Moje drogie, ukochane Czytelniczki i moi drodzy, ukochani Czytelnicy!

Nim zaczniecie czytać ten rozdział, miejcie proszę świadomość, że  to już ostatni rozdział Czarnego Kapturka.

Oficjalnie mogę powiedzieć, że zakończyłam pierwszą część przygód Karoliny Konwalickiej w Magicznym Świecie.

Dziękuję, że mieliście cierpliwość do mnie jako autorki (która często znikała z internetowego świata, obiecywała pisać częściej, a nie wychodziło…), ale też dziękuję za cierpliwość do moich bohaterów, którzy nie zawsze być może postępowali tak, jakbyście chcieli lub oczekiwali. Dziękuję!

W planach mam jeszcze epilog, jednak prawdopodobnie powędruje on jako prolog do drugiej części.

Na zakończenie dziękuję WSZYSTKIM, którzy dali się wciągnąć do Magicznego Świata­. Mam nadzieję, że historia Karoliny zostanie z Wami na dłużej, a kto będzie ciekaw dalszych losów bohaterki ­– proszę o uzbrojenie się w  żelazną cierpliwość.

Tymczasem zapraszam do lektury i proszę ­– zostawcie pod tym ostatnim rozdziałem komentarz, który podsumowywałby Wasze wrażenia po przeczytaniu Czarnego Kapturka.

Wirtualnie ściskam i realnie pozdrawiam.

 

>><<

Niedawno szłam ulicą
Próbując odwrócić swoją uwagę
Ale wtedy zobaczyłam Twoją twarz
…czekaj, to ktoś inny

zabierasz kawałek mojego umysłu,
za każdym razem, gdy patrzę na Twoją zawiłość

Próbuję 
Nie myśleć​ o Tobie 

Próbuję 
Nie dać się tobie

Wszystkie moje uczucia płoną
Chyba jestem kiepskim kłamcą

>><<

.

 

– Późno wrócę – oznajmiłam mimochodem, kończąc wiązać sznurówki swoich białych conversów.

– Co w twoim wydaniu oznacza późno? Za trzy miesiące? – zapytała mama, odrywając się od mycia lustra szafki stojącej w przedpokoju naszego mieszkania. Stanęła w rozkroku i nie wypuszczając z rąk szmatki ani detergentu, oparła dłonie o biodra. Mimo że byłam już dorosła, to drgnęłam nerwowo i  musiałam przyznać, że moja rodzicielka przybierając tę pozę, wyglądała groźnie.

– Możliwie, że dziś w Zajeździe będzie prawdziwe urwanie głowy, więc zostanę w pracy do późnych godzin nocnych. Nie chcę deklarować, że znajdę się w domu przed północą, a później denerwować się, że nie dotrzymałam obietnicy – tłumaczyłam cierpliwie, choć głos drżał mi lekko, zdradzając kłamstwo.

– Nie sądzę, abyście mieli dziś wielki ruch, skoro Rachela Obarska organizuje wieczorem raut i śmietanka towarzyska naszego miasteczka pewnie tam skieruje swe kroki. A tak w ogóle to po co ci tak wielki plecak? Zamierzasz się przeprowadzić do Czerwonego Tulipana?

Shit. Nienawidziłam tego, jak moja mama potrafiła być spostrzegawcza.

– A to…. – machnęłam ręką lekceważąco, wskazując na stary tornister, który założyłam na plecy. – To tylko kilka drobiazgów dla Pauli. Wybiera się w przyszłym tygodniu na imprezę i twierdzi, że nie ma co na siebie włożyć.

– Yhm…

Na tym pełnym niezadowolenia pomruku zakończyłyśmy naszą konwersację. Całe szczęście… Jeszcze kilka podchwytliwych pytań i mogłabym niechcący powiedzieć prawdę, a ta z pewnością rozczarowałaby moją mamę.

Czułam się okropnie, wychodząc z domu i nie mówiąc najbliższej mi osobie, gdzie tak naprawdę idę. Moi rówieśnicy z pewnością wyśmialiby mnie. No bo jak to: pełnoletnia, a spowiada się mamusi z tego, gdzie, kiedy i z kim przebywa?

Niezależnie od tego, czy to kwestia dobrego wychowania czy słabego charakteru, trawiło mnie poczucie winy. Być może przez to w drodze do parku wydawało mi się, że przechodzący tuż obok ludzie patrzą na mnie oskarżycielsko, potępiając moje postępowanie, zupełnie jakby znali mój sekret.

Gdy dotarłam do miejscowej lodziarni, pokręciłam kilka razy głową w lewo i w prawo, aby upewnić się, że gdzieś na horyzoncie nie ma kogoś znajomego.

Cóż, jeden się znalazł.

Obarski żwawo zerwał się od stolika, przy którym siedział i przywitał ze mną.

– Cześć. Gotowa?

– Zależy na co – odburknęłam niechętnie i uważnie zlustrowałam wygląd Obarskiego. Zdawał się nie odczuwać panującego skwaru, co tylko potwierdzał jego ubiór: czarny sweter i długie dżinsy bardziej nadawały się na wczesną jesień niż upalne lato.

Zygmunt na twarzy miał ciemne okulary, ale nawet gdyby je zdjął, to i tak zdążyłam zauważyć, że był zdenerwowany i nie patrzył w moją stronę. Chwycił ze stołu tablet, z którego przed chwilą korzystał i rzucił władczym tonem:

obarski

– Ruszamy, nie ma czasu.

­Zacisnęłam zęby. Panoszących się ze swoją władzą osiłków miałam ostatnio po dziurki uszu, ale pohamowałam narastającą złość i podążyłam za Obarskim, pilnując, aby zachować odpowiednią odległość między naszą przestrzenią osobistą.

Za stosowne uznałam trzy metry dystansu.

Zygmunt dopiero przy wyjściu z parku zorientował się, że nie dotrzymuję mu kroku.

– Nie możesz nadążyć? – zapytał z niezadowoleniem, zatrzymując się przy bramce.

– Mogę, ale nie chcę.

Mina Obarskiego zdradzała, że niewiele zrozumiał, ale nie omieszkałam mu dosadnie wyjaśnić, w czym problem. Nadal stojąc w znacznej odległości, rzekłam bez zbędnego entuzjazmu:

– Nie chcę, żeby widziano nas razem.

Zygmunt uniósł brwi.

– Zdajesz sobie sprawę, że na imprezie mojej matki będzie pełno fotoreporterów, a w miejscowej gazecie z pewnością ukażą się zdjęcia z dzisiejszego wieczoru?

– Ale nie będziemy się pchać przed obiektyw, prawda? No. Toteż daj mi żyć nadzieją, że może uda mi się naszą znajomość zachować we względnej tajemnicy.

Brwi Obarskiego powędrowały jeszcze wyżej, ale nie skomentował moich słów. Zamiast tego nakazał mi się pospieszyć.

– Raut zaczyna się o dwudziestej, mamy szesnastą, a ty jesteś niegotowa, także ruszaj się, jeszcze sporo do załatwienia.

Niechętnie przyznałam Obarskiemu rację, choć nie sądziłam, aby czasu było jakoś dramatycznie mało. Kiedy wsiedliśmy do jego auta, wyraziłam swoje wątpliwości głośno:

– W zasadzie… dlaczego mielibyśmy się tak spieszyć? Wszystkie potrzebne rzeczy mam w plecaku. Przebranie zajmie mi chwilę, wyprostowanie włosów jakieś pół godziny i będę gotowa na wielkie wyjście. No chyba, że to ty potrzebujesz więcej czasu?

Zygmunt prychnął rozbawiony i uruchomił silnik. Spojrzał na mnie z politowaniem:

– Nie wiem, co za gadżety masz w tym żałosnym tornistrze, ale zgaduję, że są one równie brzydkie jak on.

Obarski dodał gazu i wyjechał na ulicę, a ja, zamiast odpyskować, w popłochu zaczęłam zapinać pasy. Może i miałam dziś wieczorem nadwyrężyć swoją reputację, ale domu chciałam wrócić żywa.

– Jedziemy do Dużego Miasta. O siedemnastej jesteśmy umówieni w butiku na zakup sukni i butów, o osiemnastej masz fryzjerkę, o osiemnastej trzydzieści kosmetyczkę. O dziewiętnastej trzydzieści wsiadamy do auta i modnie spóźnieni przyjeżdżamy na raut o dwudziestej trzydzieści – wytłumaczył Zygmunt ozięble, nie patrząc na mnie.

– A nim wyruszymy w to radosne tournee o szesnastej zero dwie zatrzymasz się za następnymi światłami i mnie wysadzisz, bym mogła sobie darować cały ten cyrk – powiedziałam stanowczo, próbując naśladować opanowany ton Obarskiego, ale było to nieziemsko trudne, gdyż w rzeczywistości wszystko we mnie wrzało.

Kiedy Zygi nie zareagował, wrzasnęłam podirytowana:

– Czy do ciebie coś w ogóle dociera?!

– Nie lubisz mnie, co? – odpowiedział pytaniem na pytanie, nadal zachowując spokój.

– Mam to przyznać, tak? – syknęłam. – Wiesz jak jest, gdybyś się palił, a ja miałabym wodę, to bym się jej z przyjemnością napiła. To co, możemy się już ZATRZYMAĆ?

Obarski pozostał głuchy na moje prośby i groźby, dlatego uparcie postanowiłam milczeć. Uznałam, że skoro moje zdanie w ogóle nie jest brane pod uwagę, nie ma sensu go w ogóle przedstawiać. Z drugiej strony nie miałam prawa się gniewać. Sama sobie tego piwa nawarzyłam, najwidoczniej teraz musiałam je wypić.

Po przejechaniu trzydziestu kilometrów Zygmunt spróbował ponownie ze mną porozmawiać.

– Czemu się wkurzasz? Przecież tak naprawdę jedziemy do Dużego Miasta dla twojego dobra.

Skrzyżowałam ręce na ramionach, a głowę odwróciłam w stronę szyby pasażera, aby podkreślić, że nadal nie mam ochoty na pogaduszki.

Acz język aż świerzbił mnie, by naświetlić Obarskiemu, jak osobiście rozumiem swoje dobro.

– Posłuchaj… – zaczął mówić przymilnie jeszcze raz, ostrożnie starając się dobierać słowa. – … mamy umowę, jasne? Masz ze mną chodzić na oficjalne przyjęcia i rodzinne spotkania, aby moja matka uwierzyła, że jesteś moją dziewczyną. Gdybyś przyszła ubrana w jakąś tanią kieckę, Rachela od razu domyśliłaby się, że ją oszukujemy.

– I co, twoja mamusia będzie patrzeć na metkę mojej sukienki przy gościach? – wycedziłam cicho, a to jedno pytanie dało Zygmuntowi nadzieję, że jednak istnieje jakaś szansa dogadania się.

– Nie, ale nie zapominaj, że Rachela pracuje jako fotomodelka, zna się na modzie. Do tego wie, że swoim poprzednim… hm… koleżankom… nie szczędziłem pieniędzy na różne szmatki i błyskotki, także głupio by było, gdybyś na jej imprezie pojawiła się w jakiejś taniej kiecce z targowiska.

Oblała mnie fala gorąca: czyżby Zygi zaglądał do mojego tornistra? Westchnęłam z rezygnacją.

– Jest tylko jeden problem. Mam przy sobie dwadzieścia złotych i nie sądzę, żeby to wystarczyło na wszystkie atrakcje, które zaplanowałeś na najbliższe godziny.

­– Halooo! Czy ty mnie w ogóle słuchałaś? Ja stawiam.

– Zygmunt, jedyne co stawiasz, to mnie w niezręcznej sytuacji. Nie jesteś moim sponsorem, a ja twoją utrzymanką.

– Dobrze.

– No właśnie niedobrze!- zirytowałam się, ale Obarski nie tracił rezonu:

– Miałem na myśli: dobrze, będzie po twojemu. Dziś zapłacę, a w wolne dni wpadniesz do mojej knajpy odpracować całą kwotę. Raczej zatrudniam kelnerki ładniejsze i szczuplejsze od ciebie, ale uznajmy, że zrobię wyjątek.

– Okropnie traktujesz ludzi, wiesz?

– Cóż… może i jestem dupkiem, ale za to w pięknym opakowaniu, co nie?

Przewróciłam oczami na widok pyszałkowatego uśmiechu Zygmunta i wróciłam do podziwiania widoków za oknem.

Tak bardzo pragnęłam, aby dzisiejszy dzień się skończył, tymczasem z godziny na godzinę mój humor ulegał pogorszeniu, a nadzieja, która rzekomo umiera ostatnia, legła w grobie w momencie zaparkowania przed budynkiem jednego z najbardziej ekskluzywnych butików w Dużym Mieście.

Okazało się, że Obarski już wcześniej sobie wszystko zaplanował. Od ekspedientki odebrał swój garnitur, koszulę i buty na dzisiejszy wieczór i poszedł się przebrać do jednej z przymierzalni, która była dwa razy większa od mojego pokoju, który dzieliłam z Klarą.

Z kolei na mnie czekała żółta suknia w trzech rozmiarach, z których żaden mi nie pasował:

– Coś mi tu nie gra… – mruczałam do swojego odbicia, kiedy przymierzałam jedną z kreacji.

– Cycki – powiedział Obarski, zaglądając do przymierzalni. – A raczej brak cycków.

– WON! – ryknęłam, a Zygmunt roześmiał się i schował za kotarą, zostawiając mnie samą. Zerknęłam w lustro i po uważnych oględzinach musiałam w duchu przyznać, że Obarski miał rację.

Przy dekolcie wisiało nieco za wiele luźnego materiału przez to, że przestrzeń, którą powinien zajmować biust, była pusta. Zagryzłam zęby z niezadowoleniem, ale nie zdjęłam sukienki. Nie miałam ochoty na dalsze próby wciśnięcia się w kolejne wdzianka.

– Raz kozie śmierć, bierzemy tę, którą mam na sobie. Nie muszę wyglądać jak gwiazda Hollywood – stwierdziłam, wychodząc z przymierzalni.

– Racja, Beyonce i tak z ciebie nie będzie – skomentował mój wygląd Zygmunt.

Obarski, flirtując z ekspedientką, zapłacił za nasze stroje kwotę, która pokryłaby koszt wynajmu mojego pokoju przez cały okres studiów. Gorączkowo obliczyłam, że aby odpracować całą sumę, prawdopodobnie będę w knajpie Zygmunta pracować do emerytury, a na samą myśl o tym poczułam, jak pocą mi się ręce.

Po tym jak wyszliśmy z butiku, odwiedziliśmy jeszcze zgodnie z wcześniejszym planem kosmetyczkę i fryzjerkę.

Wsiadając z powrotem do auta, czułam się nieziemsko zmęczona.

– Dbanie o nienaganny wygląd jest wyczerpujące – westchnęłam, przy okazji zerkając na starannie wypielęgnowane dłonie i z zadowoleniem oceniłam, że nawet z moich przykrótkich paznokci wyszedł manicure godny gwiazdy filmowej.

– A jakie smutne, gdy efekty nie są oszałamiające – dodał teatralnym głosem Zygmunt i roześmiał się z zadowoleniem, kiedy zrzedła mi mina. – No, już, nie spinaj się Konwalicka. Wyglądasz całkiem spoko.

Prychnęłam.

– Spoko, tylko tyle?

–  Przy niektórych kobietach na raucie będziesz musiała się schować. Ale popracujemy nad twoim wyglądem do następnej imprezy, wyskoczymy sobie w weekend na mały shopping.

Nie odpowiedziałam, w duchu kibicując, aby nigdy więcej nie nadarzyła się okazja wyjechać z Obarskim na wspólne zakupy. Może inne dziewczyny ucieszyłaby możliwość przemiany z Kopciuszka w księżniczkę, ale… nie byłam w nastroju na takie historie. Poza tym już występowałam w jednej bajce.

W drodze na raut Obarski udzielił mi kilka wskazówek, jak powinnam się zachować, aby nie popełnić faux pas. Jednak kiedy się zatrzymaliśmy na zapełnionym parkingu niedaleko restauracji pękającej w szwach od gości, ogarnęła mnie panika i wszystkie porady wyparowały mi z głowy.

– To się nie uda. Nie nadaję się do tego zadania… może lepiej będzie, jeśli pójdziesz sam?

Zygmunt posłał mi pełne dezaprobaty spojrzenie.

– Konwalicka, ogarnij się. Trochę za późno na to, aby się wycofać.

Przeżegnałam się, na co Obarski pokręcił z niezadowoleniem głową, ale powstrzymał się od dalszych komentarzy. Zamiast tego wysiadł z auta, podszedł do drzwi od strony pasażera i z galanterią otworzył je przede mną.

– No kicia, przedstawienie czas zacząć – powiedział. Podał mi rękę, aby pomóc mi wstać, a ja chwyciłam ją i dałam się poprowadzić rekinom na pożarcie.

Przed budynkiem zgromadziło się sporo osób, ale Obarski, mimo tego, że co chwilę pozdrawiał kogoś słowami ,,cześć” lub ,,dzień dobry” prowadził nas do środka i nie zatrzymywał się, by wymienić z kimś więcej zdań. Nie protestowałam, dając się potulnie ciągnąć jak jagnię na rzeź.

Na tarasie niedaleko wejścia dostrzegłam Rachelę wraz z Karolem i nieznajomym mi mężczyzną. Pozowali wspólnie do zdjęcia. Obarska miała na sobie kremową, długą spódnicę oraz czarną bluzkę z koronki, która podkreślała jej nienaganną figurą, a także bladą, nieskazitelnie gładką cerę. Dość niechlujnie uczesany Karol wyglądał przy Racheli nie jak jej syn, a brat.

 camelot-cast-3

Kiedy fotograf zrobił zdjęcie, mężczyzna podziękował za nie Racheli pocałunkiem w dłoń, a następnie odszedł w stronę bufetu. W tym samym czasie matka Zygmunta dostrzegła naszą dwójkę.

– O, jak miło was widzieć! – powitała nas radośnie, choć miałam wrażenie, że przez jej głos przebija się niezadowolenie, wywołane zapewne naszym spóźnieniem.

– Dobry wieczór – odparłam, ale nie zdążyłam nic powiedzieć, bo Obarski zignorował matkę i spojrzał karcąco na Karola.

– Gdzie zgubiłeś Samantę?

Młodszy brat Zygmunta wzruszył ramionami:

– Trochę się posprzeczaliśmy i uznała, że nie będzie mi dziś towarzyszyć. Nic wielkiego.

­­– Mam taką właśnie nadzieję – powiedziała znaczącym głosem Rachela. – Cóż, zostawiam was samych, bawcie się dobrze, kolacja za chwilę zostanie podana, a koncerty zaczną się tuż po niej. W przerwach Zygmuncie zadbaj  o to, aby przedstawić Karolinę komu trzeba.

– Tak, matko – odparł mój towarzysz niechętnie, a następnie ruchem ręki zaprosił mnie do środka. – A ty? –tu zwrócił się do Karola. – Idziesz z nami?

– Nie – odparł ten przecząco. – Pokręcę się tu jeszcze chwilę i spływam. Jestem dziś wieczorem z kimś umówiony.

Niestety, nie zdążyłam zapytać z kim.

– Zygmunt, rozmawiałeś z bratem o tym, że ma się trzymać z dala od mojej siostry?

– Oczywiście. Dałem mu…

Obarski coś mówił, ale nic z tego nie usłyszałam, bo nagle w tłumie zobaczyłam kogoś.

Ciemne włosy, biała koszula, skórzana kurtka przewieszona przez rękę. Dumne spojrzenie i poważna mina.

tumblr_n5kf4fi3Xx1rolap4o5_400

Przetarłam oczy ze zdumienia i ponownie spróbowałam odszukać ujrzaną postać w tłumie, ale gdzieś zniknęła.

– Karolina, słyszysz, co do ciebie mówię? ­

Ocknęłam się.

– Co? ­­– zapytałam, a Obarski westchnął i jeszcze raz wytłumaczył mi, że dostatecznie jasno dał do zrozumienia Karolowi, że ma zakaz zbliżania się do Klary.

Przyjęłam tę wiadomość z zadowoleniem, jednak moje myśli zajęte były czymś innym. Nie mogłam otrząsnąć się po tym, co zobaczyłam. Czyżby moje zmysły zaczęły płatać mi figle? Czyżby mój wzrok szwankował?

 

 

Wieczór mijał. Zygmunt zajął dla nas miejsce tuż przy drzwiach prowadzących na zewnątrz. Kręciło się tu niewiele osób, za to my mieliśmy niezły widok na zebranych przed sceną ludzi, bawiących się w najlepsze w rytm muzyki odgrywanej przez zamówiony przez Rachelę zespół.

Występy przerywane były systematycznie przerywane, aby ktoś z gości mógł wygłosić krótką mowę na cześć sukcesów zawodowych Obarskiej. Słuchając tych wszystkich peanów na cześć Racheli, uświadomiłam sobie, jak niewiele w naszym mieście mówiło się o karierze tej kobiety. Z reguły do moich uszu docierały głównie plotki na temat jej kolejnych romansów, podczas gdy wieści o udanych projektach jakoś ginęły w tłumie chętniej powtarzanych oszczerstw.

Zygmunt starał się dotrzymywać mi towarzystwa, próbując mnie rozbawić licznymi zabawnymi historyjkami związanymi z rodziną Obarskich, ale nie mogłam zebrać myśli i większość z nich umknęła mi tego wieczora.

tumblr_nhqg3utfsd1qhkkp7o3_400

Zmęczenie wyprawą do Dużego Miasta dawało mi się we znaki. Siedziałam przy stole zgarbiona i zaspana. Jedynie wtedy, gdy ktoś dosiadał się do naszego stolika, starałam się przywołać uśmiech na swoją twarz, aby udawać, że dobrze się bawię w towarzystwie Obarskiego.

– Karolina, dobrze się czujesz? ­– zapytał w końcu Zygmunt, kiedy ponownie zostaliśmy sami.

– Przepraszam… to po prostu nie mój dzień ­– odparłam i zerknęłam na tłum zebranych gości.

tumblr_nhqg3utfsd1qhkkp7o2_400

Niespodziewanie moje spojrzenie spotkało się ze wzrokiem mężczyzny, którego widziałam już wcześniej. Jednak tym razem i on mnie zobaczył. Wychylił się z miejsca w którym stał, aby mnie lepiej dojrzeć. Jego mina wyrażała zaintrygowanie.

tumblr_neh8beq4UE1tdrfuwo5_500

– Przepraszam cię, muszę iść do toalety – powiedziałam szybko do Obarskiego i zerwałam się z miejsca. Zygmunt rzucił krótkie ,,ok”, a ja zaczęłam torować sobie drogę do wyjścia.

Obejrzałam się za siebie i ze zgrozą dostrzegłam, że mężczyzna z tłumu podąża za mną.

tumblr_nhqg3utfsd1qhkkp7o4_400

Przyspieszyłam kroku.

To niemożliwe. To nie dzieje się naprawdę. To… to chore!

Natrętne myśli krążyły po mojej głowie, przez co nagle zupełnie straciłam orientację. Wyszłam z restauracji, ale najwyraźniej znalazłam się na jej tyłach, gdzie krążyło zdecydowanie mniej gapiów i gości.

– Karolina?

Zatrzymałam się, słysząc swoje imię i odwróciłam się. Pytanie zadał mężczyzna, który wcześniej zwrócił moją uwagę tym, że był niesłychanie podobny do kogoś, kogo znałam, jednak niemożliwym było, abym na tę osobę mogła natknąć się w realnym świecie.

Mina mężczyzny zdradzała zdenerwowanie. Napięcie. Oczekiwanie, że moja odpowiedź może wiele zmienić.

– Czy my się skądś przypadkiem… nie znamy? – odparłam drżącym głosem.

Nie wiedziałam, jakiej odpowiedzi oczekiwałam, ale ta, którą otrzymałam, przeraziła mnie. Mężczyzna odetchnął z ulgą i nie kryjąc radości, rzekł:

– A więc poznajesz mnie Kapturku, prawda?

Na te słowa poczułam, jak zaczyna mnie mdlić.

– Król…? – wychrypiałam. Mężczyzna z satysfakcją potwierdził moje słowa skinieniem głowy, ale jego mina zrzedła, gdy ujrzał, jak z mojej twarzy odpływa krew.

– O… mój… Boże…

Opanował mnie strach. Poczułam, że jestem osaczona i jak zwykle zareagowałam instynktownie. Ruszyłam przed siebie, chcąc jak najszybciej wrócić do domu, znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, w którym właśnie przebywałam.

– Karolina błagam, zatrzymaj się, daj sobie pomóc – prosił Vincent, idąc za mną, ale nie próbując mnie pochwycić i zmusić siłą do przystanięcia.

Na początku wcale nie miałam zamiaru wdawać się w żadne dyskusje. Wiedziałam, że w prawdziwym świecie nie dosięgną mnie zaklęcia ani Czarne Kaptury. Tutaj Król nie miał nade mną żadnej mocy, to ja panowałam nad sytuacją.

Z drugiej strony poczułam, że nie mam już dokąd uciec. Nie ma już dla mnie azylu. Skoro Vincent posiadał tak samo jak ja dwa życia, oznaczało to, że nie wystarczy już zamknąć oczu, aby bezpiecznie przenieść się z jednej krainy do drugiej i zostawić za sobą problemy. Nadszedł czas, aby się z nimi zmierzyć.

Zatrzymałam się gwałtownie i wykonałam szybki obrót na pięcie. Moje oczy napotkały przestraszone spojrzenie mężczyzny, którego kochałam. Ale nie tu i nie teraz.

– Przez cały ten czas…. byłeś obok! Przez cały czas, kiedy sądziłam, że zwariowałam, że potrzebuję psychiatry, kiedy bałam się, że to, że co noc przenoszę się do Magicznego Świata, to jakaś schizofrenia albo choroba psychiczna…. ty…. ty byłeś w pobliżu. W realnym świecie. Z odpowiedziami na wszystkie moje pytania.

tumblr_nhqg3utfsd1qhkkp7o5_400

Gorzkie słowa wypływały ze mnie wraz z łzami, nad którymi nie mogłam i nie chciałam zapanować. Serce kuło mnie w piersi i biło zdecydowanie za mocno.

– Nadal możesz poznać prawdę, Kapturku. Musisz tylko tego chcieć. Proszę… – powiedział Vincent i wyciągnął dłoń w moją stronę.

Nie chwyciłam jej, a mężczyzna zbladł.

– Jak ty w ogóle mogłeś spojrzeć mi w oczy w Magicznym Świecie, wiedząc, że ukrywasz przede mną swoje istnienie w realnym świecie? Jak mogłeś mówić, że kochasz, skoro prowadziłeś podwójne życie? – spytałam cicho, czując narastający żal.

Vincent spojrzał na mnie przepraszająco.

– To wszystko nie jest takie proste i oczywiste, jak ci się wydaje. Wierz mi lub nie, ale bardzo nie chciałem komplikować twojego realnego życia…

– … mówisz tak, jakby sprowadzenie mnie do Magicznego Świata i uczynienie Czarnym Kapturkiem w ogóle nie było problematyczne, jakby w żaden sposób nie namieszało w mojej codzienności – powiedziałam z wyrzutem.

Zapadła między nami cisza. Vincent kilkakrotnie otwierał usta, próbując powiedzieć coś, ale nie mógł znaleźć odpowiednich słów. W tym samym czasie ja ocierałam łzy, które nadal płynęły wraz z moim makijażem.

Król westchnął.

– Bycie razem w Magicznym Świecie średnio nam wychodziło, a nasza znajomość w realnym świecie dostarczyłaby nam tylko kolejnych problemów. Właśnie dlatego cię nie szukałem i nie mówiłem ci o swoim drugim życiu, abyś i ty nie próbowała mnie odnaleźć. Sądziłem, że świat jest na tyle duży, że być może nigdy się na siebie nie natkniemy.

– Ale teraz stoimy naprzeciwko siebie. I co mam zrobić z wiedzą, że jesteś bardziej prawdziwy niż myślałam?

Vincent uśmiechnął się smutno.

– Na przykład… możesz mnie nie skreślać i dać mi szansę. Swój numer telefonu. Adres. Czasu nie cofnę, ale nadal mogę ci wiele wyjaśnić. Zaprosić na kawę i wprowadzić cię w moje drugie życie.

Z trudem odwzajemniłam uśmiech.

– Nie wiem, czy tego chcę.

Mężczyzny nie zraziły moje słowa. Sięgnął do kieszeni swojej kurtki i wyciągnął z niej małą kartkę, którą następnie mi podał.

– Aron Vincent Margol – ­ przeczytałam i podniosłam wzrok. – Czyli nigdy nie poznałam nawet twojego prawdziwego imienia?

– Ale przez cały czas poznawałaś prawdziwego mnie. Humorzastego bufona, który ku własnemu zaskoczeniu po raz pierwszy w życiu się zakochał w pewnej dziewczynie, bez której już teraz nie wyobraża sobie życia. Karolina…

Vincent zrobił krok w moją stronę, a ja nie odsunęłam się. Nieśmiało ponownie wyciągnął ręce w moją stronę i położył je na moich ramionach:

– …kocham cię. W każdym ze światów, w każdej z naszych równoległych rzeczywistości. Wiem, że pytałaś mnie kiedyś, czy podobnie do ciebie budzę się co noc w Magicznym Świecie, a ja zaprzeczyłem… Skłamałem, ale pamiętaj, że miałem na względzie twoje dobro.

Vincent podszedł nieco bliżej, a jego twarz znalazła się zaledwie kilka centymetrów od mojej.

– Nie każę ci dziś podejmować decyzji. Spróbuj sobie to wszystko poukładać, a kiedy będziesz gotowa, zadzwoń. Będę czekać.

– A co, jeśli nie zechcę mieć z tobą do czynienia? – zapytałam, czując narastającą w gardle gulę, na co Vincent uśmiechnął się. Delikatnie pochylił się i pocałował mnie w czubek głowy, a ciarki przebiegły mojego ciało w reakcji na ten gest.

– Wolałbym, abyś nie doszła do takiego wniosku. Skoro już cię znalazłem, to nie pozwolę ci tak łatwo odejść, Kapturku.

– Co tu się do cholery dzieje?!

Vincent puścił moje ramiona, a ja uczyniłam krok w tył na dźwięk zdenerwowanego głosu Obarskiego. Zygmunt najwyraźniej obserwował nas dłuższą chwilę, ale nie wiedziałam, ile z naszej rozmowy usłyszał. Być może niewiele, bo jego mina zdradzała zdezorientowanie, z drugiej strony…

­– Aron Vincent Margol – przedstawił się Król, wyciągając rękę do Obarskiego, ale ten obrzucił mężczyznę pogardliwym wzrokiem i ogarnął mnie ramieniem, co wprawiło władcę Magicznego Świata w zdumienie.

– Głęboko w poważaniu mam twoją godność typie. Tą rękę to sobie możesz wiesz gdzie wsadzić. Pilnuj jej dobrze, bo jeszcze raz zobaczę, jak obejmujesz moją dziewczynę, to ci tę dłoń odetnę.

Vincent otworzył szeroko oczy i gniewnie zmarszczył czoło. Nie zdążył jednak nic powiedzieć, bo Zygmunt przyciągnął mnie bliżej siebie, a następnie pociągnął w stronę gości.

Na odchodnym obejrzałam się przez ramię. Dostrzegłam, że Król nie ruszył się ze swojego miejsca. Zacisnął w napadzie złości dłonie w pięści, ale na jego twarzy malowała się bezradność.

Odwróciłam głowę.

– Skąd ty do cholery znasz tego gościa? –zapytał Zygmunt, hamując gniew.

– Nie znam – odburknęłam i przyłożyłam ręce do twarzy, aby ukryć powracające do mych oczu łzy.

– Mam inną teorię… – odmruknął Obarski. – Przecież widzę, że beczysz jak dzieciak. Czy ten typ zrobił coś, za co powinno mu się obić mordę? Wiesz, w razie potrzeby mogę skrzyknąć ekipę, która dosadnie wytłumaczy debilowi, jak należy traktować damy.

– Najpierw sam naucz się traktować kobiety dobrze, a potem ucz innych. Z resztą… po prostu daj mi spokój…

Spazmatyczny płacz wstrząsnął moim ciałem, a Zygmunt najwyraźniej nie wiedział, jak się zachować. Puścił moje ramię i przestał mnie obejmować.

– Czego ryczysz? – burknął, wkładając ręce w kieszenie.

Nie odpowiedziałam.

Nie znajdowałam słów, na opisanie tego, co się przed chwilą wydarzyło.

Przede wszystkim bolało mnie, że Vincent okłamał mnie.

 

- Czy… czy to oznacza, że ty… Julietta…i Perpetua… po zaśnięciu przenosicie się do rzeczywistego świata? Tak… jak… ja?- spytałam niepewnie, choć jednocześnie marzyłam o tym, by moje przypuszczenia się nie potwierdziły.

Nie ma więc co się dziwić, że z ulgą przyjęłam osobliwą odpowiedź Vincenta:

- Nie. A co, chciałabyś zaprosić mnie do znajomych na facebooku?

 

Teraz tamta chwila nabrała sensu. Mogłam domyślić się już wcześniej, że Król nie jest wobec mnie szczery. Długo ukrywał przede mną fakt, że jest związany z mężczyzną. Niewiele mówił na temat swojego sposobu dojścia do władzy, a nigdy nawet słowem nie zająknął się, dlaczego w pierwszym roku swojego panowania uprowadził wiele niemowląt, z których później uczynił oddział Czarnych Kapturów. Po dzisiejszym spotkaniu pytania zaczynały się mnożyć. Jakim cudem Vincent przenosił się w snach w inny wymiar? Czy jego także sprowadziło do Magicznego Świata jakieś zaklęcie? A co z prawdziwym życiem? Dlaczego brał udział w raucie Racheli Obarskiej?

Kim tak naprawdę był Vincent?

Władca Magicznego Świata nadal miał wiele tajemnic. Pytanie tylko brzmiało: czy mam ochotę je wszystkie poznać?