>><<

Próbowałem utrzymać cię blisko siebie,
jednak życie wdarło się między nas.

>><<

.

Nemezis zauważyła, że jest zmęczona. Znudzona własnym życiem, niezadowolona z bycia w miejscu, w którym się właśnie znalazła.

Wszystkie te negatywne odczucia spadły na nią nagle w chwili, gdy podmuch silnego wiatru wpadł do altany, stojącej w ogrodzie dworu Guiliano. Kobieta wzdrygnęła się i niechcący potraciła nogą stolik, który zadrżał w wyniku tego gwałtownego ruchu. Pusta filiżanka po kawie niepewnie zachybotała na białym spodku, ale Nemezis zwinnie złapała ją swoją lewą, śnieżnobiałą dłonią, ratując naczynie przed upadkiem.

Jednocześnie na podest altany wkroczyła Fatma i rzuciła kochance Juana zaniepokojone spojrzenie.

- Wystraszyłam cię?

- Nie, to przez wiatr. Robi się chłodniej, więc zaczynam marznąć- skłamała Nemezis, posyłając przywódczyni Ruchu Błękitnych uspokajający, acz fałszywy uśmiech.

- Może powinnaś udać się już do swoich komnat?- zasugerowała Fatma, rozsiadając się na wiklinowym fotelu.- Juan razem ze swoim wojskiem za chwilę dołączy do mnie i moich ludzi. Myślę, że nie chcesz być świadkiem naszych ćwiczeń.

Nemezis podziękowała za radę, podnosząc się ze swojego miejsca: istotnie, nudziło ją oglądanie fizycznej przemocy, nawet tej wyłącznie udawanej. O wiele wyżej ceniła subtelne słowna, które, użyte w odpowiednim kontekście, raniły celniej i głębiej niż ostrza mieczy rodziny Margolettich.

Kobieta idąc w stronę ponurego dworu Guiliano zerknęła na niebo. Chmury biegły szybko przez szary nieboskłon, a to wróżyło rychłe ukazanie się słońca. „Może jest jakaś szansa, żeby te przeklęte mury wydały się radośniejsze” pomyślała Nemezis.

Wewnątrz budynku panował przenikliwy chłód. Latem nikt nie troszczył się o ogrzewanie pokoi i korytarzy, ale najcieplejsza pora roku najwyraźniej się kończyła. Stary Guiliano powinien dać znać swojej służbie rozkaz do rozpalenia ognia w kominkach, lecz z jakiegoś powodu w tym roku zaniedbał tę czynność, mając najwidoczniej inne sprawy na głowie.

Nemezis objęła rękami ramiona i zapragnęła jak najszybciej położyć się pod stertą pledów w pokoju księcia Juana, ale przechodząc obok otwartych drzwi zbrojowni, jej postać została dostrzeżona.

- Jak myślisz, dobrze wyglądam?- padło niecierpliwe pytanie.

Kobieta zatrzymała się i spojrzała w lewo. Choć rozsadzała ją irytacja, to na twarz przywołała swój najbardziej zniewalający uśmiech, dzięki któremu złamała już wiele męskich serc:

- Zachwycająco, mój panie- wymruczała uwodzicielsko.

Juan, usatysfakcjonowany pochwałą Nemezis, wyprostował się, napinając przy tym mocniej mięśnie. Nieudolnie udając, że nie obchodzi go wygląd, z zadowoleniem spojrzał w lustro, a w jego oczach błysnął zachwyt nad własnym ciałem ubranym w złocisto-bordową zbroję.

„Obyś palancie pamiętał, że ładnymi fatałaszkami wojny nie wygrasz” złośliwie pomyślała kobieta i chciała oddalić się, ale nagle przyszło jej coś do głowy. W zasadzie, jej pomysł nie był nowy, ale dotychczas nie miała odwagi go zrealizować. W tym samym czasie słońce, którego tak niecierpliwie pragnęła Nemezis, najwyraźniej utorowało sobie drogę przez kłęby chmur, a teraz zaświeciło w całej swojej krasie, co sygnalizowały nachalnie wpadające do pomieszczenia promienie słońca. To zdarzenie zachęciło kobietę, by zawalczyć o spełnienie pewnego ukrytego pragnienia.

Zaczęła powoli zbliżać się do zajętego swoim odbiciem Juana. Aby jej suknia szeleściła przy każdym ruchu, starała się zalotnie kołysać biodrami, mając w pamięci to, jak księcia często podniecały odgłosy jej drogich strojów.

Niestety, mężczyzna już od jakiegoś czasu coraz mniej interesował się Nemezis. Gdyby nie to, że mieli razem dziecko, w przyszłości mające zostać jedynym dziedzicem rodu Margolettich (oczywiście, po zabiciu Vincenta), Juan z pewnością już dawno posłałby swoją pierwszą kochankę z jej bachorem do stu diabłów. Albo jeszcze lepiej: na szubienicę.

Jednak pewne zrządzenie losu sprawiło, że nie mógł tego zrobić. Otóż syn Julietty w wyniku swojego hulaszczego trybu stał się bezpłodny, a to oznaczało, że jeżeli w przyszłości chciał mieć swojego następcę, to musiał uznać za pełnoprawnego syna bękarta, spłodzonego podczas pewnej suto zakrapianej nocy.

Tym samym matka małego Willa, Nemezis, awansowała z pozycji zwykłej szlachcianki, otrzymując tytuł matki przyszłego księcia. Od razu brzmiało lepiej, prawda?

Kobieta stanęła obok Juana i delikatnie pogłaskała swą drobną dłonią ornamentacyjny przód jego zbroi na piersiach. Dopiero gdy to uczyniła, mężczyzna zaszczycił ją swoim spojrzeniem.

- Czego chcesz?- zapytał oschle.

- Najdroższy, tak sobie myślałam, że może udzieliłbyś mi zgody na odwiedziny królewskiego zamku dzisiejszego popołudnia? Sądzę, że…

- Nie- uciął Juan stanowczo, strącając dłoń Nemezis ze swojej piersi, ale w naturze kobiety nie leżało łatwe poddawanie się, toteż dodała:

- Pragnę zobaczyć się z Karoliną, Czarnym Kapturkiem. Chcę wiedzieć, czy ten tyran, który śmie tytułować się Królem, nie uczynił czegoś złego temu biednemu dziewczęciu.

Na dźwięk imienia wymówionego przez kochankę, książę zaczął się zastanawiać, czy być może słusznie postąpił: sam przecież niepokoił się, co działo się z jego niedawnym gościem. W duszy miał nadzieję, że Vincent nie zabił Karoliny: kiedy on, Juan, zdobędzie władzę, bardzo chętnie by przeleciał tę dziewczynę, aby sprawdzić, co takiego Czarny Kapturek miał w sobie, że przekonał Króla do goszczenia kobiet w swoim łożu. Próbował uczynić to już wcześniej, ale kilka innych letnich romansów rozproszyło jego uwagę, przez co zrezygnował z tego planu.

- Wybacz moja miła, nie będę cię jednak zatrzymywał- zmienił naprędce swoje zdanie mężczyzna.- Przekaż Karolinie moje serdeczne pozdrowienia oraz przeproś ją, że osobiście nie mogę jej odwiedzić. Niech Kapturek poczuje, że ma w nas swoich sprzymierzeńców.

Nemezis usatysfakcjonowała odpowiedź Juana, lecz czuła, że jej partner nie zgodziłby się na te odwiedziny, gdyby nie chciał czegoś konkretnego w zamian. Nie musiała czekać długo, by przekonać się, że przejrzała grę księcia:

- W podzięce za moją dobroć byłoby dobrze, gdybyś sprowadziła Willa na dwór Guiliano. Wkrótce dni się wypełnią i w Magicznym Świecie stanie się naprawdę niebezpiecznie. Wolałbym, żeby mój syn był blisko mnie, gdy potęga Vincenta zacznie się sypać.

Kobieta zagryzła zęby. Nienawidziła, gdy Juan wyrażał się tak o ich WSPÓLNYM dziecku, a także gdy traktował małego Willa jak przedmiot, który można przestawiać z kąta w kąt, kiedy tylko przyjdzie mu na to ochota.

- Jak sobie życzysz, najdroższy- usłużnie przytaknęła kobieta, wiedząc, że wszelkie dyskusje jedynie pogorszą sytuację. Nemezis na pożegnanie dygnęła z gracją. Do perfekcji opanowała ukrywanie własnych emocji, ale sama przed sobą musiała przyznać, że jej zewnętrzny pancerz obojętności powoli zaczynał pękać.

.

.

Zakryłam rękami głowę w oczekiwaniu na nadchodzący bolesny cios. Skuliłam się i lekko uchyliłam w lewo, ale z tego, co udało mi się dojrzeć kątem oka, płonące polana mimo mojego uniku nadal kierowały się prosto na mnie. W myślach już żegnałam się z życiem, gdy niespodziewanie kawałki drewna ze świstem opadły na podłogę, a ogień, którym się żarzyły, zgasł.

- UDAŁO SIĘ!- ryknęła Liwia radośnie. Dziewczyna natychmiast podbiegła do mnie i napierając z impetem przycisnęła mnie do siebie, zamykając moje ciało w silnym uścisku swoich drobnych ramion.- Wiedziałam, no po prostu wiedziałam, że sobie poradzisz, mamo!

Znad burzy kruczoczarnych włosów mojej córki spojrzałam na Vincenta. Nadal był blady, a do tego nie wydawał się podzielać podekscytowania Liwii.

- Poczekam na korytarzu- powiedział cicho do mnie. Nie zwlekając, czym prędzej opuścił pomieszczenie i choć głos Króla przypominał szept, to towarzyszka Willa oraz Kajetana usłyszała go.

Kiedy Vincent wyszedł, Liwia odsunęła się ode mnie i bez ceregieli oznajmiła:

- Mamo, właśnie przed chwilą użyłaś magii! Nie wiem, jak to zrobiłaś, ale najwyższa pora, byś nauczyła się korzystać świadomie ze swoich mocy. Rozmawiałam już z tatą: obiecał załatwić ci nauczycieli, jeżeli tylko wyrazisz zgodę na naukę. Zrób to, proszę! Nim odmówisz, pomyśl, że magia może być dla ciebie szansą uratowania się przed twoim zabójcą w przyszłości!

- O, to bardzo rozsądna propozycja!- wtrącił się Kajetan, puszczając do mnie oczko w chwili, gdy akurat nie obserwowała go jego przyjaciółka.

- Musiałabym ten krok dobrze przemyśleć- odparłam zgodnie z prawdą, a Will dodał:

- Będzie miała na to pani czas, ponieważ my już musimy ruszać w drogę powrotną.

- To prawda, nie możemy zbyt długo przebywać w przeszłości- przyznała niechętnie Liwia.- Mamo, proszę, wyjdź na korytarz, wolałabym, aby nie było cię w pobliżu, gdy będziemy się przenosić.

- Nie ma sprawy, ale nim odejdziecie, czy moglibyście mnie uprzedzić i zdradzić, w jakich okolicznościach się wkrótce spotkamy?

- Jeżeli mój plan zadziała i przeżyjesz, to zobaczymy się dopiero w dniu moich narodzin- wyznała Liwia, uśmiechając się z lekkim zakłopotaniem w oczekiwaniu, jak przyjmę jej wiadomość.

Nigdy więcej niezapowiedzianych, niezręcznych wizyt przybyszów z odległych czasów? Tak!

- Zatem trzymam kciuki, by Vincent jednak przekonał mnie do nauki magii- odparłam, uśmiechając się szeroko, choć wcale nie pałałam chęcią do poznawania jakichś diabelskich sztuczek.

Uściskałam cieszącą się jak małe dziecko Liwię na pożegnanie, rzuciłam krótkie „to na razie chłopaki” do Willa i Kajetana, a następnie z ulgą opuściłam pokój. Znalazłam się w opustoszałym, podziemnym korytarzu, ale wystarczył jeden rzut oka w prawo, by dostrzec siedzącego na podłodze Vincenta.

- Uciekaj- powiedział Król, patrząc tępo w ścianę przed sobą.

- Niby dlaczego? Coś złego się dzieje?

Vincent odwrócił się w moją stronę i spojrzał na mnie z wyższością.

- Możemy znowu wrócić do momentu naszej relacji, w którym się mnie śmiertelnie boisz. Hej, właśnie próbowałem cię zabić, powinnaś teraz uciekać w popłochu. Mogę nawet dać ci dziś fory i obiecać, że nie będę cię ścigać.

- Co cię ugryzło? Lepiej nie oddychaj, bo najwyraźniej razem z powietrzem zasysasz zły humor- odburknęłam niegrzecznie. Po cierpkich słowach Vincenta nie bardzo miałam ochotę na rozmowę z nim. Przez chwilę chciałam go nawet posłuchać i pójść sobie. Z drugiej strony, nie bardzo mi było na rękę zostawianie między nami kolejnych niedomówień, toteż zostałam.

Podeszłam do Króla, a następnie usiadłam obok niego na podłodze, przy okazji ocierając się o jego ciało. Uznałam, że moje bezpośrednie zachowanie powinno mile zaskoczyć mężczyznę, ale się pomyliłam.

- Idź sobie stąd- rozkazał oschle.

- Nie.

- Cegła jest zimna, przeziębisz się.

- To nie skąp na ogrzewanie.

Ostatnie słowa sprawiły, że kącik ust Vincenta nareszcie drgnął.

- Lubisz stawiać na swoim, co?

- Owszem. No, to skoro humor ci wrócił, możesz mi teraz łaskawie wyjaśnić, co cię ugryzło?

- Liwia uświadomiła, jak potężna moc może drzemać w tobie, a nie wiem, czy jestem gotowy na to, aby ją budzić- powiedział prędko na jednym wydechu Vincent. Gdy zamilkł, spojrzał na mnie wyczekująco, by poznać moje zdanie na ten temat.

- Nie chcę uczyć się magii. Jeżeli ty tego też nie chcesz, to chrzanić Liwię oraz jej dzikie pomysły. Jesteśmy jej rodzicami, więc to ona powinna nas słuchać, a nie na odwrót.

Król parsknął śmiechem, słysząc moją odpowiedź. Wykonał też gest, który mnie niepomiernie zaskoczył: podniósł swoją lewą rękę i objął mnie nią, przyciągając bliżej siebie. Oparłam swoją głowę na ramieniu Vincenta, a on powiedział:

- Nie moglibyśmy tak częściej rozmawiać?

- Wolałabym nie w tej pozycji, ta podłoga jest rzeczywiście bardzo zimna.

Król nie zdążył wymówić kolejnego zdania, gdy nagle jeden z Czarnych Kapturów wbiegł do podziemnego korytarza.

- Panie- skłonił się przed Vincentem mężczyzna, a następnie wydyszał szybko.- Książę Gael poszukuje waszej Królewskiej Mości. Poza tym Nemezis jest w zamku i chce widzieć się z Karoliną.

- Zrozumiałem, możesz odejść.

Strażnik ponownie zgiął się w pół, a następnie czym prędzej oddalił, dzięki czemu na powrót w podziemnym korytarzu znajdowaliśmy się tylko ja i Vincent. Mężczyzna przeczesał ręką czarne, krótkie włosy, zapewne zastanawiając się nad tym, co zrobić.

- Wygląda na to, że musimy się rozdzielić- zauważyłam, ale nie ruszyłam się ani o milimetr.

- Niekoniecznie- stwierdził ostrożnie Król, a wyraz jego twarzy zmienił się. Najwyraźniej podjął pewną decyzję, którą dopiero teraz zdecydował się podzielić ze mną.- Chciałbym, żebyś poznała Gaela.

Zamknęłam oczy i skrzywiłam się.

- Dlaczego uważasz, że chciałabym spotkać się z twoim kochankiem? Marzy ci się trójkąt?

- Czemu nie?- odparł rozbawiony moim dowcipem Vincent, ale gdy posłałam mu ponure spojrzenie, odchrząknął.

- Dobrze, możesz z poznaniem Gaela poczekać, a tymczasem… słyszałaś? Masz gościa!

.

.

Nie byłam pewna, czego miałam spodziewać się, wychodząc z zamku w otoczeniu dwóch strażników. Vincent uparł się, bym nie szła na spotkanie Nemezis sama, choć wątpiłam, aby była mi potrzebna jakakolwiek ochrona. Kochankę Juana widziałam już dwukrotnie, ale ani nie razu nie próbowała mnie zabić w przeciwieństwie do osoby, w której byłam zakochana. Do tego wątpiłam, by ta krucha blondynka, którą zapamiętałam z ostatniego dnia mojego pobytu na dworze Guiliano, chciała mi zrobić cokolwiek złego na terenie zamku.

Na zewnątrz przystanęłam, a mężczyźni w Czarnych Kapturach za mną uczynili to samo. Wmurowało mnie w ziemię, gdy na zamkowym dziedzińcu ujrzałam Nemezis. Dziś mogłam przyjrzeć się jej na spokojnie, a to sprawiło, że od razu wpadłam w kompleksy.

Złociste włosy układające się falujące pasma, delikatna, a jednocześnie egzotyczna biżuteria podkreślająca eteryczność postaci i bordowa suknia suknia ściśle opinająca ciało w pasie, by podkreślać szczupłą sylwetkę- to wszystko sprawiło, że kochanka Juana wydała mi się chodzącym ósmym cudem świata, a dwoje mężczyzn niosących nad nią baldachim oraz tłum służek za kobietą tylko pogłębiło moją konsternację. Z kim ja miałam do czynienia: człowiekiem czy aniołem?

Nemezis, nawet jeżeli dostrzegła moje zmieszanie, to nie dała tego po sobie poznać.

- Witaj Czarny Kapturku- przywitała się, ale nie dygnęła przede mną, co oznaczało, że oceniła siebie za wyżej postawioną. Nie posądziłam kochanki Juana o pychę. Po półrocznym pobycie w Magicznym Świecie wiedziałam już, że wymaga się ode mnie takiego, a nie innego sposobu postępowania.

- Dzień dobry- odparłam, pochylając się z szacunkiem. Ten drobny gest niewiele mnie kosztował, a wywołał szczere zadowolenie na twarzy kobiety.

- Przybyłam z tobą porozmawiać, ale czy mogłybyśmy uczynić to w nieco bardziej zacisznym miejscu niż zamkowy dziedziniec?

Zerknęłam na strażników za mną, jednak nie wyglądali, jakby chcieli ode mnie odstąpić. Wpadłam więc na pewien pomysł i zaproponowałam spacer po królewskich ogrodach, gdzie ścieżki były bardzo wąskie. Dzięki temu Czarne Kaptury, a także świta Nemezis musiały podążać w pewnej odległości za mną oraz moim gościem.

- Jesteś zaskoczona moją wizytą?- zapytała cicho kochanka Juana, gdy tylko zagłębiłyśmy się w labirynt ozdobnych krzewów i drzew za zamkiem.

- Może trochę, choć ostatnio niewiele jest mnie w stanie zadziwić.

- To niepokojące. Kiedy świat przestaje zaskakiwać, człowiek staje się zgorzkniały- stwierdziła filozoficznie Nemezis.- Na szczęście i ty i ja mamy takich kochanków, których głupota będzie zadziwiać nas do końca naszych parszywych dni.

- Nie sypiam z Vincentem- powiedziałam z westchnieniem, mając dość powtarzania tego wytartego zapewnienia po raz setny.

- Doprawdy? Cóż za strata… Na twoim miejscu nie wypuszczałabym Króla z sypialni, dała sobie zrobić dziecko i zażądała uczynienia Królową. Proszę, nie obrażaj się, to tylko taka przyjacielska rada- dodała ciepło Nemezis, kiedy zauważyła, jak przewracam oczami.

- Fatygowałaś się tutaj wyłącznie po to, by udzielać mi beznadziejnych porad na temat mojego prywatnego życia?

- Skądże- zaprzeczyła poważnym głosem kobieta- Tak naprawdę, to chciałam ci podziękować za to, że mnie uratowałaś. Tego dnia, kiedy Król przybył po ciebie na dwór, zginęłabym niechybnie na jego rozkaz, gdybyś go nie powstrzymała. Nienawidzę mieć wobec kogoś długu wdzięczności, ale wiedz, że zrobię wszystko, czego będziesz chciała, nie pragnąc nic w zamian.

- Spokojnie, nie masz wobec mnie żadnych zobowiązań, przecież każdy postąpiłby tak na moim miejscu- odparłam, czerwieniąc się, a przy okazji zdając sobie sprawę z tego, jakie banały właśnie wygłosiłam.

- Juan w imię wygranej walki z Vincentem był gotowy poświęcić moje życie, więc uwierz, nie każdy by zrobił tak jak ty. Nie zajmuję ci już więcej czasu Karolino, wracam do siebie. Powtórzę jeszcze raz, masz we mnie sprzymierzeńca i pamiętaj o mojej radzie, Kapturku: może Król jest zaręczony z księciem Tergotu, ale wątpię, by osobiście wyjechał go odbić z czyichkolwiek rąk, tak jak zrobił to dla ciebie. Zrób Vincentowi dobrze, a twoje problemy się skończą, bo przecież nic tak nie spaja dwojga ludzi jak… seks.

Nemezis uśmiechnęła się filuternie na pożegnanie, a następnie odwróciła na pięcie i wraz ze swoimi służkami oddaliła w stronę wyjścia z królewskich ogrodów, zostawiając mnie samą z rozbawionymi strażnikami, którzy najwyraźniej świetnie się bawili, przysłuchując się całej rozmowie.

.

.

.

Cytat: fragment piosenki James Bay Hold Back The River

Kolejny rozdział: ok. połowy marca (szczegóły będę podawała na bieżąco na facebooku)