>><<

Pragnę cię kochać, ale lepiej żebym cię nie dotykał.
Pragnę cię objąć, ale moje zmysły mówią mi, abym się powstrzymał.
Pragnę cię pocałować, ale pragnę tego zbyt bardzo.
Pragnę cię posmakować, ale…

>><<

.

Każde małe miasteczko ma swoich celebrytów, czyli ludzi, o których rozmawia się równie często, co narzeka na pogodę i brak zdrowia. Moja rodzinna miejscowość niczym pod tym względem nie odbiegała od wspomnianej reguły, a tematem plotek najczęściej stawali się Obarscy.

O ile Zygmunta dotychczas kojarzyłam dość słabo, to Rachela, jego matka, nie była mi obca, gdyż plasowała się na samym szczycie listy lokalnych gwiazd. Modelka, szczycąca się dość pokaźną fortuną, stanowczo wyróżniała się na tle szarej, średniozamożnej i przeciętnej społeczności Małego Miasta, do której się zaliczałam. W najgorszym koszmarze nie przypuszczałam, że będę zmuszona do poznania pani Obarskiej na stopie innej, niż oficjalna i wcale nie chodziło o to, że byłam w jakikolwiek sposób uprzedzona do matki Zygiego.

Poza zdenerwowaniem, czułam złość, wynikającą z faktu, że w żywe oczy naplotę różnych bzdur oraz nakłamię, a to wszystko, byle tylko zdobyć sympatię Racheli. Będę słodka, miła, sympatyczna, ale przede wszystkim fałszywa- w stosunku do kogoś, kto nie uczynił mi nic złego, a to stało w sprzeczności z moim kodeksem moralnym. Jednak wiedziałam, że zrobię cokolwiek w mojej mocy, byle tylko nareszcie przestano śledzić Klarę.

Cóż, o tym wszystkim zupełnie zapomniałam, gdy tylko przekroczyłam próg domu rodziny Obarskich. Kiedy tylko ja i Zygmunt opuściliśmy przedsionek, natknęliśmy się na Werszyckiego, poprawiającego krawat i kołnierzyk garnituru w salonie przed lustrem, zajmującym całą ścianę.

- Cześć Adam- przywitał się Zygi, niepewnie spoglądając na ojczyma.- Wychodzisz gdzieś? Wydawało mi się, że matka mówiła, iż zjesz kolację z nami.

- Dzień dobry- odezwałam się nieśmiało i dopiero wtedy Werszycki zwrócił na nas uwagę. Oderwał wzrok od swojego odbicia, uśmiechając się, ale jego twarz praktycznie nie zmieniła swojego wyrazu, co z pewnością wskazywało na przyjętą niedawno dawkę botoksu.

- O! Dziewczyna Zygmunta! Miło cię skarbie spotkać, ale obawiam się, że nie będziemy mieć zbyt wiele czasu na rozmowę. Przed chwilą dostałem telefon: za godzinę muszę być w Dużym Mieście, ponieważ gość, którego za kilka dni reprezentuję w sądzie, koniecznie chce się ze mną spotkać przed rozprawą, a jedynie dziś ma czas… Co za strata, że przez to przepadnie nam rodzinne spotkanie…

Adam Werszycki wydawał się szczerze zasmucony tym, że nie będzie go na wspólnym posiłku, czego nie szło powiedzieć o Racheli, która w trakcie mowy swojego kochanka, weszła do salonu. Obarska, ubrana w czarną, mocno opinającą jej ciało suknię, wykrzywiła w grymasie usta, pomalowane krwistoczerwoną szminką, ostro kontrastującą z jej bladą cerą.

- Czy ja wiem, czy to tak znów wielka szkoda…?- rzuciła pytanie w przestrzeń i spojrzała na mnie z niesmakiem.- Czy my się już gdzieś przypadkiem nie spotkałyśmy?

- Mamo, to jest Karolina. Moja… dziewczyna- przedstawił mnie Zygi, wymawiając ostatnie słowo przez zaciśnięte zęby.

- Widziałyśmy się wcześniej, ale może mnie Pani nie pamiętać, bo chyba nie rzucam się jakoś bardzo w oczy. Pracuję w Zajeździe pod Czerwonym Tulipanem, jako kelnerka, więc pewnie stamtąd mnie Pani kojarzy.

Obarska zamyśliła się. Podeszła do Werszyckiego, oparła się o jego ramię, a następnie roześmiała głośno i zwróciła twarz w kierunku Zygiego, w którym najwyraźniej nieźle się gotowało, sądząc po tym, jak czerwony się zrobił:

- Naprawdę sądziłeś, że się nabiorę? Myślisz, że przyprowadzisz mi tu pierwszą lepszą głupią gęś z ulicy, której zapłacisz za udawanie swojej dziewczyny, a ja powitam ją z otwartymi ramionami?- Rachela przeniosła wzrok na mnie.- A może pomyliłam się i kelnerowanie to tylko przykrywka dla pracy w najstarszym zawodzie świata? Mogłabyś przynajmniej za zarobione pieniądze kupić sobie jakieś lepsze ciuchy, bo w tych szmatach wyglądasz zupełnie jak reszta tutejszej biedoty.

Werszycki delikatnie, acz stanowczo strącił rękę kochanki ze swojego ramienia.

- Kotuś, nie uważasz, że przesadzasz…?

Obarska posłała mi zwycięskie spojrzenie, ale ja nie zamierzałam dać sobie w kaszę dmuchać. Może w Magicznym Świecie startowałam z niższej pozycji i nie zawsze mogłam robić, co chciałam, ale tu, w realnym życiu, nie czułam się ani trochę ograniczona lub gorsza:

- No co też Pani nie powie- syknęłam rozwścieczona, a Zygmunt, chcąc mnie pohamować, chwycił za moją rękę i mocno ją ścisnął. Natychmiast wyrwałam dłoń z uścisku i nie pozwalając się uciszyć, mówiłam dalej.- Sądziłam, że jest pani kobietą z klasą, ale chyba się pomyliłam, bo słowa które przed chwilą usłyszałam, równie dobrze mogłyby paść z ust smarkatej, zidiociałej nastolatki.

Obarskiej zrzedła mina, Zygi był bliski omdlenia, a Adam ledwo pohamował parsknięcie śmiechem.

- Cieszę się, że ocenia pani tak nisko kelnerki. Będę o tym pamiętać, gdy następnym razem przyjdzie pani do Zajazdu. Życzę smacznego, może być pani pewna, że napluję pani do zupy, a i z kucharką załatwię, że pani kotlet przed smażeniem obtoczony zostanie nie tylko bułką tartą.

Po ostatnich słowach wyszłam, nie żegnając się z nikim z zebranych.

Dla zwiększenia efektu dramatycznego chciałam trzasnąć drzwiami wyjściowymi, ale w ostatniej chwili powstrzymałam się- gdybym przypadkiem zbiła którąkolwiek z ozdobnych szybek, mogłam być pewna, że moja roczna pensja poszłaby na wypłatę dla szklarza w ramach zadośćuczynienia.

Dziarskim krokiem przeszłam przez podjazd, ale z każdym kolejnym przebytym metrem zwalniałam, gdyż docierało do mnie, cóż znowu najlepszego nawyrabiałam. Schrzaniłam wszystko, co tylko się dało. Nie dość, że obraziłam matkę Zygmunta, to jeszcze najprawdopodobniej restauracja pani Arlety, mojej szefowej, straciła właśnie swojego najlepszego klienta.

- Hej!

Z ponurych myśli wyrwał mnie okrzyk Zygiego. Odwróciłam się, by zobaczyć jak wybiega z domu i zmierza truchtem w moją stroną. Nie miał zachwyconej miny.

- Czego jeszcze chcesz?!- warknęłam, zakładając ręce na piersi w buntowniczym geście i szykując się w ten sposób do nadchodzącej kłótni oraz wymówek.

- Jak to czego? Odwiozę cię, z kolacji nici. Rachela i Adam jadą razem do Dużego Miasta, a po tej szopce, jaką odstawiłaś, chyba nie masz co dłużej szukać miejsca w moim domu. Przynajmniej nie dzisiaj.

- Moja noga więcej nie postanie w twojej willi, nie bój się: ani dziś, ani w ogóle kiedykolwiek więcej. Zresztą, to nie ja zaczęłam…!

- Do samochodu. Już- uciął rozmowę Zygmunt, a ja wzruszyłam ramionami. Jeżeli Obarskiemu tak bardzo zależało, żeby mnie odwieźć mnie z powrotem do Klaudii, to zupełnie mi ten pośpiech odpowiadał. W żadnym wypadku nie chciałam być w swojej skórze, gdyby przypadkiem Jutka wróciła wcześnie z pracy i zastała swoją córkę pod opieką jakiejś obcej kobiety.

Opadłam na przednie siedzenia pasażera, a Zygi odpalił silnik, który zamruczał cicho. Sądziłam, że przez całą drogę powrotną będę słyszeć tylko ten kojący dźwięk, lecz niestety pomyliłam się.

- Nie myśl sobie, że to koniec naszej umowy- wznowił rozmowę Obarski, gdy tylko skręciliśmy w pierwszy zakręt.

- Jak to?

- A tak to: jutro pójdziesz do biura Racheli i ją przeprosisz.

- W życiu- oświadczyłam stanowczo.- Nie wiem, czy zauważyłeś, ale twoja mamusia mnie obraziła. Mogę co najwyżej złożyć kondolencje Adamowi i tobie, że musicie na co dzień wytrzymywać z taką furiatką.

- Nie igraj z ogniem, bo się sparzysz- syknął Zygi złowieszczo, nie odrywając wzroku od drogi nawet w momencie, gdy nagle zabrzęczał jego telefon. Wyciągnął urządzenie z kieszeni, a nowego smsa odczytał w chwili, gdy na jednym ze skrzyżowań zapaliło się czerwone światło, zmuszające nas do chwili postoju.

Obarski wytrzeszczył oczy, czytając treść wiadomości, a następnie bez słowa komentarza podał mi swój smartfon:

Od Mama: Ups, chyba jednak ta dziewczyna nie była na niby. Prosta, ale harda i stanowcza, ktoś taki Ci się przyda. Powiedz tej Katarzynie, czy tam Karolinie, że jest zaproszona na niedzielny obiad.   

.

.

Już dawno nie obudziłam się z błogą świadomością dobrze spełnionego obowiązku- spełnionego kosztem nerwów i sprzeniewierzenia się własnym zasadom, ale jednak! W głowie nadal miałam wspomnienia pochodzące z realnego życia, choć moja świadomość przeniosła się już do Magicznego Świata.

Przed oczami na powrót stanęła mi twarz zszokowanego wiadomością od matki Zygmunta, a następnie umorusana czekoladą, uszczęśliwiona buzia Klaudii, gdy wróciłam wcześniej ze swojej „randki”.

Samanta wcale nie okazała się złą opiekunką. Biorąc pod uwagę, że zarówno córkę Jutki, jak i jej mieszkanie zastałam w jednym kawałku, mogłam wszem i wobec obwieścić, że dziewczyna Karola Obarskiego wykonała swoje zadanie w stu procentach.

No… może w dziewięćdziesięciu ośmiu.

Chyba niekoniecznie za pozytywny mogłam uznać fakt, że przywitałam obie dziewczyny wgapione w ekran komputera, na którym wyświetlała się strona plotkarskiego portalu pudelek.pl.

- Ej!- zaprotestowała gwałtownie Klaudia, gdy po odejściu Zygiego i Samanty, z trzaskiem zamknęłam laptopa.- Jeszcze nie skończyłam czytać dzisiejszych newsów!

Mimo moich perswazji, że wiedza o ciąży Kim Kardashian i kolejnej szalonej kreacji Lady Gagi z pewnością nie jest niezbędna do życia, to córka Jutka nie dała się przekonać moim argumentom. Dziewczynka naburmuszyła się, zwinęła w kłębek na swoim łóżku i zasnęła, co było mi bardzo na rękę. Dzięki temu mogłam spędzić wieczór rozkoszując się ciszą, aż do chwili, gdy nie wróciła mama Klaudii, co zgodnie z zapowiedzią nastąpiło po godzinie dwudziestej trzeciej.

Jutka próbowała mi wcisnąć do ręki zapłatę za pilnowanie jej córki, ale kategorycznie odmówiłam przyjęcia jakichkolwiek pieniędzy. Może moja sytuacja finansowa nie była różowa, ale dobrze wiedziałam, że kucharka też ledwo wiązała koniec z końcem- odkąd rozwiodła się, jedyne, co pozostało jej z małżeństwa, to mieszkanie na kredyt, dziecko i długi.

Gdy znalazłam się w domu, prędko położyłam się spać, może nawet szybciej niż wcześniej uczyniła to śmiertelnie obrażona Klaudia. Nie ma się jednak co dziwić: stęskniłam się za Magicznym Światem. A konkretniej, to za jednym z jego mieszkańców.

Po przebudzeniu przeciągnęłam się na łóżku, uśmiechając się przy tym szeroko na samą myśl o tym, że gdzieś pod dachem zamku jest ktoś, kto być może myśli o mnie w tej chwili, kto się o mnie martwi… ktoś, kto mnie kocha.

Zamruczałam z kocim zadowoleniem, a wtedy dość nieoczekiwanie wokół mnie nastąpiło poruszenie. Natychmiast otworzyłam oczy, a z twarzy zniknął mi uśmiech, gdy ujrzałam siedem kobiecych postaci, stojących wokół łóżka, wpatrzonych we mnie z nabożnym skupieniem.

- W czym mogę pomóc?- przywitałam się dość głupkowato.

Nieznajome, wystrojone od stóp do głów w suknie rodem z filmów o średniowiecznych europejskich dynastiach, energicznie zabrały się do pracy: ściągnęły ze mnie kołdrę, a następnie siłą zaczęły wyciągać z łóżka, nic nie tłumacząc i zacięcie milcząc.

- Hej, co wy do cholery wyrabiacie?!- wrzasnęłam, kiedy jedna z kobiet sięgnęła ręką do sznurowania mojej koszuli nocnej.- Umiem się rozebrać, ale nie mam zamiaru tego robić PRZY WAS!

Moje krzyki nie zrobiły specjalnego wrażenia na zebranych i odniosły efekt odwrotny do zamierzonego. Nieznajome spojrzały na siebie porozumiewawczo, a dwie z nich mocno chwyciły mnie za łokcie, aby ograniczyć moje rozpaczliwe ruchy.

- NIE!- wydarłam się z całej siły- ZOSTAWCIE MNIE!

Zaczęłam kopać i ostro szamotać się, na co zranione kobiety poczęły wydawać z siebie zlęknione dźwięki: jęki, piski i okrzyki, jednocześnie nieskutecznie oraz dość nieporadnie osłaniając się przed moimi ciosami.

Tymczasem drzwi od królewskiej komnaty niespodziewanie się otworzyły. Na widok wchodzącego Mattiasa, nieznajome natychmiast zostawiły mnie w spokoju. Chwytając za poły sukni, dystyngowanymi ruchami wykonały kilkakrotne dygnięcia.

- Witam szanowne damy- odezwał się wchodzący mężczyzna, kłaniając się grzecznie w pas. Widząc w królewskim kuzynie ostatnią deskę ratunku, podbiegłam do niego i nim zdążył się wyprostować, przylgnęłam do jego ciała, błagając:

- Zabierz te wariatki ode mnie.

Przez pokój przeszedł pomruk niezadowolenia, a Mattias odsunął mnie od siebie lekko, acz stanowczo:

- Nie powinienem tu teraz być. Nie dalej jako przed kilkoma minutami Król zakazał mi wtrącania się w to, co będzie z tobą robił.

- Widzisz tu gdzieś Vincenta? Nie? No to śmiało możesz wkraczać do akcji.

- Kapturku, ufam, że nie dzieje się tu nic zdrożnego, przecież te piękności, który przybyły dziś razem z księżną Ivonne, to jej najznakomitsze, cnotliwe służki…- powiedział głośno Mattias, przez co kobiety spłonęły rumieńcami i uśmiechnęły się, zalotnie spuszczając wzrok. Królewski kuzyn, wykorzystując chwilę ich nieuwagi, szeptem dodał kilka słów, przeznaczonych wyłącznie dla moich uszu.- Uważaj na te suki.

Mężczyzna mrugnął do mnie, a następnie z udawaną grzecznością zwrócił się ponownie do służących Ivonne:

- Najdroższe, czy zechciałybyście zostawić Kapturka samego? Dziewczyna nie jest przyzwyczajona do tego, aby jej usługiwano, stąd te wszystkie niepotrzebne komplikacje, jakie miały miejsce przed chwilą.

- Wybacz nam, panie, ale otrzymałyśmy rozkaz od miłościwie nam panującego Króla Vincenta, aby przygotować tę tutaj- tu jedna z dwórek, obrzuciła mnie niechętnym spojrzeniem- do balu powitalnego.

Mattias zmarszczył brwi, zastanawiając się nad czymś, a jego mina nie zdradzała niczego dobrego.

- O co chodzi? Przecież wcale się nie wpraszałam na jakieś zamkowe imprezy…

- Otóż to- odparł niechętnie na moje marudzenie królewski kuzyn.- Czarny Kapturek NIGDY nie był na oficjalnym przyjęciu wydawanym przez Króla. Pewnym osobom może się to nie spodobać…

Chociaż ostatnie zdanie zostało wypowiedziane dużo ciszej, to i tak zwróciło uwagę jednej ze służących stojących najbliżej nas, która natychmiast zdecydowała się przytaknąć Mattiasowi, przyjmując wyniosły ton:

- Zgadzam się z tobą, diuku. Uważam, że wyrzutki nie powinny mieć wstępu na bale. To niedopuszczalne, aby porządni obywatele musieli przebywać na jednej sali z hołotą.

- Hołotą…?- warknęłam nieprzyjaźnie i bardzo chętnie przeszłabym do kolejnych rękoczynów, gdyby Mattias nie objął mnie stanowczo ramieniem, hamując moje wojownicze zapędy.

- Dajmy pokój tym dyskusjom… Panie, rozumiem, że rozkaz Króla jest dla was najważniejszy, ale jako jego namiestnik mam prawo nieco zmodyfikować polecenie Vincenta. Niechże Czarny Kapturek sam ogarnie swoją garderobę, a wy, moje drogie, wróćcie za chwilę, aby uczesać to biedne dziewczę- Mattias zerknął na moje skołtunione po śnie włosy.- Najwyższa pora, aby ktoś z tego kukułczego gniazda wyczarował jakąś seksowną fryzurę, bo jeszcze trochę, a w tych kudłach zagnieżdżą się jaskół….

Królewski kuzyn nie dokończył swojej wypowiedzi, gdyż uznałam za stosowne w zamian z otrzymany komplement wtrącić się i wyładować pokłady negatywnych emocji jednym, celnym uderzeniem łokcia w męski bok.

.

.

Wkraczając do zamkowej sali balowej czułam się dość nietypowo. Choć dwórki księżnej Ivonne chichotały co chwilę nerwowo, czując na sobie spojrzenie zaproszonych gości i filuternie przewracały oczami, to starałam się być oazą spokoju- cytując internetowego anonima: pierdolonym kurwa, zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu na zajebiście spokojnej tafli jebanego jeziora!

Na zewnątrz nie okazywałam całej gamy emocji, kotłujących się wewnątrz mnie. Szłam przez korytarze z dumnie uniesioną głową, ubrana w suknię, którą na dworze Guiliano podarował mi Vincent. Służki Ivonne wpięły mi we włosy jakąś bajecznie drogą biżuterię, ale jak już zdążyłam się zorientować: ich szyje i fryzury zdobiły jeszcze cenniejsze jubilerskie okazy.

Jednocześnie nieoczekiwany zbytek, jakim mnie otoczono, podziałał przytłaczająco. Mattias miał rację: Czarny Kapturek z pewnością nie był nigdy wcześniej na królewskim balu, gdyż moje pojawienie się wywołało poruszenie na sali. W chwili, gdy jedna z kościstych księżnych, ubrana od stóp do głów w jakieś misterne koronki, obrzuciła mnie złośliwym spojrzeniem- po raz pierwszy podziękowałam Bogu za to, że Vincent powierzył mnie opiece dwórek Ivonne, gdyż w ich towarzystwie nie czułam się jak totalny wyrzutek.

Nie przeszkadzało mi to, że służki starały się mnie ignorować i raczej nie odzywały się, rzucając jedynie od czasu do czasu w moją stroną teksty typu „w lewo” lub „wyprostuj się”. Kobietom nie przypadł do gustu fakt, że musiały opiekować się mną, uznając to za wielką ujmę na swoim honorze. Odetchnęły więc z ulgą, gdy herold obwieścił nadejście Króla, przez co nastąpiło jeszcze większe zamieszanie. Goście powstali od stołów po brzegi zastawionych półmiskami z jedzeniem, by czym prędzej ustawić się w szpaler po obu stronach dywanu, prowadzącego do podwyższenia, na którym znajdował się tron Vincenta oraz miejsca dla ważniejszych gości.

Orkiestra zaczęła grać, a z trąb odezwały się fanfary. Ludzie bez pardonu przepychali się do pierwszych rzędów, by mieć lepszy widok na drzwi wejściowe. Pilnując, aby mnie nie stratowano, oderwałam się od służek Iwonne i stanęłam nieco z tyłu. Żołądek skręcił mi się na myśl, że być może za chwilę Vincent wparuje na salę z Gaelem pod rękę…

Na szczęście przy moim boku nieoczekiwanie pojawił się Mattias.

- Zjawiasz się w idealnym momencie- powitałam go z ulgą, ale on przyłożył sobie palec do ust, nakazując mi milczenie.

- Nie mogę zostać, mam absolutny zakaz widywania się z tobą…

-…i właśnie dlatego teraz rozmawiamy, bo?…

- …bo chciałem ci udzielić kilku wskazówek. Nie gadaj z zebraną tu zgrają rozpróżniaczonych dziwaków i nie bierz do siebie tego, co usłyszysz. Słowa tną ostrzej niż miecze i ścinają z nóg lepiej jak wódka. Cholera, Vincent idzie…

Mattias zmieszał się na widok swojego kuzyna, który jednak nie dostrzegł naszej dwójki. Król miał wzrok skierowany przed siebie, głowę dumnie uniesioną, a ciało napięte niczym łuk, gdy kroczył środkiem sali balowej, podtrzymując swym ramieniem księżną Ivonne.

Odetchnęłam z ulgą, ale tylko na chwilę, ponieważ zarejestrowałam, że tuż za najważniejszą parą tego wieczoru, w pewnej odległości, szedł książę Tergotu w towarzystwie jakiejś kobiety.

- To siostra Gaela, Margo- objaśnił Mattias, podążając za moim wzrokiem.- równie sympatyczna, co jej nadęty brat. Choć jej balony są…

- Nie powinieneś już iść?

Królewski kuzyn przyznał mi rację. Czym prędzej wmieszał się w tłum, przez co zniknął równie nieoczekiwanie, jak wcześniej się pojawił. Natychmiast poczułam się mniej pewnie i pożałowałam, że tak szybko przegnałam mężczyznę. Zawsze lepiej było mieć obok siebie kogoś życzliwego, gdy zostało się otoczonym przez stado harpii.

Zdecydowałam się wrócić do towarzystwa dwórek Ivonne, zajmujących w tej chwili miejsca przy jednym ze stołów, ustawionych niedaleko podestu. Kierując się w tamtą stronę, zerknęłam na Króla.

Vincent uśmiechał się szeroko i najwyraźniej opowiadał coś zabawnego Ivonne, zasiadającej po jego lewej stronie. Księżna także wyglądała na rozbawioną, a rumieńce na jej twarzy oraz kokieteryjne spojrzenia, jakie posyłała Królowi, tylko potwierdzały wcześniejsze słowa Mattiasa o tym, że kobieta pragnie, aby Władca Magicznego Świata zwrócił na nią większą uwagę.

Poczułam lekkie ukłucie zazdrości, ale wcale nie z tego powodu, że dostrzegłam w Ivonne konkurentkę. Nic z tych rzeczy! Chodziło raczej o to, że… Vincent wyglądał na szczęśliwego. Zadowolonego. Kiedy był ze mną, czas mijał nam raczej na wiecznych kłótniach, a nie na wspólnych rozmowach lub śmianiu się.

Humor doszczętnie popsuła mi także obecność Gaela, zajmującego miejsce po drugiej stronie Króla, choć książę Tergotu wydawał się podzielać moje uczucia: siedział sztywno i ponurym wzrokiem wodził po sylwetkach zebranych gości. Bojąc się spotkania naszych spojrzeń, spuściłam głowę, a gdy tylko usiadłam w towarzystwie dwórek, zabrałam się do jedzenia. Drobno kroiłam każdy kawałek warzyw na talerzu, usiłując czymkolwiek zając swoje ręce.

.

.

Tymczasem Mattias obserwował wszystkich zebranych na balu z górnej, zamkniętej dla gości galerii. Miał dziwne przeczucie, że coś pójdzie tej nocy nie tak, że wydarzy się coś niedobrego, czemu nie można zapobiec.

Denerwował się, a do tego od rana nie pił. No, w każdym razie nie tyle, co zwykle, więc nie mógł mieć zwidów, ani halucynacji.

Nagle, dość niespodziewanie dołączył do królewskiego kuzyna Kalagar. Mężczyzna wzdrygnął się na widok demona.

- Witaj, przyjacielu…- mruknął niechętnie, na co jaszczur zarechotał.

- Cóż za zaskoczenie widzieć cię tutaj, mój druhu! Dlaczegóż to najbardziej towarzyski człowiek na tej sali ukrywa się przed gośćmi? Czyżby ktoś tu miał karę…?

- Ty już dobrze wiesz, co w trawie piszczy. Król jest wściekły za tę historię z parawanem i czerwoną krwią, więc mam mu zniknąć z oczu, a do tego nie mieszać się do spraw Czarnego Kapturka.

Kalagar zbliżył się do Mattiasa i oparł się o balustradę tuż obok niego. Przez chwilę ze znudzeniem przyglądał się jedzącym kolację gościom, aż utkwił swój wzrok w jednej postaci, siedzącej niedaleko podwyższenia. Skwasił się.

- Co ONA tu robi?

- Vincent nakazał dwórkom Ivonne wystroić ją i przyprowadzić na zabawę. Wydaje mi się, że chce przekonać do niej innych poddanych, aby w razie czego jego romans z tą dziewczyną nikogo nie oburzył.

- Hm… A czy oni już przypadkiem ze sobą nie sypiają? Obaj przecież znamy Króla i wiemy, że chociaż zaręczony jest z Gaelem, to jego upodobania co do płci są raczej niesprecyzowane…

- Taaa… Żeby życie miało smaczek, raz dziewczynka, raz chłopaczek, wiem- przytaknął niechętnie Mattias.- Ale póki co, mojemu kuzynowi nie udało się uwieść Karoliny. Gołym okiem widać, że jej pożąda, ale coś go powstrzymuje. Spójrz, nawet teraz, chociaż Vincent znajduje się między młotem o imieniu Ivonne a kowadłem tytułującym się księciem Tergotu, to cały czas zerka w JEJ stronę.

.

Siedziałam samotnie przy stole, czując dziwną ociężałość. Kolacja zakończyła się, a muzykanci nastroili swoje instrumenty i zaczęli grać, przez co parkiet zapełnił się tańczącymi parami.

W tym czasie coś niedobrego działo się z moim ciałem. Pot wstąpił mi na czoło, a soki żołądkowe zdawały się niepokojąco bulgotać. Gotować. Parzyć.

Nieprzytomnym wzrokiem spojrzałam na bawiący się tłum. Goście zasłonili podest ze stołem, przy którym siedział Król, więc Vincent raczej nie mógł dojrzeć mojej druzgocącej porażki towarzyskiej. To dość głupie, ale chociaż czułam się źle, w głowie miałam nieuzasadnione pretensje do siebie i całego świata, że nie zostałam poproszona do tańca, przez co teraz siedziałam samotnie przy stole.

Wzięłam kilka głębszych oddechów, ale niewiele pomogły: „coś” wypalało mnie od wewnątrz. Nigdy wcześniej nie czułam się tak źle: psychicznie i fizycznie. Zerknęłam na niedojedzone warzywa na moim talerzu, a w moim umyśle zakiełkowało podejrzenie: czyżby coś trującego było w porcji przeznaczonej dla mnie? To przecież niemożliwe… na zamku wszystkie potrawy dokładnie kontrolowano.

Niestety, przeczył temu mój stan. Potrafiłam rozpoznać u siebie zatrucie pokarmowe, a wszystkie obecne objawy wskazywały na coś znacznie gorszego. Drżąc na całym ciele, wstałam i skierowałam się do wyjścia. Ktoś w tym zamku najwyraźniej nie chciał, abym żyła, toteż zdecydowałam się opuścić budynek.

Potrzebowałam pomocy.

Natychmiast.

.

.

.

Cytat: Alice Cooper Poison.

Kilka słów ode mnie: NARESZCIE ŚWIĘTA:)! Mam nadzieję, że w trakcie ich trwania zamiast zajmować się studiami i pracą, nareszcie zasiądę do blogów- trzymajcie za to kciuki. Nowy post dopiero w Nowym Roku, więc już dziś życzę Wam wszystkiego dobrego- z okazji 24 i 31- Odpoczywajcie, jedzcie, módlcie się i kochajcie:D

PS. Dziękuję pierwszym trzem Paniom za komentarze pod rozdziałem, postaram się na nie odpisać jak najszybciej.