierwszy śnieg w listopadzie. Zaczęłyśmy dusić się, czując, jak puch gryzie w oczy i drażni nozdrza.

- Cóż, wiesz przynajmniej od czego zacząć sprzątanie- oznajmiła beztrosko Klara, gdy jako pierwsza opanowała kaszel i hamując śmiech, strzepnęła garstkę pierza z czubka mojej głowy.

.

.

- Nie no… bujasz!- oznajmiła Klaudia, słysząc moją historię o porannej przygodzie z rozdartą kołdrą. Dziewczynka podparła głowę na zgiętej ręce i spojrzała na mnie powątpiewająco z drugiego końca łóżka.

- Właśnie, że nie kręcę! Naprawdę wyglądałam jak bałwan. No… może taki na sterydach, coś jak Olaf z Lodowej Krainy- odpowiedziałam, zachowując powagę, a córka Jutki w końcu roześmiała się, ukazując w radosnym uśmiechu szereg drobnych zębów.

- Hej, ja tu próbuję się skupić na grze! Kupić te koleje wschodnie czy nie?- zainteresowała się Klaudia, ledwo opanowując chichot i spoglądając na planszę Monopoly, rozłożoną na łóżku między nami.

- Aktualnie zadłużyłam się w banku, a wykupione przeze mnie domki nie przynoszą zysku… także mnie nie pytaj- uniosłam ręce w obronnym geście.

- Racja, nie powinnam radzić się bankruta roku.

Córka Jutki zmarszczyła brwi, namyślając się głęboko, a ja w tym czasie podniosłam się ze swojego miejsca. Poczułam, jak moje kości opornie poddały się ruchowi, a stawy lekko zaskrzypiały. Zbyt długo siedziałam po turecku, a do tego kilka godzin w domu z moją rodziną sprawiło, że czułam się bardziej zmęczona, niż po trzech nockach pod rząd w Zajeździe. Opieka nad Klaudią w to sobotnie popołudnie okazała się prawdziwym wybawieniem od namolnych domowników, którzy zafundowali mi sprzątanie całego mieszkania, włączając w to oczywiście najbardziej znienawidzenie przeze mnie czynności: mycie okien i toalet.

Dziewczynka oderwała się na chwilę od gry, widząc jak zmierzam do drzwi:

- Gdzie idziesz?

- Odniosę do kuchni talerze po naszym podwieczorku… jakby twoja mama teraz wróciła i zobaczyła, że urządziłyśmy sobie wyżerkę na jej łóżku, zabiłaby mnie, a potem pochowała pod podłogą.

- Się wie- przytaknęła mi Klaudia i machnęła ręką lekceważąco w moją stronę.- Nie zmywaj, mama i tak po tobie poprawi, bo ona wszystko musi zrobić sama. Tylko wtedy jest dobrze.

- Dzięki za radę, mała.

Przechodząc przez korytarz, dobiegł mnie odgłos wibracji. Moje ciało oblało gorąco, gdy uświadomiłam sobie, że odkąd od dwóch godzin pilnowałam córki Jutki, zupełnie zapomniałam o telefonie. Moja komórka przez cały ten czas znajdowała się w torebce, którą zostawiłam na szafce przy drzwiach wyjściowych. Czym prędzej włożyłam talerze do zlewu w kuchni, a następnie rzuciłam się do przedpokoju, aby odebrać przychodzące połączenie.

Jeżeli to mama Klaudii właśnie dzwoniła z Zajazdu, żeby dowiedzieć się, jak sobie radzę z jej córką, a ja już wcześniej nie odbierałam, to z temperamentem Jutki mogłam się spodziewać, że lada moment zadzwoni na policję i poprosi o przybycie do jej mieszkania patrolu albo grupy antyterrorystycznej- o ile jakiś oddział służb mundurowych nie był już w drodze.

Gdy tylko wydobyłam z torebki swojego smartfona, nie fatygowałam się nawet, by odczytać, kto dzwoni, tylko od razu przycisnęłam zieloną słuchawkę.

- Halo?

- No nareszcie odebrałaś!- powiedział z wyrzutem męski głos, na co totalnie zdębiałam, spodziewając się raczej steku wyzwisk Jutki, niż dzwoniącego do mnie w sobotnie popołudnie faceta.

- Karolina, jesteś tam?

- Kto mówi?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie, aż nagle doznałam olśnienia.- Zygmunt!

- W rzeczy samej. Słuchaj, ktoś z moich znajomych musi mieć układy z moją matką, bo Rachela dowiedziała się, że widziano mnie ostatnio w okolicach Zajazdu z jakąś nową dziewczyną. Także ten, no… Mama oświadczyła mi, że powinienem swoją nową laskę przyprowadzić na kolację. Dzisiaj. Za godzinę. Wiem, że to trochę niespodziewane…

- …sorry, ale nigdzie się nie wybieram.

Po mojej stanowczej deklaracji, na drugim końcu linii zapadła cisza.

- A umowa?- rzucił chłodno Zygmunt po chwili.

-  Obiecałam ci pomóc, nie kłamałam. Mogę pójść na kolację z twoją rodziną, tylko nie dzisiaj. Pilnuję akurat córki znajomej i nie mam nikogo na swoje zastępstwo.

- Tylko tyle? Dziunia, takie problemy to ja od ręki załatwiam. Podaj mi swój adres, przypudruj nosek i za godzinę jestem.

- Karczmarczna siedem przez dwa. Zygi, nie zostawię dziecka samego…

- Powiedziałem, że to załatwię? No. Koniec biadolenia, za pół godzinki przyjeżdżam.

Obarski rozłączył się, a ja niechętnie wbiłam wzrok w ekran telefonu. Na siedem piekieł, co mam teraz robić?! Jutka przerobi mnie na mielonkę, jeżeli teraz, w połowie jej zmiany, powiadomię ją, że rezygnuję z roli opiekunki. Musiało istnieć jakieś inne wyjście…

- Kto dzwonił?

Spojrzałam w lewo. Klaudia opierała się o drzwi sypialni. Ręce skrzyżowała na brzuchu, a na twarz przywołała władczą minę.

- Taki jeden chłopak- westchnęłam, nie wiedząc, jak wytłumaczyć swoje obecne położenie.

- Uuuu…- zawyła dziewczynka radośnie.- Jakiś romansik wisi w powietrzu. Tylko miej się na baczności, faceci to same fujary, mięczaki i patałachy.

Uniosłam brew, nie do końca dowierzając, że właśnie usłyszałam takie słowa z ust dziecka. Klaudia najwyraźniej nie dostrzegała niczego niestosownego w swoim zachowaniu, więc mówiła dalej:

- To co, pojedziesz na tę randkę?

- Nie…- zaprzeczyłam natychmiast i nerwowo się roześmiałam.- Przecież nie możesz być sama w domu.

- Eee… gadanie. Jeżeli chcesz, to jedź się obściskiwać i po prostu wróć przed moją mamą. Ona przyjedzie dopiero po dwudziestej trzeciej, jeszcze NIGDY po nocnej zmianie nie była w mieszkaniu wcześniej. Nie mam czterech lat, poradzę sobie sama. Obiecuję nie ruszać zapałek, nie pić domestosa, nie oglądać filmów dla dorosłych w internecie, nie pić alkoholu z szafki pod telewizorem i…

- Ok.!- klasnęłam energicznie w ręce, chcąc przerwać dość dramatyczną wyliczankę Klaudii.- Postanowione, nikt nigdzie nie jedzie, wracamy do gry w Monopoly!

- Jak wolisz…

Dziewczynka naburmuszyła się, ale posłusznie zajęła swoje miejsce na łóżku tuż obok planszy z mapą miasta i po kwadransie zupełnie zapomniała o naszej rozmowie. Na powrót stała się radosna, dowcipna i żywiołowa, czego zdecydowanie nie szło powiedzieć o mnie.

Co za pech, że też tego wieczora Rachela dowiedziała się o moim istnieniu, a Obarski akurat dzisiaj wyskoczył z tą kolacją! Choć w zasadzie to na spotkanie z Zygmuntem z pewnością nigdy nie znalazłabym odpowiedniej pory, gdyby mężczyzna nie dysponował zdjęciami mojej siostry.

Czegokolwiek teraz bym nie zrobiła, i tak wyjdę na nieodpowiedzialną: albo nie dotrzymam przyrzeczenia danego Jutce, albo złamię umowę zawartą z Obarskim.

Szlag, szlag, szlag.

Po godzinie osiemnastej zadzwonił dzwonek do drzwi. Podskoczyłyśmy razem z Klaudią na łóżku, trącając przy tym kolanami planszę, co spowodowało, że pionki poprzewracały się i poturlały w różne strony.

- Czyżby twój ukochany jednak się zjawił…?- zapytała podekscytowana dziewczynka, a ja obojętnie wzruszyłam ramionami, maskując w ten sposób zdenerwowanie.

- Sprawdźmy to.

Przeczuwając, że słowa Klaudii okażą się prorocze, z duszą na ramieniu podreptałam do korytarza, odsunęłam zasuwę i niepewnie otworzyłam drzwi wejściowe mieszkania Jutki.

- Cześć kochanie!- przywitał mnie Zygmunt. Uśmiechnął się szeroko, po czym wskazał na rudą, mocno wymalowaną dziewczynę. stojącą obok niego.- Karolino, poznaj Samantę Paprocką, dziewczynę Karola, mojego brata.

- Siema, miło cię nareszcie spotkać, Zygi tyle dobrego o tobie opowiadał!- rzuciła ubrana w obcisłą mini nieznajoma, a następnie wyciągnęła do mnie rękę na powitanie. Uścisnęłam podaną mi dłoń i starając się nieudolnie przywołać jakikolwiek sympatyczny wyraz twarzy, zaprosiłam gości do środka.

- Proszę, wejdźcie do kuchni. Rozgośćcie się, siadajcie…

- Postoję- od razu odpowiedział Obarski, nonszalancko opierając się o framugę drzwi. Ręce wsadził do kieszeni spodni i zaciekawionym wzrokiem wodził po pomieszczeniu, uważnie lustrując każdy szczegół.

- Ja za to chętnie klapnę na momencik- zdecydowała Samanta, zajmując miejsce przy stole.

- Napijecie się czegoś…?- zaproponowałam niepewnie, stojąc po środku nieswojej kuchni i przypominając sobie przy okazji w myślach, w których szafkach Jutka trzymała kawę.

- Nie, dzięki. Rachela czeka na nas z posiłkiem, więc będziemy lecieć- zdecydował Zygmunt, jednocześnie patrząc na mnie wymownie.- Kochanie, wytłumacz proszę Samancie, co ma robić z córką twojej koleżanki i zmykamy.

- Co?

- Oj, nie dziw się tak moja droga, wbrew pozorom potrafię zająć się każdym dzieckiem- oznajmiła Samanta beztrosko. Po chwili namysłu dodała- Zresztą, co taki szkrab może zrobić? Będę trzymać go z dala od pornoli, alkoholu, dragów i domestosa, a przy okazji zagram w kilka gier. Nadaję się, no nie?

Paprocka rozłożyła ręce w geście niepewności, a jednocześnie z sypialni dobiegł mnie krzyk Klaudii:

- Dobrze gada!

Samanta rozpogodziła się, ciesząc się, że jej słowa uzyskały potwierdzenie, a ja desperacko spróbowałam po raz ostatni bronić się przed złamaniem słowa danego współpracownicy:

- Kiedy… ja nie mogę! Jutka mnie zabije!

- Mama o niczym się nie dowie- oznajmiła Klaudia, wpadając do kuchni z impetem, szturchając przy okazji Zygiego. Zbici z pantałyku, spojrzeliśmy na dziewczynkę, gdy tymczasem ona przytuliła się do Samanty. Paprocka oniemiała, ale po chwili oddała serdeczny uścisk.

- Ja i moja nowa ciocia na pewno będziemy się świetnie bawić- dodała przymilnie córka Jutki, uśmiechając się do mnie.

- Cudownie- mruknęłam pod nosem, a Obarski mi przytaknął.

- Wręcz idealnie. Nie traćmy zatem więcej czasu, zapiekanka Racheli na pewno już stygnie!

.

.

- Jesteś stuprocentowo przekonana, że wszystko pamiętasz?- zapytał Zygi, ostro skręcając w ulicę Krzywoustego i o milimetry mijając bocznym lusterkiem swojego mercedesa jeden z banerów reklamowych stojący przy drodze.

W myślach modliłam się, aby dojechać do rezydencji Obarskich zamiast do kostnicy czy na cmentarz, lecz chcąc nie chcąc, zmusiłam się do podzielenia swojej uwagi pomiędzy błaganiem Boga o życie a rozmowę z kierowcą:

- Nie jestem nawet w trzech procentach pewna, czy będę potrafiła powtórzyć to wszystko, co mi przed chwilą powiedziałeś- odparłam, opanowując szczękanie zębami. Kurczowo uchwyciłam się boków skórzanego siedzenia pasażera i przymknęłam oczy.- Co będzie, jeżeli twoja matka zacznie się czegoś domyślać? Obawiam się, że w stresie mogę nie wydać się zbyt przekonująca.

- Wtedy oboje mamy przejebane. Lepiej się postaraj- stwierdził lekko Zygi.- No, jesteśmy.

Mężczyzna zaparkował swoje auto na ulicy, niedaleko wysokiego płotu, ogradzającego jeden z największych domów w Małym Mieście: willę rodziny Obarskich.

- Nie wjeżdżasz do środka? Brama jest otwarta.

- Nie. Mam nadzieję, że nie zostaniemy zbyt długo. Myślę, że zdążę cię odwieźć, nim Klaudia zrobi coś Samancie.

- Chyba na odwrót…- wymamrotałam cicho i wysiadłam z samochodu. Zygmunt przybliżył się i chwycił mnie za rękę. Już chciałam wyrwać swoją dłoń z jego uścisku, ale mężczyzna powstrzymał mnie, posyłając mi zniewalający uśmiech:

- Coś nie tak, skarbie?

Przewróciłam oczami.

- Skądże- odparłam i sztucznie się uśmiechnęłam.- Miejmy to już za sobą… kochanie.

Obarski przytaknął, najwyraźniej zadowolony z tego, że pojęłam reguły tej pokręconej mistyfikacji, a następnie zaczął prowadzić mnie przez znajdujący się przed jego domem ogród, który częściowo osłaniał willę przed ciekawskim wzrokiem przechodniów. Wszystkie krzewy starannie przycięto, a kwiaty, choć lato chyliło się ku końcowi, kwitły w najlepsze.

Stanęliśmy przed potężnymi drzwiami wejściowymi. Zygi wolną ręką wyjął klucze ze swojej kieszeni i włożył je do zamka. Gdy mechanizm delikatnie ustąpił, jęknęłam, na co Obarski ścisnął mocniej moją dłoń i pokrzepiająco wyszeptał:

- Dasz radę.

Chociaż nienawidziłam stojącego obok mnie mężczyzny za to, że w ogóle musiałam znajdować się w tej chwili w tak krępującej sytuacji, to byłam mu wdzięczna za ten drobny gest sympatii.

Weszliśmy do środka i już w holu uderzył mnie przepych: elegancja domu Obarskich mogła konkurować jedynie z zamkiem Vincenta: w realnym świecie nigdy nie byłam w tak gustownie i bogato urządzonym miejscu.

Mnogość wszelkiego rodzaju ozdób przytłoczyła mnie, czego Zygmunt nie omieszkał zauważyć i skomentować zgryźliwym tonem:

- Hej, a gdzie ochy i achy na cześć mojego wypasionego lokum? Zazwyczaj laski mdleją w progu na widok tych wszystkich błyskotek.

- No proszę, w takim razie jakim cudem jeszcze stoję?- odcięłam się i nachyliłam, żeby zdjąć buty. Już prawie dotykałam sznurówek moich czarnych trampek, kiedy Zygmunt powstrzymał mnie:

- Daruj sobie te kurtuazyjne gesty, nie zdobędziesz nimi serca Racheli, która chodzi w szpilkach po domu.

Westchnęłam zniechęcona tym, że już po raz któryś- mimo dobrych intencji- moje zachowanie jest źle odbierane. Wyprostowałam się, a wtedy mój wzrok padł na obraz na końcu korytarza. Nie pytając o pozwolenie, podeszłam bliżej i przyjrzałam się kolażowi zdjęć czarnowłosej kobiety, prezentującej swoją urodę w różnych wymyślnych pozach, fryzurach oraz kreacjach.

- Czy to twoja mama?

- Taaa…- przyznał niechętnie Zygmunt, stając obok.- Wszyscy myślą, że Rachela jest moją starszą siostrą. Przez to, że urodziła mnie, mając szesnaście lat, nie ma między nami dużej różnicy wieku. Słuchaj dziunia, nie czas na pogaduszki, szopka pod tytułem „poznaj rodzinę Obarskich” nadal przed nami, nie ma co odwlekać tego momentu. Gotowa?

- Nie…

- Zatem chodźmy- powiedział Zygi, ignorując wyraźnie słyszalną w moim głosie niechęć i otworzył drzwi, prowadzące z korytarza do wnętrza domu.