>><<

W owym momencie gotów był zabić każdego, kto dotknąłby tej dziewczyny, kto by spróbował domagać się jej, odebrać mu ją. Pragnął mieć ją na własność tak dziko, jak skąpiec pragnie mieć złote monety, tak chciwie, jak rolnik pragnie mieć własną ziemię.

Nic nie mogło powstrzymać go od zdobycia na własność tej dziewczyny, od posiadania jej, zamknięcia jej w domu i trzymania tam uwięzionej tylko dla siebie. Nie chciał, żeby ktokolwiek bodaj ją widział.

>><<

.

Przemykając zwinnie między gośćmi, udało mi się niepostrzeżenie opuścić zamek. Mimo, że potrąciłam niechcący kilka osób, moje wyjście nie wywarło na nikim większego wrażenia. Wybiegając z królewskich ogrodów do lasu Pagitty, byłam pewna, że nikt za mną nie podąża. Nie obawiałam się, że mógł zatrzymać mnie lub śledzić ktoś ze służby albo gości- drżałam jedynie przed tym, by nie kierował się za mną truciciel. Mój morderca.

Zmusiłam się do biegu, ale z każdym kolejnym przebytym metrem żołądek coraz bardziej mi dokuczał- piekący ból, trawiący wnętrzności, spowalniał mnie. Jednocześnie miałam świadomość, że jeżeli nie uda mi się dotrzeć do Perpetuy… będzie ze mną źle. Była Królowa, choć okaleczona i bez magii, nadal znała różne zaklęcia i magiczne mikstury, z pewnością mogące mi pomóc. Musiałam tylko przekonać babkę Vincenta, że jeśli nie wyleczy mnie, to zginę, a na świat nigdy nie przyjdzie jej wnuczka Liwia, co z pewnością zadowoli jej wrogów, Ruch Błękitnych.

Nagle moje nogi zadrżały, a silne drgawki owładnęły całym ciałem. Osunęłam się na klęczki i poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy.

- Nie…- jęknęłam, szczękając przy tym zębami.- To nie może się tak skończyć…

Zacisnęłam dłonie w pięści i spróbowałam się podnieść, ale siły opuściły mnie całkowicie. Jednocześnie kątem oka dostrzegłam, jak leśną ściółkę zaczyna pokrywać szron, co oznaczało tylko jedno: za chwilę zjawi się Pagitta.

Moje przeczucie nie zwiodło mnie: duch dziewczyny ukazał się na dużej, płaskiej skale nieopodal i przybierając nonszalancką, półleżącą pozę, zaczął mi się przypatrywać.

- Czego chcesz?- mruknęłam niegrzecznie, za wszelką cenę próbując opanować drgawki. Najwyraźniej udawanie zdrowej zupełnie mi nie wychodziło, gdyż Pagitta w mig oceniła mój godny pożałowania stan i krytycznie stwierdziła:

- Umierasz.

Nie odpowiedziałam, ponieważ kolejny skurcz sprawił, że zgięłam się w pół. Pojękując, ułożyłam się w pozycji embrionalnej na ziemi i przymknęłam oczy, by przygotować się na nadchodzący koniec.

- Zresztą… wszyscy umierają- stwierdził lekko duch, a następnie usłyszałam, jak dziewczyna zeskakuje ze skały i zbliża się do mnie.- Jedni umierają szybciej, inni później… I wiesz co? Ty umrzesz później.

Po tej stanowczej deklaracji, Pagitta gwałtownie przewróciła mnie na plecy, potęgując mój ból, po czym bez jakichkolwiek wyjaśnień czy próśb o pozwolenie, obie swoje ręce położyła na moim brzuchu.

W tym samym czasie na wskroś przeszył mnie prąd: elektryczna iskra, sprawiająca, że wygięłam się w łuk i krzyknęłam. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie wrzeszczałam tak głośno, a mój głos przypominał skrzek brutalnie zarzynanego zwierzęcia.

„Ona mnie zabije!”- przemknęło mi przez głowę, ale sytuacja znowu uległa diametralnej zmianie: zamiast gorąca, z wnętrza mojego brzucha zaczął promieniować przyjemny chłód, jaki stopniowo wraz z krwią żyłami podążył do każdego fragmentu mojego ciała.

Spostrzegłam, że nie tylko ze mną działy się dziwne rzeczy. Źrenice Pagitty zniknęły, przez co jej oczy groźnie świeciły mlecznymi, pustymi białkami, a cała postura ducha promieniowała jakimś jasnoniebieskim, nadnaturalnym blaskiem. Otoczenie także zaczęło się zmieniać. Niebo rozjaśniło się, jak gdyby nastał dzień, a tuż obok mnie w przyspieszonym tempie przemieszczali się ludzie odziane w czarne płaszcze.

Kiedy ból całkowicie ustał, a w całym moim ciele orzeźwiające zimno pojawiło się w zamian uporczywego gorąca, Pagitta oderwała ręce od mego brzucha.

- Proszę- powiedziała dziewczyna, wracając do swojej normalnej, oczywiście jak na ducha, postaci.- Jeżeli niczego nie sknocisz, masz teraz okazję dożyć momentu urodzenia Liwii.

Powoli, niepewnymi ruchami, podniosłam się z ziemi. Podświadomie oczekiwałam, że ból ponownie odezwie się i zwali mnie z nóg, ale nic takiego się nie wydarzyło.

- Dziękuję- powiedziałam szczerze, patrząc duchowi w oczy, ale nie omieszkałam podzielić się też swoimi wątpliwościami.- Dlaczego mi pomogłaś? Przecież ty i Fatma nie chcecie, abym w przyszłości urodziła Vincentowi dziecko. Moja śmierć powinna być wam na rękę.

Pagitta uśmiechnęła się przebiegle.

- Może po prostu cię lubię i chciałam ci bezinteresownie pomóc?

- Uważaj, bo jeszcze uwierzę. Jesteśmy w Magicznym Świecie, tu nikt nie robi czegokolwiek z dobrego serca.

- Bystra dziewczynka- pochwalił mnie duch, przeciągając się leniwie.- Jednak powoli zaczynasz przyzwyczajać się do tutejszych zwyczajów. Cóż… Niech będzie, że w nagrodę za twoje postępy w nauce zdradzę ci, że nie bardzo zależy mi na twojej śmierci. Korzystniej dla mnie będzie, jeżeli twój bachor w przyszłości zniszczy Magiczny Świat: wtedy wszyscy żyjący tu ludzie zginą, a ich dusze przejdą na drugą stronę… po której rządzę… ja!

Pagitta zaśmiała się głośno, ucieszona treścią swoich słów jak małe dziecko, które zjadło całą tabliczkę czekolady.

- Czekaj, czekaj… Po co w takim razie pomagasz Fatmie, skoro nie chcesz zguby Margolettich?-myślałam na głos.- Sojusz z nią musi dawać ci jakieś profity…. ale jakie?

- Mogłabym odpowiedzieć ci, że ją lubię, ale to chyba cię nie zadowoli, co?

Pagitta zerwała się ze skały i zamieniając się w podmuch wiatru, okręciła mnie kilkakrotnie tak, że zawirowało mi w głowie, a w mych uszach ponownie zadudnił jej śmiech.

- Przestań!- krzyknęłam przestraszona i duch, o dziwo, posłuchał mnie. Dziewczyna znowu przybrała swoją ludzką postać. Materializując się naprzeciwko mnie, złączyła ręce za plecami, a następnie wyszeptała poważnym, niskim głosem:

- Fatma musi dojść do władzy, aby mój plan się powiódł. Jest to tak samo ważne, jak to, byś urodziła Liwię. Wybacz dziewczynko, ale jesteś tylko pionkiem w grze, której stawki jeszcze nie znasz, toteż na dziś wystarczy ci wiadomości. Wracaj teraz do zamku, odkąd opuściłaś bal minęło już ponad osiem godzin. Wszyscy myślą, że ponownie uciekłaś, więc Czarne Kaptury przeczesują las oraz miasto, aby cię znaleźć. Zresztą, kilku z nich minęło nas, ale działo się to tak szybko, że pewnie nie spostrzegłaś ich obecności.- Pagitta uśmiechnęła się z mściwą satysfakcją i nim rozpłynęła się w powietrzu, dodała cicho.- Vincent jest wściekły.

- Też mi nowość- mruknęłam pod nosem, zostając sama w lesie. Szron zniknął z leśnego podłoża, a powietrze rozrzedziło się. Wykonałam odwrót na pięcie, chcąc zgodnie z zaleceniem ducha odejść w kierunku zamku, ale w ten sposób stanęłam oko w oko z pieszym oddziałem straży zamkowej.

- Witaj ptaszku- przywitał się ze mną odziany w czarną pelerynę mężczyzna, uśmiechając się obleśnie.- To co, gotowa powrócić do klatki?

- A mam inne wyjście?

- Nie sądzę- odparł drugi z królewskich strażników, wykręcając mi ręce do tyłu i zmuszając do marszu.

.

.

- Nareszcie jesteśmy!- odetchnęłam z ulgą, gdy w otoczeniu straży weszłam do zamku.- Chyba krew całkowicie odpłynęła mi z dłoni, w ogóle nie czuję swoich palców!

- Szkoda, że to język ci nie zdrętwiał. Czy ty się kiedykolwiek zamykasz? Kłapiesz tą gębą tak często, że na miejscu Króla już dawno bym cię wykopał na zbity pysk, a skoro sama chcesz odejść, z pewnością w życiu nie wydałbym rozkazu odnalezienia cię- marudził jeden z mężczyzn, który znalazł mnie w lesie. Miał zresztą do tego pełne prawo: ponieważ droga powrotna nudziła mnie, opowiadałam strażnikowi o moich obecnych problemach z Zygim i rodziną Obarskich. Członek oddziału Czarnych Kapturów absolutnie nie rozumiał moich słów, ale nie przeszkadzało mi to. Chciałam się po prostu wygadać, a ktoś, kto by mnie przynajmniej posłuchał, był na wagę złota.

Mowę odebrało mi dopiero, gdy zamiast do królewskiej wieży, straże poprowadziły mnie schodami w dół, jak mi wyjaśniono: prosto do zamkowych lochów. Pod ziemią nie było okien, witraży, ani innych źródeł światła, toteż wąskie korytarze oświetlały jedynie pochodnie, przytwierdzone u sufitu. Gołe ściany w tych półciemnościach sprawiały dość przerażające wrażenie.

Zatrzymaliśmy się przed jednymi z drzwi i mężczyźni spojrzeli na siebie z niepokojem.

- To co, który z nas ośmieli się zakłócić królewski spokój?- zapytał jeden, na co drugi wzdrygnął się.

- Niech będzie, że dziś to ty pukasz, a ja mówię. Jednak pamiętaj, że następnym razem robimy na odwrót.

- Jak dzieci- prychnęłam, chcąc odwrócić w ten sposób swoją uwagę od strachu, jaki mną zawładnął na myśl o tym, co mnie czekało.

Czarne Kaptury zrobiły, tak jak ustaliły i wprowadziły mnie do ciemnego pomieszczenia. Ulżyło mi, że w środku nie było brudnej celi z łańcuchami lub jakimiś przyrządami tortur, a najzwyczajniejszy w świecie pokój. Wewnątrz znajdowały się sterty poduszek, szafy, kominek, stolik i… jeden fotel.

Na którym oczywiście siedział Vincent.

- Panie- odezwały się straże, kłaniając się, a następnie salutując.- znaleźliśmy ją.

Mężczyźni nareszcie mnie puścili i delikatnie wypchnęli przed siebie, jakbym miała ich osłonić przed Królem, którego mina daleka była od zadowolenia.

Vincent założył nogę na nogę, a dłonie zacisnął na ozdobnych, drewnianych poręczach swojego fotela tak mocno, że jego palce zbielały.

- Co… tak… długo?- wysyczał władca Magicznego Świata, dokładnie akcentując każde słowo.

- Panie, robiliśmy, co w naszej mocy…

- ZAMKNĄĆ SIĘ!- ryknął z furią Vincent, zrywając się gwałtownie z miejsca.- Wy nędzne, zapchlone kurwy… Nie jesteście godni, by nazywać się Czarnymi Kapturami. To elitarna jednostka, w której nie ma miejsca na niekompetencje, a każde wykroczenie karane jest batami: bólem i jękiem, mającym wykorzenić z was nieudacznictwo. Skoro nie potraficie odnaleźć jednej, bezbronnej dziewki…

- W zasadzie, to w przeciwieństwie do innych, oni jako jedyni mnie znaleźli- ośmieliłam się wtrącić, widząc blade twarze strażników, ale popełniłam poważny błąd, gdyż wbrew moim zamiarom Król nie złagodniał, za to skupił swoją uwagę i złość na mnie:

- MILCZ! Bądź cicho, jeśli życie ci miłe- warknął.- I ty otrzymasz baty, za swoje postępowanie. A wy…- Vincent po raz kolejny zwrócił się do strażników.-…zgłoście się do Itala. Przekażcie mu, że ma wymierzyć wam po czterdzieści ciosów. Reszta jednostki niech otrzyma dwa razy tyle. A teraz… zejdźcie mi z oczu.

- Tak, Panie- chórem odpowiedzieli mężczyźni i owijając się szczelnie swoimi płaszczami, szybko opuścili pomieszczenie. Razem z Vincentem odprowadziliśmy ich wzrokiem, a gdy zostaliśmy sami, miałam ochotę zacząć płakać.

Bałam się.

Król zauważył to i zmarszczył czoło. Przybliżył się do mnie, a ja nie cofnęłam się przed nim, ponieważ wiedziałam, że nie mam dokąd uciec.

- Wystraszyłem cię? Drżysz…

- Nigdy nie dostałam batów, więc chyba nie ma się co dziwić, że się trochę… obawiam…- wyszeptałam, spuszczając wzrok.

Vincent postąpił o krok do przodu i ujął moją twarz w dłonie, zmuszając mnie do spojrzenia na niego. Jednocześnie jego ruchy były na tyle delikatne, że nie wskazywały na to, aby był na mnie zły, co mnie uspokoiło. Po chwili jednak ponownie zmieniłam swoje nastawienie: co, jeżeli Król chciał jedynie uśpić moją czujność, by za chwilę uderzyć? Mogłam spodziewać się wszystkiego, bo Vincent zdecydowanie nie należał do przewidywalnych osób.

- Dlaczego mnie krzywdzisz?- spytał nagle Król.

- Ja… ciebie?

- A myślisz, że twoja ucieczka mnie nie zabolała?

- Kiedy…

- Nie przerywaj mi proszę, nie tłumacz się. Rozumiem, że jesteś młoda, przez co bierzesz pewne sprawy bardzo osobiście i reagujesz na nie żywiołowo. Domyślam się, że nie spodobało ci się, że na balu musiałaś siedzieć z dwórkami Ivonne, podczas gdy ja zająłem miejsce tuż obok księżnej i… Gaela. Jednak to nie powód, by uciekać. Karolino, kocham cię. Kocham cię, słyszysz? Kiedy to do ciebie dotrze? To z tobą chcę być, ale potrzebuję czasu, aby uregulować pewne sprawy na dworze. Nie mogę nagle zerwać zaręczyn dla Czarnego Kapturka, bo moi poddani uznają, że zwariowałem. Z dwojga złego ludzie wolą sojusz z Tergotem, niż mój nic nie warty politycznie romans…

Vincent zamilkł, a ja powoli chwyciłam jego nadgarstki i delikatnie oderwałam je od swojej twarzy. Król śledził moje ruchy bez słowa. Nie powiedział nic, nawet kiedy jego dłonie przeniosłam na swoje biodra, a sama uchwyciłam go po obu stronach głowy, aby pochylić go ku sobie jeszcze bardziej.

Delikatnie przechylając twarz w lewo, zamknęłam oczy, odnalazłam usta Vincenta i złożyłam na nich czuły pocałunek.

Król był na tyle zaskoczony, że nie wykonał żadnego gestu ze swojej strony, ale nie przejmowałam się tym, gdyż już od dłuższego czasu chciałam zrobić to, na co właśnie się zdobyłam.

- Poczekaj- przerwał mi Vincent, łapiąc gwałtownie oddech. Stanowczo mnie od siebie odepchnął, co mnie zasmuciło, ale i zaniepokoiło:

- Coś nie tak…?

- Dlaczego… Dlaczego mnie całujesz? Przecież uciekłaś…

Król, mimo tego, że miał już trzydzieści sześć lat, wyglądał w tej chwili tak bezbronnie, jak pięcioletni chłopiec, co mnie niezmiernie rozczuliło. Uśmiechnęłam się i odparłam zadziornie:

- Głupi jesteś.

- Karolina, to nie jest pora na żarty. Zostawiłaś mnie, a teraz udajesz, że nic się nie stało?

- Przepraszam. Po prostu bawi mnie fakt, że tak usilnie zapewniasz o swoich uczuciach, równocześnie nie wierząc w moje. Przecież ja też cię kocham, tylko jakoś o tym zapominasz. Przypomnę ci więc, że za pierwszym razem uciekłam tylko dlatego, że mnie zraniłeś, ukrywając swój związek z Gaelem.

- Zatem cóż złego zrobiłem teraz?

- W tym sęk, że nic. Za to ktoś inny nie próżnował i próbował mnie otruć. Uciekłam, bo potrzebowałam pomocy.

- Mów jaśniej- zirytował się Vincent.- Gdzie byłaś przez ostatnie osiem godzin?

Nie spodobał mi się wyniosły ton Króla, ale zdecydowałam się zignorować jego gburowate zachowanie i wyjaśnić całą sytuację:

- Kiedy na balu zaczęły się tańce, poczułam się źle. Zaczął mnie boleć żołądek i odniosłam wrażenie, że coś wypala mi wnętrzności, dlatego…

- Nie mogłaś mi powiedzieć, że dzieje się coś niepokojącego?- spytał chłodno Vincent, a ja pokręciłam przecząco głową.

- Nie. Dosadnie wyjaśniłeś mi kiedyś, że pochodzimy z różnych stanów, więc nie śmiałam ci się narzucać w trakcie ważnej uroczystości i uznałam, że uda mi się dotrzeć do Perpetuy, nim poczuję się jeszcze gorzej…

- …i naprawdę myślałaś, że moja babka ci pomoże?- prychnął Król.- Kapturku, obudź się, bo bujasz w obłokach. Perpetua z zimną krwią mordowała niemowlęta na rękach matek, więc czemu miałaby cię uleczyć, skoro ostatnimi czasy mocno cię znienawidziła? Karolina, ona ma gdzieś to, że urodzisz jej wnuczkę.

- Poradziłam sobie bez łaski Perpetuy. Pomógł mi duch Pagitty- odparłam urażonym tonem, ale moje słowa jeszcze bardziej rozgniewały Vincenta.

- Oczywiście, jasne… a gdy ta zjawa z pijackich opowieści cię leczyła, to siedem krasnoludków trzymało cię za rękę?

- Taki z ciebie ważniak, a nawet nie wiesz, co dzieje się w twoim królestwie- warknęłam i palcem wskazującym dźgnęłam mężczyznę w klatę.- Pagitta istnieje i tylko dzięki niej żyję.

Król skrzywił się, a następnie podniósł swoją prawą dłoń, co spowodowało, że wzdrygnęłam się.

- Co chcesz zrobić?- spytałam, zaczynając czuć zdenerwowanie.

- Użyć magii.

- Na mnie?

- Na tobie- stwierdził Vincent hardo, ale gdy zorientował się, że nie podoba mi się jego zachowanie, westchnął i dodał.- W porządku, przepraszam… Niepytanie ludzi o zdanie weszło mi już w nawyk. Posłuchaj, chcę tylko sprawdzić, czy nie pozostały w twoim ciele ślady czyjejś mocy. Obiecuję, że to nie zaboli. Mogę?

Uśmiechnęłam się słabo i przytaknęłam, na co Król skinął z zadowoleniem i dotknął mojego brzucha, ale nic się nie wydarzyło.

- To bez sensu- mruknął niechętnie po chwili, cofając dłoń. Vincent obrzucił mnie ponurym spojrzeniem.- Zapomniałem, że jesteś odporna na moją magię. Przykre.

Wzruszyłam obojętnie ramionami.

- Czy ja wiem…? Chyba wolę cię takiego normalnego, bez jakichś supermocy, mogących mnie zetrzeć na proch.

- Bardzo zabawne- odpowiedział Król, powstrzymując uśmiech i dość niespodziewanie cmoknął mnie przelotnie w czoło. Następnie ruszył do drzwi, na pożegnanie mówiąc:

- Muszę dowiedzieć się czegoś więcej na temat Pagitty i to teraz, zaraz. Dopóki nie wrócę, będziesz tu zamknięta. Jeżeli rzeczywiście ktoś na balu chciał cię zamordować… dorwę go. I zniszczę.

- Oczywiście, jakie to proste! Zabij wszystkich, co są przeciwko mnie- stwierdziłam cynicznie, ale za chwilę coś sobie uprzytomniłam i zawołałam.- Hej, moment! A niby co ja mam teraz robić w tych lochach? Poza tym co, jeśli po mnie nie przyjdziesz…?! Mam tu zdechnąć z głodu?!

Vincent wyszedł na ciemny korytarz, a nim zamknął drzwi za sobą, spojrzał na mnie i z błyskiem rozbawienia w oczach rzucił:

- Zostawiłem ci notes, byś mogła pisać. I nie bój się, wrócę, w końcu musimy się trochę zabawić, aby spłodzić Liwię, prawda?

- Jesteś niemożliwy!- krzyknęłam rozzłoszczona, zaciskając ręce w pięści, ale odpowiedział mi jedynie szczęk zamka i echo oddalających się kroków.

.

.

Cytat: Ojciec Chrzestny Mario Puzo (zakochałam się w tej książce, więc spodziewajcie się nawiązań do mafijnej rodziny Corleone)

Kolejny rozdział: zabijcie mnie, nie wiem. Realnie licząc… koniec stycznia prawdopodobnie.

Kilka słów ode mnie: Mój zegarek zjadł mi czas.