>><<

Jestem najbardziej niewinnym kłamczuchem, jakiego kiedykolwiek znałaś.

Chcę tylko, żebyś wiedziała,
Że jesteś za dobra, abym cię tak oszukiwał.

Naprawdę myślę, że to prawdziwa miłość.

Nie chcę żebyś wiedziała,
Że zostałaś złapana w najsłodszą pułapkę.
Obawiam się, że nie mogę Cię z niej wypuścić.

>><<

.

- Karolina, naprawdę musisz robić światu na złość? Dobrze wiesz, że Vincent kazał mi cię pilnować i to ja oberwę za twoje idiotyczne zachowanie.

- Mattiasie, z całym szacunkiem, ale ZAMKNIJ SIĘ i pomóż mi z tymi cholernymi drzwiami- stęknęłam do mojego towarzysza, mocując się z zardzewiałą zasuwą, która oddzielała mnie od upragnionej kryjówki.- Nie trzeba mi było wspominać o tym pokoju, skoro nie chciałeś, abym go odnalazła.

Królewski kuzyn westchnął głośno, ale nie ruszył się ani o milimetr, by mi pomóc.

Odkąd wyszliśmy z sali balowej, gdzie goście wiwatowali na cześć zaręczyn Vincenta i Gaela, nie marzyłam o niczym innym, jak o pogrążeniu się w zbawiennym śnie, który zabrałby mnie z Magicznego Świata. Choć niedawno obudziłam się i jeszcze nie czułam zmęczenia, to zależało mi na jak najszybszym opuszczeniu tego wymiaru- byle dalej stąd, byle dalej od Króla, byle dalej od własnych uczuć.

Pragnęłam ukryć w takim miejscu zamku, w którym Vincent by mnie nie znalazł i bym w spokoju mogła zasnąć. Opuszczając galerię, wyraziłam swoje głębokie powątpiewanie na temat możliwości istnienia przestrzeni nieznanej Królowi w jego własnym zamku. Jednocześnie Mattias szybko rozwiał moje wątpliwości.

- Nie kochana, mylisz się. Znajdzie się w tych murach pokoik, o którym nasz kochany Viciu nie ma bladego pojęcia.

Mężczyzna zaprowadził mnie do jednej z rzadziej używanych wież zamkowych, aby potwierdzić swoje słowa.

- TA DAM! Tutaj mój złoty kuzyn nie ma w zwyczaju zaglądać- obwieścił dumnie Mattias, wskazując na okute metalem drzwi, zamykane zardzewiałą zasuwą od zewnątrz. Niestety, nie kwapił się, aby równie chętnie, co w poszukiwaniu tajemniczego pomieszczenia, pomóc mi w dostaniu się do niego.

Na szczęście okazało się, że nie jestem tak wielkim słabeuszem, jak zazwyczaj uważałam, i po kilku mocniejszych szarpnięciach zasuwa ustąpiła ze zgrzytem.

- Vincent mnie zabije- jęknął mężczyzna, ale zignorowałam go.

- A bo to pierwszy raz?- zapytałam retorycznie, wchodząc pewnym krokiem do ciemnego pokoju.

Jedynym źródłem światła w małym pomieszczeniu był blask księżyca, wpadający nieśmiało przez wąskie okno, sięgające od sufitu do podłogi. Blada poświata pomagała dostrzec pajęczyny czające się tu i ówdzie, a także pryczę i mały stolik, na którym zebrała się gruba warstwa kurzu.

- Dawno nikt tu nie zaglądał- stwierdziłam, rozglądając się z zainteresowaniem po kamiennych, nagich ścianach.

- Taa.. bardzo odkrywczo to zauważyłaś- mruknął mocno zniecierpliwiony Mattias.- Proszę, chodźmy już stąd.

- Mi tam się nigdzie nie spieszy- uznałam, siadając na prowizorycznie zorganizowanym łóżku. Materac, choć dziurawy miejscami, to dzięki słomianemu wypełnieniu był niesłychanie miękki.

Po dłuższym spieraniu się z moją osobistą nianią postawiłam na swoim. Mattias wyszedł, przeklinając mnie i moje pomysły pod nosem, ale zgodził się zamknąć pokój od zewnątrz i wrócić nad ranem, aby mnie z niego wypuścić. Choć podejrzewałam, że i tak zapomni o swojej obietnicy, to w mojej obecnej sytuacji nie była mi nawet zbytnio straszna męczeńska śmierć z głodu, który, tak nawiasem wspominając, czułam coraz wyraźniej.

Przyłożyłam głowę do siennika i ignorując uczucie wewnętrznej pustki, zmusiłam organizm do zapadnięcia w sen.

.

.

Wakacje w Zajeździe z reguły były czasem bardziej napiętym, niż pozostałe miesiące roku. Kalendarz imprez szefowa Arleta zawsze starała się wypełnić po brzegi, ale w tym roku przeszła samą siebie. Wesela, chrzciny, rocznice ślubów, osiemnastki, stypy… na wszystkie te okazje należało przygotować oddzielne menu, zgodne z najdziwniejszymi życzeniami klientów.

Jutka, szefowa kuchni i najlepsza z zatrudnionych kucharek i kucharzy, z reguły nie miała problemu, aby sprostać postawionemu przed nią zadaniu. Niestety, kilka miesięcy temu rozstała się z mężem. Mimo zapewnień, że kłopoty osobiste nie wpłyną na jej obowiązki zawodowe, niektóre sytuacje przerastały ją. Często myliła się podczas odbierania zamówień na większe wydarzenia, a do tego zdarzało się, że zmuszona była zabierać swoją ośmioletnią córkę Klaudię ze sobą do pracy, aby mała nie siedziała samotnie w mieszkaniu.

Arleta starała się wykazać sporo empatii i przymykała oko na nieprofesjonalne zachowanie swojej pracownicy, pozwalając jej na podobne ekscesy, chociaż podejrzewałam, że cierpliwość szefowej w końcu się wyczerpie.

Jednak nie sądziłam, że stanie się to akurat dziś podczas przerwy śniadaniowej, kiedy siedziałam na jednym ze stołków przy blacie w kuchni w towarzystwie Jutki i jej latorośli.

- Córcia, przestań- skarciła własne dziecko kucharka.- Weź się za coś innego niż krojenie sałaty, bo jak Arleta zobaczy, że bierzesz się za gotowanie nie posiadając książeczki sanepidu, to mnie posieka dużo drobniej niż ty szatkujesz te liście- perswadowała monotonnie, dekorując w tym samym czasie jedną z potraw, zamówioną przez gościa restauracji Zajazdu pod Czerwonym Tulipanem.

- Kiedy mi się nudzi…- wymruczała niezadowolona Klaudia. Dziewczynka zignorowała prośbę matki i leniwymi ruchami nadal znęcała się nad sałatą. Jutka westchnęła.

- Ale sobie kurwa pociechę wychowałam- oznajmiła kucharka z typową dla siebie bezpośredniością.

Niejednokrotnie już słyszałam, jak kobieta przeklina przy własnym dziecku, co zawsze mnie raziło. Niemniej, nie mogłam w żaden sposób zaradzić przyzwyczajeniom Jutki. Kiedyś delikatnie próbowałam jej zwrócić uwagę, by uważała, jak się wyraża, przez co całkowicie zepsułam atmosferę w pracy. Kryzys między nami został zażegnany dopiero wtedy, gdy przeprosiłam Jutkę za wtrącanie się w nieswoje sprawy i obiecałam więcej nie udzielać jej rad na temat wychowywania dzieci, skoro sama ich nie posiadam.

- A może pójdziesz pobawić się do ogrodu?- zaproponowałam Klaudii.- Myślę, że huśtawki już wyschły po nocnym deszczu.

Dziewczynka przerwała swoją robótkę i zaczęła się głęboko namyślać, podczas gdy Jutka zawołała:

- Paula, zamówienie na stolik numer siedem gotowe!

Słysząc, jak kucharka wymawia imię mojej koleżanki, drgnęłam, bowiem przypomniałam sobie, co postanowiłam, będąc wczoraj świadkiem nieprzyjemnego zajścia w lesie.

Doświadczenie nauczyło mnie, że nie powinnam się mieszać w cudze problemy, ponieważ z reguły źle się to dla mnie kończyło (jak pokazał zresztą przykład Jutki…). Jednocześnie w mojej głowie istniało małe, irytujące i skrzeczące stworzenie, nazywane powszechnie sumieniem, które utwierdzało mnie w przekonaniu, że powinnam przynajmniej zapytać Paulę, czy wszystko u niej w porządku. A nuż dziewczyna potrzebuje rozmowy, by jedynie ” wygadać się”? Mogłam przecież wysłuchać tego, co jej na sercu leżało, nie wchodząc przy tym z butami w jej życie.

Tymczasem Paula wbiegła do kuchni. Chociaż schludny ubiór i staranne uczesanie wymagane w pracy sprawiały, że wyglądała całkiem ładnie, to w jej oczach gościł wyraźny smutek.

- Pan Jabłoń kazał zapytać, czy skoro musi czekać tak długo, to jego kurczak jest dopiero oskubywany z pierza – jednostajnym tonem oznajmiła Paula. Powstrzymując wybuch śmiechu, przeniosłam wzrok na Jutkę, która dopiero teraz zrozumiała dla kogo przygotowuje potrawę.

- TEN GNÓJ ZNOWU TU JEST?!- ryknęła rozeźlona kobieta, na co dwóch jej pomocników drgnęło, a jednemu o mały włos nie wypadł z rąk talerz. Klaudia spojrzała na swoją mamę z dezaprobatą:

- W przeciwieństwie do mojego ojca, on jeden nieustannie cię odwiedza, ciesz się- stwierdziła rezolutnie dziewczynka i odłożyła nóż.- Idę na plac zabaw, a ty się tak nie wpieniaj.

Nim Jutka zdążyła opanować zaskoczenie, ja przesunęłam talerz z przygotowywane daniem w stronę Pauli:

- Weź, to dla Jabłonia. Powiedz mu, że nasza najlepsza kura aktualnie ucina sobie drzemkę i nie śmieliśmy jej budzić, ale mamy nadzieję, że ta mrożonka okaże się godnym zastępstwem i będzie mu smakować.

Dziewczyna chwyciła talerz i bez słowa wyszła z kuchni, a Jutka wzięła głęboki haust powietrza.

- Karolina, ja tu kurwa nie wytrzymam- oznajmiła, zamykając powieki i próbując opanować narastającą w niej falę wściekłości.

- Policz do dziesięciu i weź głęboki oddech- poradziłam.- To po prostu kolejna wizyta tego czubka, za chwilę sobie pójdzie i wszystko wróci do nor…

- NOSZ KURWA NIE!- wrzasnęła nagle Jutka, rzucając ze świstem na stół trzymany ręcznik.- Z jednym facetem w moim życiu już udało mi się zrobić porządek, najwyraźniej nadszedł czas, by ustawić kolejnego drania.

Nim zdążyłam zareagować, kobieta rzuciła się do drzwi i gniewnym krokiem wparowała na salę, w której siedzieli goście.

- No to się za chwilę będzie działo. Idę zobaczyć, czy da gościowi w pysk. Stawiam stówę, że tak!- żywo oznajmił Krzysiek, jeden z kuchcików, i pozostawiając smażące się w rondlu mięso, ruszył za Jutką.

Chociaż byłam bardzo ciekawa rozwoju wydarzeń, nie zdecydowałam się pójść śladem chłopaka, tylko migiem pobiegłam zawiadomić Kamę, która w krytycznych momentach jako jedyna potrafiła w jakikolwiek sposób wpłynąć na porywczą kucharkę.

- Jutka. Jabłoń. Będzie rzeź- nakreśliłam sytuację krótko, acz treściwie, wpadając niczym wicher do gabinetu Kamy, a ona natychmiast zerwała się ze swojego miejsca za biurkiem, w lot chwytając powagę moich słów. Menadżerka, wybiegając, prawie zderzyła się w drzwiach z Paulą.

- O, już zawiadomiłaś kogo trzeba- zwróciła się do mnie dziewczyna bez entuzjazmu.- Dobrze, bo jak opuszczałam salę, to Jutka trzymała klienta za koszulę i tak darła japę, że aż pozostali goście przerwali posiłek, by podziwiać tę szopkę.

- Cóż… możliwe, że nasza kochana szefowa kuchni zareagowała ciut za ostro, ale nie dziwię się jej. Jabłoń to naprawdę trudny klient i nieustannie się wszystkiego czepia. Mam wrażenie, że przychodzi do restauracji tylko po to, by uprzykrzyć Jutce życie.

Przez twarz Pauli przemknął cień.

- Faceci… każdy z nich to kompletny idiota- mruknęła i skrzywiła się, a ja poczułam, jak mój żołądek wywija koziołka. Najwyraźniej nastała stosowna chwila, by zadać wcześniej przygotowane pytanie.

- Wiesz Paula, nie chcę się wtrącać, ale wydajesz się być… przybita. Gdybyś chciała o czymś pogadać, albo może mogłabym ci jakoś pomóc…

Ostatnie słowa wypowiedziałam zdecydowanie ciszej i mniej pewnie, ponieważ wzrok dziewczyny sparaliżował mnie.

- Karolina wybacz, ale gówno wiesz o życiu i o tym, co to są prawdziwe problemy- powiedziała szybko rozdrażniona Paula, ale natychmiast przystopowała własną złość.- Sorry, poniosło mnie. Po prostu…

- Ok, w porządku. Nie musisz się tłumaczyć- ucięłam, ignorując zażenowanie i starając się nie pokazywać, jak wielką przykrość mi sprawiono.- Uznajmy, że nie było tematu.

Paula skinęła, przystając na tę propozycję i nawet spróbowała się do mnie uśmiechnąć przepraszająco, ale zamiast tego na jej twarzy ukazał się nieporadny grymas. Gromiąc się w myślach za próbę ulepszania na siłę czyjegoś życia, odwróciłam się na pięcie, by wrócić do swoich obowiązków, gdy nieoczekiwanie moja współpracownica zatrzymała mnie:

- Poczekaj.

Przystanęłam niezdecydowana, ale ostatecznie odwróciłam się powoli.

- Naprawdę, nie musimy już więcej rozmawiać na ten temat- zaczęłam cierpliwie tłumaczyć, ale Paula pokręciła głową.

- Wiem. Tylko kurczę, głupio wyszło, niepotrzebnie się od razu wkurwiłam. Chyba dlatego, że rzeczywiście mogłabyś mi pomóc, ale nie wiem, czy tym samym nie wpakuję cię w jakieś bagno.

- Mogłabyś mówić nieco… jaśniej?

Nie dane było mi doczekać się odpowiedzi, ponieważ Kama wróciła do swojego gabinetu. Jej twarz była czerwona, oddech przyspieszony, biała koszula pomięta, a włosy rozczochrane. Wytrzeszczyłam oczy, widząc swoją menadżerkę w takim stanie.

- Ratowałaś świat przed armagedonem?- zapytałam, a Kama przewróciła oczami.

- Jasne, walczyłam dzielniej niż Will Smith w „Dni Niepodległości”. Cóż, mówiąc poważniej, to Jutka rzuciła się okładać Jabłonia gołymi pięściami, robiąc to lepiej, niż niejeden zawodowy bokser, a ja byłam jedną z tych, którzy rzucili się ją odciągać na stronę i uspokajać. Z dość marnym skutkiem.

- I co teraz?- dociekała zaintrygowana Paula, ale Kama jedynie wzruszyła ramionami.

- Arleta zaprosiła Jabłonia i Jutkę do siebie, by wyjaśnić, jak sama się wyraziła: „to dość niefortunne zajście”. By uniknąć niepotrzebnych zażaleń nasza kochana szefowa zapowiedziała też, że goście w ramach przeprosin za zakłócenie spokoju podczas spożywania posiłku przez nasz personel za chwilę otrzymają desery na koszt firmy. Dlatego możecie już zacząć kroić owoce do salaterek. Koniec gadania, moje faktury same się nie wystawią. Bierzmy się do pracy.

.

.

-…i tak oto Jutka nie pokazała się już dziś w Zajeździe, bo pani Arleta kazała jej wrócić do domu i ochłonąć, skoro od jutra przez najbliższy miesiąc będzie pracować razem z… Jabłoniem! Wyobrażacie to sobie?!

Opowiadałam właśnie rodzicom z nieukrywanym wzburzeniem o wydarzeniach dzisiejszego dnia, jedząc jednocześnie kolację. Wyjątkowo się dziś nie spieszyłam z położeniem spać, choć mięśnie nóg stanowczo domagały się odpoczynku.

- Matko Boska… Dwóch szefów kuchni, w dodatku tak porywczych, jak tych dwoje, to nic dobrego- zmartwiła się nie na żarty moja mama.- Czy Arleta zdaje sobie sprawę, jak ich wspólna praca może się skończyć?

- W najgorszym razie burdą, taką jak dziś- obojętnie oznajmił tata i podniósł się ze swojego miejsca w kuchni.- Cóż, czas spać. Północ to nie pora na to, by martwić się, co z tego wszystkiego wyniknie.

Po krótkiej wymianie zdawkowych komentarzy na temat tego, jak moim rodzicom minął dzień, niechętnie, acz podążyłam w ich ślady i zdecydowałam się położyć do łóżka.

Jednak sen nie przyszedł tak szybko, jak mogłabym się spodziewać. Powietrze w pokoju było ciężkie, a przez otwarte na oścież okno zdawały się docierać do mnie jedynie hałasy, zamiast powiewów nocnego chłodu.

Wierciłam się na swoim posłaniu, nie mogąc znaleźć sobie wygodnej pozycji, aż w końcu zupełnie nieoczekiwanie dla mnie, gdy sądziłam, że nadal jestem w rzeczywistym świecie, po otwarciu powiek ujrzałam kamienną ścianę komnaty w zamku w Magicznym Świecie, do której przywarłam całym ciałem, zapewne instynktownie obawiając się zsunięcia z wąskiej pryczy podczas mojej drzemki.

- Szlag by to wszystko trafił- wymamrotałam sennie sama do siebie, żałując, że przenosiny odbył się tak szybko.

Ostatnie, czego się spodziewałam, to usłyszenie odpowiedzi na moje marudzenie.

- I jak ci się spało w celi, w której Julietta więziła moją babkę?

Słowa, wypowiedziane dość chłodno, natychmiast zmusiły mnie do szybkiego poderwania się do pozycji siedzącej.

- Ty!- warknęłam bez sensu na widok Vincenta, opierającego się plecami o drzwi wejściowe. Mężczyzna nadal miał na sobie strój, w którym widziałam go w sali balowej podczas jego zaręczyn z Gaelem. Z tą różnicą, że jego kruczoczarnych włosów nie zdobiła już korona.

- Ja- odparł, uśmiechając się cynicznie i zakładając ręce na piersi.

No tak: głupia odpowiedź na głupie pytanie, jak zwykł mawiać mój tata. Niezrażona niecodzienną obecnością Króla, zsunęłam stopy na podłogę i przeciągnęłam się.

- Mattias miał po mnie przyjść, nie Wasza Królewska Mość- rzuciłam w przestrzeń oficjalnym tonem, ignorując Vincenta.

- Powiedzmy, że twój opiekun ma szlaban na wychodzenie z pokoju. Surowo zakazałem mu kiedykolwiek przyprowadzać kogoś do tego pomieszczenia, a tymczasem spójrz: z celi zrobiła się noclegownia! I tak mój kuzyn ma szczęście, że przynajmniej na czas przyznał się do kolejnego wybryku.

- Zabiję go- mruknęłam pod nosem, zdając sobie sprawę, że Mattias mnie okłamał. Vincent usłyszał ten pomruk niezadowolenia i natychmiast zareagował.

- Możemy go zabić razem- zaproponował. Spojrzałam na niego spod oka i nieomal jednocześnie parsknęliśmy śmiechem.

Atmosfera na moment uległa rozluźnieniu. Po raz kolejny poczułam się swobodnie w towarzystwie Króla, który wcześniej, udając Iana, przekonał mnie do siebie i obecnie wydawał się bardziej… ludzki.

Nic, co piękne, nie trwa w Magicznym Świecie wiecznie. Vincent spoważniał i odchrząknął, a następnie odezwał się:

- Karolina, nie mam czasu na pogaduszki, przyszedłem tu, by…

- To świetnie, że Król ma tyle spraw na głowie, nie mam serca zabierać Waszej Królewskiej mości ani minuty dłużej- przerwałam, nie mając ochoty ciągnąć tej dziwnej rozmowy, w końcu nie pozbyłam się wszystkich uprzedzeń co do tego mężczyzny.

Vincent naburmuszył się, ale zamiast zmienić ton na jeszcze bardziej wściekły, wypuścił z siebie powietrze, by uspokoić emocje, a następnie zbliżył się do mnie. Usiadł na pryczy, tuż obok i tak samo, jak ja, wlepił wzrok w ścianę.

- Rozumiem, jesteś zła. W sumie, to masz do tego prawo. Kto by chciał, by osoba, którą się kocha, była jednocześnie zaręczona z kimś innym.

- Byłoby cudownie, gdyby to był JEDYNY powód do tego, abym się irytowała.

Najwyraźniej zaskoczyłam Vincenta, ponieważ odwrócił się w moją stronę i zapytał z wyrzutem:

- Jak to „jedyny”?

- Jestem zła, bo, po pierwsze, przebywam na zamku wbrew swojej woli, po drugie, gość w którym się zakochałam, zachowuje się jak palant, a mnie ma za idiotkę.

By dosadniej wskazać Vincentowi, że to jego postać mam na myśli, używając inwektyw, spojrzałam na niego wymownie.

Atmosfera znowu drastycznie zmieniła się po wykonaniu przeze mnie tego dość niepozornego ruchu głową. Twarze moja i Króla znalazły się niepokojąco blisko siebie, a między nami od razu powstało napięcie, które sprawiło, że spięłam się. Po minie Vincenta rozpoznałam, że i jemu towarzyszą podobne uczucia. Mężczyzna wyciągnął rękę i dotknął moich rozczochranych włosów, opadających niesfornie na ramiona.

- Jeżeli mamy być razem, musisz się zmienić, siebie i swoje zachowanie- wychrypiał Król.

- Po co mam się zmieniać?- zapytałam, nie dowierzając temu, co właśnie usłyszałam.

- Nie mogę zostawić Gaela, jeżeli nie będę pewien, że jesteś tego warta i dasz radę być… Królową.

- Jesteś świetny w ranieniu każdym wypowiedzianym słowem- odparłam ze smutkiem i odsunęłam się od Vincenta, na co on pokręcił głową z dezaprobatą.

- Nie było moim zamiarem cię obrazić, Karolino. Ciągle próbuję ci wyjaśnić, że nasze światy różnią się. W tym, w którym teraz przebywasz, jestem Królem i ograniczają mnie różnego rodzaju konwenanse, których nie mogę łamać, jeżeli chcę, by podwładni mnie szanowali. Gael doskonale nadaje się do roli księcia małżonka, orientuje się w bieżących problemach Magicznego Świata i jestem pewien, że świetnie pomoże mi w sprawowaniu rządów.

- W takim razie nieźle się składa, że odpowiedziałeś „tak” na jego pytanie- wydusiłam, przez zaciśnięte zęby i spuściłam wzrok.

- Nie lubię, gdy na mnie nie patrzysz, jak rozmawiamy- wyszeptał Vincent, chwytając za mój podbródek zdecydowanie i zmuszając mnie do podniesienia głowy. Nasze oczy spotkały się: moje lekko załzawione, jego radosne, błyszczące w świetle poranka.- Nie będę powtarzał setki razy, że cię kocham, ale jeżeli tego potrzebujesz, by zrozumieć, że mi na tobie zależy, mogę to robić w kółko. Przemyślałem naszą ostatnią rozmowę i jestem skłonny przyznać, że potraktowałem cię źle, mówiąc, że darzysz uczuciem moje pieniądze, nie mnie. Cóż zrobić, taki jestem: wiecznie podejrzliwy, nie ufam ludziom. Jednak… zrobiłem w życiu kilka wyjątków od tego nawyku i jestem w stanie zrobić to po raz kolejny. Musisz mi tylko pokazać, że mnie kochasz, upewnić mnie w tym.

- Nie zrobiłam tego dotychczas?- zapytałam, marszcząc czoło, na co Vincent uśmiechnął się kpiąco.

- Może mi to jakoś umknęło przez twoje ostatnie ucieczki i wieczne robienie mi na złość.

- Nie myśl, że słodkimi słówkami unikniesz mojej zemsty za to, w jaki sposób sprowadziłeś mnie z dworu Guiliano.

- Wcale tak nie myślę- przerwał mi Vincent i po raz kolejny się przybliżył. Jego usta prawie dotykały moich warg i niewiele brakowało, byśmy pocałowali się, ale powstrzymałam Króla.

- Nawet się nie waż. Wróćmy proszę do punktu wyjścia: masz narzeczonego.

Król skrzywił się. Na twarz wstąpił mu jego grymas numer trzy, a brwi zbliżyły się do siebie. Vincent najwyraźniej ciężko znosił porażki, nawet te w życiu uczuciowym.

Pożałowałam tego, że odepchnęłam Króla od siebie, gdyż naprawdę nie marzyłam o niczym więcej, by go pocałować: gorąco i gwałtownie, niczym na filmach, a kto wie, może nawet i zedrzeć z niego ubranie, by…

Niestety, miałam bolesną świadomość, że zgadzając się na te bliższe kontakty może i będę szczęśliwa. Przez chwilę, moment, ulotne sekundy, by później, po ślubie Vincenta z Gaelem, pogrążyć się w bezdennej rozpaczy.

.

.

.

Cytat: fragmenty piosenki Dawida Podsiadło- No

Kilka słów ode mnie: Egzamin licencjacki- zdany:) Ale zanim zabiorę się mocno za zaległości, od 19-30 lipca wyjeżdżam. Nie samym blogiem żyje człowiek. Czasami wyjątkowo silnie potrzebuję zrobić sobie detoks od internetu;d

Ale nie myślcie, że nie pamiętam o WAS! Regularnie do Was zaglądam i choć JESZCZE nie pozostawiłam po sobie widocznych śladów, jestem na bieżąco:D

Alex- Najpierw ślub (wow! gratuluję i życzę wszystkiego dobrego na tej nowej drodze życia!:)), a potem blogi;)

Basia- łapkami-stworzone-zawieszone. Ale mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku?

Bezbarwna- żyjesz dziewczyno?:D

Angelique- Jak to „powoli koniec tej historii”?! Nie zgadzam się! Liberum veto! Ale pogadamy jeszcze na ten temat, jak wrócę z wyjazdu;d

de Sade- Jeżeli jeszcze się na mnie nie obraziłaś, za moje opóźnienia, to napisz proszę, jak mijają Ci wakacje!:) (ps. dokonując- wyboru: poproszę jeszcze przynajmniej dwa nowe rozdziały do końca lipca! wciągnęłam się;d)

Ruda- TL mnie zniszczyło- ostatnio włączam telewizor, leci jakiś film z Dwayne Johnosnem, a moja pierwsza myśl, to „o, Luke na wielkim ekranie” xD

Sky- GRATULUJĘ zdanej sesji (zawsze lepiej późno, niż wcale^^).

Tosia- Jak przygotowania do wyjazdu?;) Spakowana? Gdziekolwiek jedziesz, weź ze sobą coś na komary- ostatnio mam wrażenie, że ten diabelski pomiot jest wszędzie;d

versemovie- wydaje mi się, że kiedyś chciałaś przenieść się z onetu na inną platoformę- jednak zostajesz?;) Bo nie wiem, czy coś przegapiłam, ale chyba nie zmieniłaś adresu bloga…?