>><<

Śmierć jednostki to tragedia – milion zabitych to tylko statystyka.

>><<

.

Daleki od sielanki- tak, dość eufemistycznie zresztą, można opisać mój pierwszy dzień pracy po powrocie z dworu Guiliano. Była Królowa nie znalazła dla mnie ani jednego cieplejszego słowa i ograniczyła się wyłącznie do wydawania cierpkich rozkazów połączonych z obelgami typu: zrób k..wo to, zrób tamto.

W udziale przypadło mi też o wiele więcej obowiązków niż zazwyczaj, co przy pogorszeniu się ogólnej atmosfery pracy, dobiło mnie jeszcze bardziej, drastycznie obniżając i tak złe samopoczucie.

Nie zawsze udawało mi się sprostać nowym wyzwaniom, jakie postawiła przede mną była Królowa: przyrządzenie mięsa z królika, jakiego najwidoczniej upolował Perpetule Vincent, przyprawiło mnie o mdłości. W związku z tym na obiad podałam danie jarskie, składające się w całości z warzyw, a ta drobna niesubordynacja kosztowała mnie lawinę wyzwisk, padających w moją stronę jeszcze długo po tym, jak posprzątałam po posiłku.

Przez cały dzień zaciskałam zęby, a nieprzyjemności spływały po mnie jak woda po kaczce. Upust wszelkim emocjom chciałam dać wieczorem w drodze powrotnej do zamku.

Gdy tylko drzewa zasłoniły domostwo Perpetuy, dotarło do mnie, że teraz nastąpił najlepszy moment na odreagowanie całodniowego stresu- przecież nie mogłam wyć jak bóbr, jeżeli chciałam stawić czoła Vincentowi i przedstawić mu twardo moją ostatnią decyzję.

Jednak luksus samotności nie był mi dany.

- Kapturek?- usłyszałam męski głos, dobiegający gdzieś spomiędzy konarów drzew.

Zadarłam głowę do góry i dojrzałam zarys postaci, siedzącej na jednej z gałęzi wysokiej sosny. Zmrużyłam oczy, by lepiej przyjrzeć się nieznajomemu, jednak nie było to konieczne, gdyż mężczyzna z kocią zgrabnością zeskoczył na ziemię i mogłam ujrzeć go w pełnej krasie.

- Mattias!

- Zawsze do usług- skłonił się nisko królewski kuzyn, a następnie uśmiechnął filuternie. Jednak radość znikła z jego twarzy, gdy dojrzał smutek, wypisany w moich oczach.

- Płakałaś?- zapytał z troską, a ja pokręciłam przecząco głową, mimo że jednocześnie czułam, jak żal boleśnie ściska mnie za gardło.

Mattias, dziś wyjątkowo trzeźwy, nie do końca uwierzył w moje słowa. Podszedł bliżej i przytulił mnie, zapewne chcąc dodać mi otuchy, ale odepchnęłam go: delikatnie, acz stanowczo.

- Nie- pokręciłam głową.- Może i mam chwilę słabości, ale naprawdę nie ma co się nade mną roztkliwiać.

Mężczyzna uniósł brwi.

- Pozwól, że śmiem wątpić w to, co mówisz. Domyślam się, że ta stara jędza dała ci dziś nieźle w kość; będąc na twoim miejscu w tej chwili wyłbym jak nowo narodzone niemowlę.

Mattias chwycił mnie pod rękę i zachęcił do ruszenia się z miejsca, po czym perswadował:

- Nie wstydź się łez, masz do nich absolutne prawo. W końcu nie co dzień twój ukochany zaręcza się z innym mężczyzną, by już po chwili czynić ci wyznania miłosne. No i jeszcze na dokładkę praca u tej suki… sam Vincent I Margoletti by tego nie wytrzymał!

Mattias doskonale wyczuł przyczyny mojej chandry i robił, co mógł, aby mnie rozweselić. Nie chcąc sprawić mu przykrości, w podzięce za jego starania, spróbowałam się uśmiechnąć.

- Dzięki, stary draniu. Potrafisz podnieść na duchu.

- Tylko nie „stary”! Z takim ciałem spokojnie mogę uchodzić za osiemnastolatka- zaperzył się Mattias.

- Oczywiście, wybacz mi ten rażący nietakt- odparłam natychmiast, udając zmieszanie, lecz jednocześnie cicho chichocząc, uderzyłam mężczyznę lekko w bok biodrem.- Hej, a skoro już tak sobie gruchamy niczym para gołąbków, może mi nareszcie wyjaśnisz, dlaczego właściwie tak bardzo nie cierpisz Perpetuy? Przecież to twoja… ciotka, tak?

Szybko zorientowałam się, że moje pytanie mocno zirytowało Mattiasa.

- Na świecie istnieje tyle intrygujących historii, a ciebie zaciekawiła akurat ta, opisująca przyczynę moich złych kontaktów z byłą Królową?- mężczyzna spróbował zmienić temat, uśmiechając się tajemniczo i dodając.- Jeśli chcesz, nawet teraz mogę przywołać jakąś pikantną ploteczkę, która z pewnością poprawiłaby ci humor.

- Jakoś nie mam w zwyczaju cieszyć się cudzym nieszczęściem. Poza tym, zdecydowanie nie jestem w nastroju na idiotyczne opowiastki o jeszcze bardziej idiotycznych problemach bogatych mieszkańców stolicy i BARDZO CHĘTNIE posłuchałabym czegoś… poważniejszego, co umocniłoby mnie w przekonaniu, że nie tylko mnie nienawidzi babka Vincenta.

Spojrzałam na mojego rozmówcę z nadzieją, że jednak wyjawi mi swój sekret, na co ten jęknął. Jeszcze przez chwilę próbował za wszelką cenę wymigać się od mówienia, ale znając moją nieustępliwość, w końcu dał za wygraną.

- Jesteś gorsza, niż wrzód na tyłku! Ale niech ci będzie, uchylę przed tobą rąbka tajemnicy na temat mojego dzieciństwa. Najpierw jednak…- tu Mattias sięgnął do kieszeni swojego kaftana i wyciągnął z niego skórzaną piersiówkę-… musisz się ze mną napić!

Skrzywiłam się na samą myśl o smaku i jakości trunku preferowanego przez królewskiego kuzyna, ale potulnie poczęstowałam się, jak wyraził się Mattias, napojem bogów.

- Ohyda.

- Pychota- odparł mężczyzna z satysfakcją wychylając duszkiem resztę zawartości piersiówki.- Nic tak nie wspomaga mówienia o nieczystych uczynkach Perpetuy, jak czysta wódka.

- No, zaczynaj śpiewać ptaszku, drogi do zamku już niewiele przed nami- popędzałam Mattiasa, więc ten skrzywił się, ale w końcu zaczął snuć swoją opowieść:

- Więc od czego by tu zacząć? Lista powodów, dla których nienawidzę naszej słodkiej, byłej Królowej, jest naprawdę długa… Tak sobie jednak myślę, że bezkonkurencyjnym numerem jeden na niej jest fakt, że Perpetua zabiła mi rodziców. Moja matka i ojciec po długich torturach, nadzy, głodni, spragnieni i poniżeni, zostali nabici na drewniane pale, umieszczone następnie w sali audiencyjnej po obu stronach złotego tronu Królowej. Przez długie lata panowania każdy z przychodzących do Perpetuy interesantów mógł spojrzeć na gnijące, złowieszczo wykręcone od długich cierpień ciała moich rodziców. Po co zadawać ludziom tyle bólu, zapytasz pewnie? Spieszę z wyjaśnieniem: ku przestrodze! Urocza babka Vincenta kochała nieustannie dawać do zrozumienia swoim poddanym, że sprzeciwianie się jej rozkazom ZAWSZE ma tragiczny koniec.

Ścisnęłam mocniej ramię Mattiasa. Co innego było dowiadywać się od Fatmy o licznych morderstwach Królowej, a co innego usłyszeć o nich od osoby bezpośrednio dotkniętej represjami. Jak zauważył jeden z dyktatorów XX wieku, milion zabitych to przecież tylko statystyka, prawdziwą tragedią jest zabicie jednostek. Jednostek nam najbliższych.

- Powinienem podzielić los moich rodziców, ale, jak dobrze wiesz, mam więcej szczęścia niż rozumu, toteż uratowali mnie ludzie, służący mojej familii. Zdołali mnie skutecznie ukryć, nim rozpoczęła się rzeź wszystkich, którzy byli bliscy mi, mej matce i memu ojcu.

Mattiasowi zadrżał głos i zamilkł na klika sekund. Wcześniej nie chciałam przerywać, dlatego teraz zdecydowałam się wykorzystać okazję, by wyjaśnić nurtującą mnie kwestię:

- Czemu akurat twoją rodzinę spotkał taki los? Wygląda na to, że mocno nadepnęliście Królowej na odcisk.

- W czasie, gdy Perpetua władała Magicznym Światem, naprawdę nie trzeba było wiele, by zasłużyć sobie na tego typu „zaszczyty”. A moi rodzice… hm… jakby ci to najkrócej wyjaśnić… Uznajmy, że staruszkowie parali się działalnością opozycyjną, dążąc do odsunięcia Margolettich od władzy.

- Ciekawe, co by ci matka i ojciec teraz powiedzieli, widząc cię usługującego Vincentowi, wnukowi ich śmiertelnego wroga? W dodatku tytułujesz się królewskim kuzynem, a chyba nie jesteś krewniakiem panującego rodu?

Wszystkie te pytania wyrzuciłam z siebie na jednym wydechu, a myśli mknęły przez moją głowę z prędkością bolidów formuły jeden. Pragnęłam jak najszybszego potwierdzenia mych mętnych przypuszczeń, chcąc zrozumieć, jakim cudem syn rewolucjonistów został zwolennikiem znienawidzonego systemu.

Tymczasem Mattias skwasił się.

- Nienawidzę, jak ktoś przedstawia moją obecną pozycję w taki sposób. Na szczęście zaledwie kilka osób zna moje prawdziwe pochodzenie, a także wie o tym, że mnie i Vincenta nie łączą więzy krwi- mężczyzna odchrząknął.- Król nie lubi się z tym obnosić, ale to właśnie jemu zawdzięczam to, że żyję i mogę w tej chwili z tobą rozmawiać. Perpetua wydała na mnie wyrok śmierci, a Vincent, choć miał tylko sześć lat, nie wydał mojej kryjówki, mimo że doskonale ją znał. Jakby tego było mało, zaprzyjaźniliśmy się w dzieciństwie, a gdy doszedł do władzy, przedstawił mnie jako swego kuzyna, dając mi tym samym na nazwisko Margoletti. W ramach zadośćuczynienia za grzechy swej babki przyznał mi też dożywotnie, bajecznie wysokie kieszonkowe, co ustawiło mnie na całe życie.

- Wow- wykrztusiłam, bo tylko na tyle było mnie w obecnej chwili stać. Nie sądziłam, że historia życia Mattiasa, pozornie błazna i pijaka, mogła być tak wyjątkowa, a przy tym pełna bólu i cierpienia.

- Zaczynając ten temat nie sądziłam, że dowiem się od ciebie… aż tyle. Oczekiwałam raczej mniej krwawego, rodzinnego konfliktu w stylu „kto zjadł mój kawałek ciasta?”, bez nabijania na pale i całej reszty okropności…

Mężczyzna, początkowo przejęty opowiadaniem o rodzicach, teraz wyraźnie zrelaksował się i odprężył. Wzruszył ramionami.

- I tak kiedyś Vinncent wypaplałby ci to wszystko. Pominąłem kilka szczegółów, ale moja biografia jest na tyle barwna, że nie sposób jej tak po prostu zamknąć w kilku słowach.

- Nie wyznałeś mi chociażby, jak nazywałeś się wcześniej.

- Gdybym ci to powiedział, musiałbym cię zabić- wyznał Mattias, uśmiechając się od ucha do ucha, ale w tonie jego głosu było coś takiego, co kazało mi wierzyć, iż tak istotnie by było.

- Hm…- zaczęłam się zastanawiać, przesadnie ściągając usta w ciup.- Tak mi jeszcze przyszło na myśl… skoro ty i Vincent tak wiele sobie zawdzięczacie, to czy nie zdarzyło wam się kiedyś przypadkiem być zbyt… blisko?

Chociaż podejrzewałam, nauczona wcześniejszym doświadczeniem, jaka jest prawda, to jednak z przyjemnością zadałabym to pytanie jeszcze raz- wszystko dla zobaczenia śmiertelnie oburzonej miny Mattiasa:

- Rozum ci odjęło?!- krzyknął.- W życiu!

.

.

Mattias odprowadził mnie jedynie do mostu, wiodącego na zamek, ponieważ nie miał dziś zamiaru nocować w siedzibie Vincenta. Mężczyzna skierował swe kroki do miasta.

- Życie jest krótkie, a pić się chce- usprawiedliwił się, widząc moją groźną minę.

Zrozumiałam, że Mattias chce utopić w wódce złe wspomnienia, jakie nieopatrznie wywołałam, więc machnęłam na jego postępowanie ręką. Jeżeli miałam opuścić Magiczny Świat, to musiałam przestać przejmować się losem jego mieszkańców- tak nakazywał rozsądek. Niestety, serce podpowiadało trudniejszą drogę: ktoś powinien w końcu powstrzymać Mattiasa przed marnowaniem sobie życia.

Przemierzając tak zamyślona zamkowe korytarze, z opóźnieniem dostrzegłam, jak jedne z drzwi po mojej prawej stronie otwierają się gwałtownie. Z ciemności wysunęło się białe ramię, które mocno chwyciło mnie za nadgarstek i ostrym szarpnięciem wciągnęło do otulonego mrokiem pomieszczenia. Wszystko wydarzyło się tak szybko, iż nie zdążyłam nawet krzyknąć, a kiedy chciałam to uczynić, jakaś postać zakryła mi dłonią usta, wykręciła ręce i unieruchomiła mnie w żelaznym uścisku. Znalazłam się odwrócona plecami do nieznanego wroga, lecz zdążyłam zauważyć, że nie był on zbytnio wysoki.

Szamotałam się przez chwilę z napastnikiem, aż w końcu dałam za wygraną i jęknęłam. Dopiero, gdy się poddałam, usłyszałam cichy, kobiecy głos:

- Za chwilę cię puszczę, ale proszę, nie uciekaj, musimy porozmawiać, to ważne. Nic ci nie zrobię, nie musisz się bać. Mam ze sobą zapałki, zaraz rozpalę w kominku i wówczas ujrzysz moją twarz. Błagam, nie krzycz wtedy zbyt głośno. Zgoda? Jeśli tak, kiwnij głową.

Niepewna tego, z kim właściwie mam do czynienia, powoli skinęłam, a nieznajoma, zgodnie z obietnicą, rozluźniła uścisk i oswobodziła mnie.

Wolna, wzięłam głęboki oddech, a następnie odwróciłam się. Czułam się oszołomiona tym, że ktoś w zamku napadł mnie, a do tego była to kobieta, która zasadniczo nie powinna się tu znajdować. Przypatrywałam się zakapturzonej postaci, klęczącej teraz niedaleko moich stóp. Napastniczka z ciemnego worka, przypominającego damską torebkę, wyciągnęła zapałki, przy pomocy których rozpaliła ogień. Nieśmiałe płomienie , skaczące wśród kawałków drewna na opał rozświetliły pomieszczenie, a kobieta wstała i zrzuciła pelerynę.

Obiecałam nie krzyczeć, więc tego nie zrobiłam, ale nie do końca wiedziałam, jak mam zareagować.

- O Boże- powiedziałam po prostu. Spodziewałam się, że osoba, która mnie napadła, będzie mi nieznana, a twarz ukrywała przed światłem tylko dlatego, że została oszpecona w jakiś brutalny sposób.

Nic bardziej mylnego. Przede mną, w białej sukni, stała śliczna, młoda dziewczyna, którą widziałam w życiu tylko raz, w dodatku w obłoku mgły, ale którą rozpoznałabym nawet wybudzona w nocy z głębokiego snu. Jakby na potwierdzenie moich przypuszczeń, postać przede mną odezwała się niepewnie:

- Mamo…?

- Jak…?- zapytałam, ale nie dokończyłam, ponieważ niespodziewanie dziewczyna podbiegła i objęła mnie z całych sił. Zdezorientowana, odwzajemniłam jej uścisk, a ona już po chwili odchyliła się na długość ramion. Jej twarz promieniała radością.

- Wiedziałam, że mnie rozpoznasz, no wiedziałam!

Pokręciłam głową z niedowierzaniem.

- To… to niemożliwe! Masz się urodzić dopiero za kilka lat! Chyba… że Fatma i Pagitta kłamały, a ty przybyłaś tu, by je zdemaskować?- dociekałam, przy okazji poważnie zaniepokojona tym, jak dziewczynie udało się mnie odnaleźć i przedrzeć do wnętrza zamku pod czujnym okiem straży.

Nieznajoma, podająca się za moją córkę, tylko roześmiała się na te przypuszczenia i puściła mnie.

- Nie, mamo. To nie tak. Może to w tej chwili zabrzmi dla ciebie dziwnie, ale przybywam… z przyszłości.

- Masz rację, to dość niewiarygodne- odparłam, wypuszczając z siebie powietrze.

- Zaraz ci wszystko wyjaśnię, ale wolałabym to zrobić od razu w obecności Króla. Nie mam wiele czasu na rozmowę z wami, dlatego musimy się spieszyć. Proszę, zaprowadź mnie do ojca- poprosiła dziewczyna, a ja zrobiłam się jeszcze bardziej czujna.

- Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz? Że kiedy zaprowadzę cię do Vincenta, to go nie zabijesz?- spytałam z dużą dozą rezerwy, ale nieznajoma ani na moment nie straciła rezonu. Sięgnęła do przyniesionej ze sobą torby i wyjęła z niej oprawioną w skórę książkę.

- Proszę- podała mi trzymany przedmiot.- Otwórz ten zeszyt na pierwszej stronie i przeczytaj, co zostało tam napisane.

Dziewczyna była bardzo pewna siebie. Jeżeli rzeczywiście była córką moją i Vincenta, to tę cechę charakteru z pewnością odziedziczyła po tatusiu. Dałam się przekonać namowom i sięgnęłam po notatnik, który mylnie wcześniej nazwałam książką.

Dotknęłam gładkiej okładki i z duszą na ramieniu, zgodnie z instrukcją, otworzyłam zeszyt na jego początku.

Zaczęłam czytać tekst, napisany najwyraźniej przeze mnie, co od razu rozpoznałam po charakterze pisma:

.

Dziwnie jest tak pisać samej do siebie. To, co się dziś wydarzyło, jest niewiarygodne, nawet bardziej niż historia Mattiasa, którą ten opowiedział mi w drodze do zamku po parszywym dniu spędzonym u Perpetuy.

Dziś odwiedziła mnie moja córka, która tak naprawdę przyjdzie na świat dopiero za kilka lat. Ma na imię Liwia, tak jak zawsze chciałam nazwać swoje dziecko.

To wszystko jest strasznie pokręcone. Choć moja córka (jak dziwnie to pisać!) teraz wyszła razem z Vincentem, to kazała mi naskrobać coś, co w jej mniemaniu w przyszłości przekona mnie o tym, że jest prawdziwa, gdy wyruszy na spotkanie mnie w przeszłości (i jak tu się nie pogubić, nie zwariować?!). Uznałam, że może podam Liwii jakiś fakt z mojego realnego życia, o którym nikt w Magicznym Świecie nie może mieć pojęcia. Jeżeli dobrze pamiętam, to nikomu nigdy nie wyznałam, że w rzeczywistym życiu jestem blondynką, ponieważ przefarbowania moich loków zażyczył sobie Werszycki na czas, gdy restauracja, dla której pracuję, będzie organizować przyjęcia dla jego przybranych dzieci: Karola…

.

- … i Zygmunta- dokończyłam na głos. Podniosłam wzrok znad zeszytu i spojrzałam w oczy Liwii.

- Te słowa napiszesz dzisiaj, mamo- powiedziała dziewczyna, zabrała z moich rąk notatnik, a następnie przekartkowała szybko szereg stron zapisanych… przeze mnie.

- Ten zeszyt przez najbliższe lata będzie ci służył jako pamiętnik- wytłumaczyła.- Opiszesz w nim dzieje twojego bardzo burzliwego związku z moim ojcem oraz pozostawisz w nim wskazówki dla mnie, co mam robić, gdy w przyszłości cofnę się do przeszłości i spotkam się z tobą… nadążasz?- zapytała Liwia, widząc moją zdezorientowaną minę i szeroko otwarte oczy.

- Chyba tak… – sapnęłam.- Ale wytłumacz mi proszę, dlaczego zadajesz sobie w ogóle trud podróżowania w czasie? Po co cofnęłaś akurat do tego momentu mojego życia, w którym teraz jestem?

Liwia posmutniała, a jej delikatną, dziewczęcą twarz przestał zdobić uśmiech.

- Jest kilka powodów. O jednych opowiem ci dopiero w obecności ojca, ale jeżeli już teraz bardzo chcesz coś wiedzieć, to muszę ci wyznać, że w przyszłości nie będziemy mieć zbyt wielu okazji do przebywania ze sobą. Nigdy nie nauczysz mnie czytać, nie porozmawiamy o mojej pierwszej miłości, ani nie pójdziemy razem na babskie ploty. Umrzesz, nim zdążę dorosnąć.

.

.

.

Cytat: Józef Stalin (nie najlepiej czuję się, cytując akurat tę personę, ale jak widzicie, zdarzyło się dyktatorowi od czasu do czasu powiedzieć coś mądrego. Bolesnego, przykrego, ale jednak, według mnie, bardzo głębokiego).

Co nowego: Podróżnicy w czasie!:) Możecie o nich poczytać w specjalnej podstronie zakładki BOHATEROWIE.

Następny rozdział: 27 sierpnia 2014 roku