>><<

ON:

Więc nie zachowuj się tak jak gdyby to była zła rzecz zakochać się we mnie.

A teraz, co ty na to, żeby mój głos był ostatnim jaki usłyszysz w nocy?
I każdej następnej nocy przez resztę nocy jakie jeszcze zostały.
Każdego poranka chcę po prostu widzieć jak odwzajemniasz moje spojrzenie,
Ponieważ wiem, że to dobre miejsce by zacząć.

 

ONA:

Nie chcę, żebyś odchodził.

Och, czy nie zechciałbyś zostać ze mną?
Bo Ty jesteś wszystkim czego potrzebuję.
… kochanie zostań ze mną.

 >><<

.

Noc w Magicznym Świecie szczelnie okryła płaszczem ciemności wszystko, co stanęło jej na drodze. Księżyc uparcie trwał schowany za grubą warstwą ciężkich, deszczowych chmur, tym samym pogłębiając mrok panujący w lesie Pagitty. Jedna z gwiazd, znudzona ukrywaniem się za obłokami ciemnego puchu, zdecydowała się zabłysnąć jaśniej.

Jakież było jej zaskoczenie, gdy należące do niej połyskujące refleksy srebrzystego światła natrafiły na dwoje wędrowców, przemykających między drzewami. 

- Nie mogłaś zostawić swoich przyjaciół bliżej zamku?- zapytał z przekąsem mężczyzna, jednocześnie nerwowo rozglądając się wokół, jakby obawiając się zasadzki lub upiora.

- Spacer dobrze ci zrobi- odparła zadziornie dziewczyna, wzruszając ramionami. Naciągnęła mocniej czarny kaptur na twarz, aby jej towarzysz nie dostrzegł grymaśnej miny.

Zaintrygowana tymi niecodziennymi gośćmi w lesie, druga z gwiazd wyślizgnęła się zza chmur- akurat w tym samym czasie, gdy nagle spomiędzy drzew wyłoniło się bezszelestnie jeszcze dwoje ludzi.

- Liwia?- zapytał lękliwie jeden z nich.

- Tak, baranie. A niby kto inny maszerowałby po tym zadupiu w tak parszywą noc?- mruknęła dziewczyna, posyłając jednocześnie zmęczone spojrzenie niebiosom.

Postacie zsunęły okrycia głowy, odsłaniając swoje twarze: niby męskie, a jednocześnie ciągle chłopięce.

- Jeszcze trochę, a ten kretyn nie rozpozna sam siebie w lustrze- dogryzł wysoki brunet niższemu od niego blondynowi, a następnie zrobił krok w przód, śmiało spojrzał w oczy zakapturzonego przybysza i rzucił mimochodem kilka słów przeznaczonych wyłącznie dla ucha Liwii:

- Widzę, że twój zakichany tatuś się pofatygował i cię odprowadził?

- Na kolana, głupcy- syknęła rozeźlona dziewczyna, a kiedy nie posłuchano jej, wykonała prędki ruch prawą dłonią, który powalił krnąbrnych towarzyszy na ziemię. W reakcji na ten gest, najstarszy z mężczyzn również zdjął kaptur i odsłonił swoją twarz, a wówczas druga z gwiazd zdecydowała się skryć, obawiając się potęgi władcy Magicznego Świata, z którą nawet przyroda nie była w stanie wygrać. Przynajmniej nie w tej krainie.

- Cóż za miłe spotkanie! Doprawdy, urocza to noc, gdy mogę ujrzeć, jak dzieci mych wrogów leżą przede mną pokornie, powalone przez mą własną córkę- ironizował Król.

- Nie przeginaj, tato- skarciła go dziewczyna.- Tylko ja mogę dogryzać tym pokrakom. Choć nie są odpowiednio wychowani, to jednak nadal bliscy mi ludzie.

- Traktujesz przyjaciół w dość specyficzny sposób- mruknął blondyn, mocując się z niewidoczną siłą, udaremniającą powstanie i najdrobniejszy ruch. Chłopak posłał Liwii błagalne spojrzenie, jednak ta odwróciła wzrok, udając, że nie dostrzega prośby.

- O! Jest tu dziś z nami syn Juana, mojego najdroższego braciszka. Wszędzie rozpoznam rysy Margolettich. Liwio, czy to oznacza, że nie uda mi się dorwać tego bękarta i udusić go, nim osiągnie pełnoletniość?- zapytał Król, udając zaciekawienie i przykucnął, chcąc bliżej przyjrzeć się brunetowi.- Masz na imię Will, prawda?

Jeden z leżących chłopaków skrzywił się.

- Tak, wujku. A co, nie podoba ci się moje imię?

- Cały mi się nie podobasz- stwierdził mężczyzna sucho i powstał. Zwrócił się teraz do swojej córki.- Nie wiem, dlaczego jeszcze nie zabiłaś tych błaznów. Im szybciej zabierze ich śmierć, tym lepiej dla Królestwa.

- Z całym szacunkiem, ale proszę ojcze, nie wtrącaj się do moich decyzji- stwierdziła hardo dziewczyna, po czym opuściła dłoń i leżący nareszcie mogli się podnieść, co uczynili szybko, skwapliwie poprawiając swoje stroje i otrzepując je z leśnej ściółki.

- Jak uważasz- wzruszył ramionami Król, jednak zachowanie Liwii zdecydowanie mu nie odpowiadało, co zdradzał jego niezadowolony wzrok.- Wracam do zamku. Ufam, iż dalej już sobie poradzisz.

Dziewczyna przytaknęła zdecydowanym ruchem głowy, a mężczyzna ponownie szczelnie zakrył twarz połami kaptura i ruszył w drogę powrotną. Liwia przez chwilę wpatrywała się tęsknym wzrokiem w punkt między drzewami, gdzie zniknął jej ojciec, oczekując, czy przypadkiem nie zawróci i nie pożegna się z nią w nieco bardziej czuły sposób, ale nic takiego nie nastąpiło.

- Ostrzegałem cię, że twoi rodzice nie rzucą ci się na szyję, gdy tylko dowiedzą się, kim jesteś. Do bycia matką i ojcem trzeba dojrzeć, a ci dwoje nawet jeszcze nie są razem w tym czasie, w którym wylądowaliśmy. Nie przejmuj się- pocieszał dziewczynę Kajetan, na co Will prychnął lekceważąco.

- Ty i te twoje natchnione teksty! No ja pierdolę, Vincent to bufon, nie można go usprawiedliwiać.

- Nie umiesz ocenić jasno sytuacji. Wkurzasz się, bo nadal pamiętasz, jak to Król wysłał za tobą nakaz aresztowania i uduszenia- odciął się blondyn. Will naprężył mięśnie i z pewnością gotów był użyć kilku siłowych argumentów, gdyby nie interwencja Liwii.

- Wystarczy tej dziecinady- rozkazała dziewczyna i sięgnęła dłonią do łuku na plecach.- Możecie sobie dać po pyskach, ale dopiero jak wrócimy do domu.

Gwieździe widok na ułamek sekundy zasłoniła burzowa chmura. To wystarczyło, by z jej maleńkiego pola widzenia zniknęło troje młodych ludzi. Gdy brunatny obłok leniwie się odsunął, po Liwii, Kajetanie i Willu nie pozostał ani jeden ślad w lesie Pagitty w Magicznym Świecie.

.

.

Kiedy Vincent wszedł do sypialni, moja twarz była przyklejona do królewskich dokumentów, na których próbowałam uciąć sobie drzemkę.

- Shit- zaklęłam cicho na dźwięk otwieranych drzwi. W głębi duszy miałam nadzieję, że uda mi się zasnąć i przenieść do mojego świata, nim Król wróci. W końcu byłam specjalistką od odwlekania skomplikowanych rozmów.

Niechętnie wyprostowałam się na krześle, a Vincent w tym czasie zrzucił z siebie pelerynę i całym ciężarem ciała opadł na jeden z foteli. Przetarł rękoma twarz, próbując odgonić zmęczenie i spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakby widział mnie po raz pierwszy.

- No co?- burknęłam, czując się nieswojo.

- Pytasz: „co”?!- zdenerwował się Król i prychnął.- Oczekiwałem, że po tym, jak odwiedziła nas nasza jeszcze nienarodzona córka, będziesz miała mi więcej do powiedzenia.

- Pan i władca chce rozmawiać?- sarknęłam, mocno zirytowana.- Świetnie, zatem utnijmy sobie miłą pogawędkę. Na początek wyjaśnijmy, jakim cudem ród Margolettich zna dzieła Mario Puzo, genialnego pisarza żyjącego w MOIM wymiarze?

Z satysfakcją wpatrywałam się w zaskoczonego tym pytaniem Vincenta. Nie dane mi było jednak napawać się długo moją małą chwilą triumfu.

- Twoja niedomyślność jest wręcz zadziwiająca- stwierdził Król, pławiąc się w samozadowoleniu.- Przecież Margoletti nie są rodowitymi mieszkańcami Magicznego Świata, nie zorientowałaś się jeszcze? Pochodzimy z twojego wymiaru.

Gdyby nie to, że siedziałam, z pewnością ta wiadomość zwaliłaby mnie z nóg.

- Że niby jak?!

- Słyszałaś przecież: rodzina Margolettich nie urodziła się w Magicznym Świecie- powtórzył Vincent cierpliwie.- Właśnie dlatego mamy czerwoną krew i potrafimy władać magią.

- Czy… czy to oznacza, że ty… Julietta…i Perpetua… po zaśnięciu przenosicie się do rzeczywistego świata? Tak… jak… ja?- spytałam niepewnie, choć jednocześnie marzyłam o tym, by moje przypuszczenia się nie potwierdziły.

Nie ma więc co się dziwić, że z ulgą przyjęłam osobliwą odpowiedź Vincenta:

- Nie. A co, chciałabyś zaprosić mnie do znajomych na facebooku?

Po tym pytaniu w pokoju na chwilę nastała niezręczna cisza, a następnie oboje wybuchnęliśmy szczerym, gromkim śmiechem. Myśl o tym, że mogłabym z Królem porozumiewać się za pomocą nowoczesnych środków przekazu, była tak absurdalna, że omalże nie zgięłam się w pół od nagłego wybuchu radości.

Vincent opanował emocje jako pierwszy i podniósł się z fotela.

- Wybacz, ale dzisiejszy dzień nie należał do najłatwiejszych, chciałbym już pójść spać.

Uniosłam brew.

- Znowu zaczynasz się ze mną drażnić? Chyba jasno ci wyjaśniłam, że nie będę z tobą leżeć w jednym łó…

- Nie mam już sił na kłótnie- przerwał mi Vincent, ziewając ostentacyjnie i ucinając moją wypowiedź w pół słowa. Z pewnością ujęłabym swoje myśli jeszcze głośniej i dosadniej, gdyby nagle Król nie zmienił tonu i z nieznaną mi dotąd nostalgią nie rzekł:

- Nieustannie próbuję cię zrozumieć, ale nie potrafię. Zachowujesz się tak, jakby zakochanie się we mnie było najgorszą rzeczą, jaka ci się w życiu przytrafiła. Nie musisz pokornie poddawać się planom, jakie ma wobec nas los, ale pomyśl, czy budzenie się obok tej samej osoby każdego poranka nie jest marzeniem wielu ludzi?

Choć nie do końca zgadzałam się z tym, co powiedział Vincent, nie zdecydowałam się polemizować. W słowach Króla było coś… coś, co mnie poruszyło.

Mężczyzna podszedł do drzwi, a ja poczułam, że nie chcę, aby tak zakończył się ten wieczór.

- Nie odchodź- wypaliłam, nie zastanawiając się nad konsekwencjami mojej prośby.

Król odwrócił się do mnie, głęboko zdziwiony tym, co powiedziałam, ale nie skomentował moich słów. Zamiast tego ponownie zajął swoje miejsce na fotelu, rozparł się na nim wygodnie, złożył ręce na podbrzuszu, zamknął oczy i…

- Czy mi się wydaje, czy masz zamiar tak spać?- zapytałam, obserwując dziwne zachowanie Vincenta.

Mężczyzna otworzył jedno oko, a ruchem głowy wskazał na łóżko.

- Kładź się tam, a ja przekimam tutaj.

Gdy już otwierałam usta, by wtrącić swoje trzy grosze, Król uprzedził mnie:

- Nawet nie waż się teraz wypominać mi Gaela, jest daleko stąd. Do tego pościel była dzisiaj zmieniana i jeżeli zaraz się w niej nie znajdziesz, to obiecuję, że przestanę być taki miły.

Vincent opuścił powiekę, poprawił się na swoim miejscu i odchylił głowę do tyłu, by znaleźć dogodniejszą pozycję. Tymczasem ja, starając się powstrzymać uśmiech, cisnący się na usta i ignorując przyjemne uczucie ciepła, rozchodzące się po całym ciele, w kilku susach znalazłam się na królewskim łożu.

Nim zegar na wieży wybił trzecią nad ranem, zdołałam się pogrążyć w błogim śnie, którego po raz pierwszy nie witałam z ulgą.

.

.

- Kim on jest?

Pytanie Klary wyrwało mnie z przyjemnego zamyślenia. Z żalem oderwałam wzrok od drzew za oknem i spojrzałam na siedzącą przy kuchennym stole siostrę, która obserwowała mnie z wyraźnym zaintrygowaniem znad swojej miski czekoladowych kulek z mlekiem.

- Co mówiłaś?

- Byłam ciekawa, z kim teraz kręcisz. Nie spieszysz się jak zwykle do pracy, nie tknęłaś śniadania i rozanielona gapisz się w przestrzeń z miną kundla proszącego o jedzenie. Wniosek nasuwa się sam, zabujałaś się- wytłumaczyła mi Klara, dumna jak paw ze swojego odkrycia.

Nim zdążyłam wyprowadzić ją błędu, mama, dotychczas cicho obierająca warzywa na obiad nad zlewem, zainteresowała się usłyszaną rozmową i zdecydowała się wtrącić:

- Karolina wiesz, że nam możesz wszystko powiedzieć?

- Mamo!- zarumieniłam się, słysząc ten wyświechtany tekst, a Klara roześmiała się:

- O ja cię, czyli to jednak prawda! Moja siostra ma jakiegoś fagasa!

Spiorunowałam dziewczynę wzrokiem, co nie zrobiło na niej większego wrażenia, a nasza matka oparła ręce na biodrach i przybrała poważną minę:

- Klara, zachowuj się- zganiła własną córkę, po czym spojrzała na mnie.- Nie ukrywam, byłoby miło, gdybyś podzieliła się z rodziną tak radosną nowiną, jak ta, że spotykasz się kimś. Ja i tata chętnie poznamy twojego chłopaka. Mam tylko nadzieję, że to nie jest nikt, kogo poznałaś na imprezach Werszyckiego…?

- Boże… Nie mam żadnego chłopaka!- zdenerwowałam się i wstałam od stołu, zostawiając nietknięte kanapki.- Skończcie z tymi dziwnymi insynuacjami! Przecież znacie mnie, tak? Jeżeli uznam, że jest ktoś, kogo należy wam przedstawić, z pewnością zrobię to. A teraz przepraszam, muszę już jechać do zajazdu.

Zostawiając naburmuszone mamę i Klarę, opuściłam kuchnię i usiadłam na kanapie w korytarzu. Sięgnęłam po zielone trampki i zaczęłam je sznurować, za każdym razem mocno ściągając wiązanie gwałtownymi ruchami.

Tak naprawdę to nie byłam zła na moją rodzinę. Chcieli dla mnie dobrze, ale przecież nie mieli prawa wiedzieć, że sytuacja nie jest taka prosta, jakby się wydawało. Klara dobrze odgadła mój nastrój: zabujałam się. Po wizycie Liwii coś drgnęło w moich relacjach z Vincentem: mężczyzna po raz pierwszy ustąpił mi.

Oddanie łóżka z pewnością nie było proste dla Króla, chorobliwie dbającego o to, by wszystko odbywało się po jego myśli. A jeszcze do tego Vincent na moją prośbę zdecydował się zostać ze mną, nawet jeżeli oznaczało to dla niego noc spędzoną na niewygodnym fotelu.

Cholera, to było naprawdę urocze.

Analizowałam każdy element tego wieczoru i uśmiechałam się coraz szerzej i bardziej błogo z każdym kolejnym przypomnianym sobie gestem lub słowem.

Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk nadchodzącej wiadomości. Chwyciłam komórkę, odblokowałam ekran i z lekkim niepokojem zerknęłam na smsa od Pauli:

Czy nadal masz ochotę mi pomóc? Jeśli tak, czekaj na mnie po pracy przed Zajazdem.

.

.

.

Cytaty: ON (Justin Timberlake- Not A Bad Thing) ONA (Sam Smith- Stay With Me)

Kolejny rozdział: 18 września 2014r.

Co nowego: Narracja! Kiedy do akcji wkraczać będzie Liwia, możecie się spodziewać, że historia zostanie opowiedziana z jakiegoś dziwnego punktu widzenia: w tym rozdziale, jest to opis akcji według jednej z gwiazd na nocnym niebie. Do tego dziś wyszło na jaw, o co chodzi z tą czerwoną krwią. Wiedzcie jednak, że jeszcze nie odkryłam wszystkich kart, a Vincent nie zawsze mówi prawdę…:)))

Kilka słów ode mnie: Spłonę w piekle za zaległości.

Przy okazji: spotkało mnie coś szalenie miłego. Takazaki namalowała Karolinę i Vincenta w taki sposób, w jaki ona ich sobie wyobraża. Zdecydowała się tymi rysunkami podzielić ze mną, ZA CO BARDZO JEJ DZIĘKUJĘ I SERDECZNIE JĄ POZDRAWIAM!