>><<
Teraz posłuchaj mnie kochanie
Zanim pokocham i porzucę Cię
Nie chcę Cię oszukiwać

Niełatwo mnie zadowolić
Mogę rozerwać Cię na strzępy
Mówiłem Ci to od początku, kochanie, od początku

Ja tylko złamię Tobie serce, złamię Tobie serce

>><<

.

Śniadanie zjadłam wspólnie z Vincentem w jego prywatnej jadalni. Szczerze żałowałam, że nie towarzyszył nam Mattias, który z pewnością swoją bezmyślną, acz radosną paplaniną, rozładowałby napiętą atmosferę między mną a Królem i przerwałby milczenie, wiszące złowieszczo w powietrzu niczym miecz Damoklesa.

Vincenta najwyraźniej obraziła moja ostatnia, stanowcza deklaracja, więc teraz, podczas posiłku, z zacięciem wpatrywał się w swój talerz i nie odzywał się ani słowem. Z pewnością w tej ciszy dałoby się usłyszeć zamkowe korniki, gdyby nie kilkoro służących, kręcących się po pomieszczeniu, wnoszących kolejne talerze z parującymi daniami. W kątach sali swoją zbroją co chwila potrząsał któryś ze strażników, przestępując przy okazji z nogi na nogę, by przez cały czas nie stać w męczącym bezruchu.

Zerkałam na tych tajemniczych mężczyzn między jednym a drugim kęsem kaszy z warzywami, aby sprawdzić, czy któryś z nich mi się przypatruje, jednak przyboczni Vincenta bardziej skupiali swoją uwagę na wchodzących i wychodzących kelnerach oraz niesionych przez nich tacach, zdając się raczej stamtąd oczekiwać ewentualnego zagrożenia.

- Po co ci w ogóle straż?- zapytałam głośno Króla, tym samym wyrywając go z ponurego zamyślenia.

- Hm…?- mruknął, a ja powtórzyłam swoje słowa, na co mężczyzna uśmiechnął się z politowaniem.

- Przecież wiesz, że jestem nieufny z natury. Czujność i podejrzliwość w stosunku do każdego to podstawa na moim stanowisku.

- Nieustannie? Nawet teraz?- ośmieliłam się powątpiewać, gdy służący zniknęli z jadalni.- Niby co takiego mogłabym ci zrobić?

- Przezorny zawsze ubezpieczony- filozoficznie odparł Vincent.- A nuż chciałabyś się na mnie rzucić?

Skrzywiłam się na to dziwne przypuszczenie i wróciłam do jedzenia swojego posiłku. Być może znowu zapadłaby krępująca cisza, gdyby nie to, że Król zdecydował się pociągnąć rozpoczęty przeze mnie temat.

- Jeżeli sobie tego życzysz, straż może nas opuścić.

Zaskoczyła mnie ta nagła propozycja, ale w pozytywny sposób, dlatego nie czekając, aż Vincent zmieni zdanie, skinęłam głową na znak zgody. Na rozkaz Króla Czarne Kaptury wyszły z jadalni, pozostawiając nas samych.

- Chciałaś o czymś porozmawiać na osobności, korzystając z nadarzającej się okazji?- kontynuował Vincent, gdy za ostatnim ze strażników zamknęły się drzwi.

- W zasadzie, to nie. Po prostu nie jestem w stanie jeść spokojnie, kiedy niedaleko mnie stoją uzbrojeni po zęby faceci- powiedziałam i parsknęłam śmiechem, gdy nasunęło mi się pewne skojarzenie. Natychmiast podzieliłam się nim z Królem.- Sytuacja ta niemalże przypomina mi chwile spędzane na wsi u dziadków, gdy babcia przy wspólnym posiłku pilnuje każdego mojego ruchu widelcem w obawie, że zjem za mało i w konsekwencji umrę z głodu.

Vincent uśmiechnął się delikatnie. Kto wie, co myślał sobie w tej chwili? Że to skarb, mieć taką babcię? W końcu jego babka, Perpetua, posiadała dość mroczną przeszłość i szczerze wątpiłam, by pomiędzy starciami z wrogimi wojskami a mordowaniem całych wiosek znajdowała chwilę na wspólny obiad z wnukiem.

- Dziwi mnie- odezwał się mężczyzna- że obawiasz się kilku słabeuszy z szabelkami, a nie czujesz strachu przed najpotężniejszym czarnoksiężnikiem w tym świecie, czyli mną. Zastanawiam się właśnie, czy powinno mi to schlebiać, czy też raczej przeszkadzać.

- A powinnam się ciebie teraz bać?- zapytałam, zupełnie zbita z tropu.

Król zamyślił się na moment i zacisnął mocno usta, niemalże chowając wargi, by już za chwilę zmienić wyraz twarzy na łagodniejszy i spojrzeć mi prosto w oczy.

Każda nasza wymiana spojrzeń elektryzowała i przyspieszała rytm mojego serca. Żadne z nas nie miało zamiaru przerwać tego podniecającego połączenia. Vincent powoli odsunął krzesło od stołu i niespiesznym krokiem zaczął iść w moim kierunku.

Śledziłam ruchy mężczyzny, aż nagle poczułam to, o czym mówił przed chwilą Król: strach. Strach przed tym, co może zrobić Vincent, gdy znajdzie się bardzo blisko mnie. Choć niecałą godzinę temu odbyliśmy rozmowę na temat wątpliwej przyszłości naszego „związku”, to teraz uzmysłowiłam sobie, że żadne uzgodnienia nie muszą być trwałe. Zwłaszcza te, które zatwierdzał Król, zmieniający zdanie częściej niż kobieta torebki.

Vincent niejednokrotnie udowadniał, że z reguły dostaje to, czego chce, na co dowodem była moja obecność na zamku, nie do końca przecież zgodna z wolnym wyborem. Skoro właśnie wyraziłam wolę na pozostanie z Królem sam na sam, to mógł sobie pomyśleć, iż zmodyfikowałam wcześniejsze postanowienie.

Te wszystkie myśli przemknęły przez moją głowę w kilka sekund, w ciągu których mężczyzna znalazł się zaledwie metr ode mnie.

Drgnęłam.

Jeden, krótki, ledwo zauważalny ruch sprawił, że Vincent zatrzymał się, uśmiechnął drwiąco i jak gdyby nigdy nic wrócił na swoje miejsce.

- Co to miało być?- wychrypiałam niepewnie, próbując zmusić się do mówienia, lecz zaschnięte gardło skutecznie mi to utrudniało.

Nim doczekałam się odpowiedzi, mężczyzna sięgnął po sztućce i przeżuł powoli kęs swojego dania.

- Cóż… Chciałem cię sprawdzić- zaczął i już pierwsze zdanie kazało mi mieć się na baczności.- Musiałem wybadać, na jak wiele mogę sobie pozwolić wobec ciebie bez wystraszenia cię, czy zmuszania do czegokolwiek. Wniosek z tego eksperymentu wyniosłem dość przykry, ale spodziewałem się czegoś w tym stylu: nie masz do mnie za grosz zaufania. Warto, byś go nabyła, skoro mnie tak kochasz, nim złamię ci serce, zranię i porzucę.

Król uśmiechnął się drwiąco i na powrót zajął się swoim śniadaniem.

Wściekłość powoli zaczynała we mnie buzować z tego powodu, że mężczyzna bawił się ze mną w jakieś dziecinne gierki. Z drugiej strony, w głosie Vincenta nie było charakterystycznej dla niego wyniosłości, a smutek i żal. Nie dałam się jednak zwieść czułym słówkom i pokręciłam głową z dezaprobatą.

- Nie sądziłam, że wysyłam jakieś sprzeczne sygnały.

- Wręcz przeciwnie, są one bardzo jasne- stwierdził lekko Vincent.

- Chodziło mi oto, że… Znaczy się, miałam na myśli…

-… że nie chcesz ze mną być, rozumiem to doskonale- dokończył za mnie Król.- Przyjąłem to do wiadomości, acz… nie do końca mnie to zadowala. Wiem, jakie są przyczyny twojej decyzji, a do tego nie zawsze traktowałem cię… dobrze. Jednak uwierz, zrobię wszystko, byś pozbyła się wszelkich oporów. Uprzedzeń. Zahamowań.

Ostatnie słowa zabrzmiały na tyle stanowczo, że poczułam, jak gęsia skórka wstępuje na moje ciało. Choć Vincent mówił spokojnie, jego nadmierna pewność siebie przerażała mnie.

Odchrząknął.

- Wybacz, ale opuszczę cię teraz. Nim pojedziemy do Perpetuy, muszę porozmawiać z jednym z chorążych, który prosił o niezwłoczną audiencję.

- Zaraz… Jakie pojedziemy? MY?

Vincent błysnął zębami w uśmiechu.

- Wszystko ci wytłumaczę, ale później, teraz naprawdę się spieszę.

Nim mężczyzna wyszedł, na odchodnym dodał jeszcze:

- Gdybyś zechciała odświeżyć się, to pamiętaj: dzielimy razem pokój, więc masz również prawo korzystać z mojej łazienki. Radzę zastosować się do tej rady.

Król wyszedł, a ja wypuściłam z siebie powoli powietrze, by zmniejszyć nagromadzone we mnie napięcie.

Boże- błagałam w myślach- kopnij mnie w końcu porządnie w tyłek, żebym się ogarnęła, bo naprawdę, mimo najlepszych chęci, nie potrafię z tym facetem rozmawiać tak, by postawić na swoim, nie dać się poniżyć lub wyjaśnić wszystkie niedopowiedzenia między nami.

Jak wytłumaczyć to, że kocham kogoś, kto na to uczucie nie zasługuje?

Co jest ze mną nie tak? Co jest z Vincentem nie tak?! Dlaczego z jednej strony wydaje się wrażliwy, empatyczny, a z drugiej tak totalnie ignorancki wobec tego, co mówię?

Choć na jedną z jego propozycji zgodziłam się bardzo chętnie przystać- królewska toaleta z pewnością obecnie przedstawiała się lepiej, niż moja po tym, jak w moich skromnych włościach Mattias rozpoczął remont generalny.

.

.

Ponownie spotkałam się z Królem przed jego stajnią: do tego budynku skierowali mnie zamkowi strażnicy, skoro chciałam się ponownie spotkać z władcą Magicznego Świata.

Nie musiałam długo czekać: Vincent zjawił się niemalże natychmiast po moim przyjściu.

- Zimno dziś, prawda?- zagadnął mnie odziany w czarną pelerynę Król, zacierając ręce.

- Tak, to pewnie przez wiatr, nieźle dmucha- zgodziłam się, a w duchu zgromiłam się za to, że nie potrafiłam poruszyć innego tematu, jak pogoda. Chyba miałam ważniejsze sprawy do omówienia, niż kierunek podmuchów powietrza? Zdecydowałam się szybko naprawić to karygodne niedopatrzenie.

Kiedy chłopcy stajenni otworzyli przed Vincentem na oścież drzwi stajni, zapytałam niby od niechcenia:

- Od kiedy to posiadam królewską eskortę do zbutwiałej chatki Perpetuy? Ktoś kiedyś wytknął mi, że jestem bardzo niskiego stanu, myślę więc, że nie zasługuję na ten nagły przypływ łask.

Mężczyzna zignorował mnie. Jakżeby inaczej? Jeżeli trudny temat nie poruszał spraw związanych z władzą, magią, uczuciami i erotycznym napięciem, to należało go ignorować.

Król pewnym krokiem podszedł do jednego z większych boksów i twardo zawołał:

- GROM!

Na ten okrzyk do drewnianych drzwiczek zbliżył się koń, którego już widziałam pierwszego dnia pobytu w Magicznym Świecie. Pamiętałam tego wierzchowca doskonale, ponieważ jeździec go dosiadający omalże mnie nie stratował.

Vincent pogłaskał pieszczotliwie zwierzę po grzywie, składającej się z szarej… mgły.

- Ciemny jak noc, szybki jak wiatr, groźny jak burzowy grom, a jeździ się na nim lekko, ponieważ niemalże w całości stworzony został z mgły- mówił cicho Król, jakby do siebie, nie zwracając na mnie większej uwagi.

- Imponująca prezentacja- skomentowałam uszczypliwym tonem, choć w głębi duszy szczerze podziwiałam rzadko spotykane piękno zwierzęcia.- Nadal jednak nie rozumiem, jak te słowa mają się do mojego pytania.

By dodać sobie powagi, uniosłam wyżej brodę, ale ten gest wyszedł mi na tyle nieudolnie, że Król parsknął śmiechem na jego widok.

- Nie lubisz odpuszczać, co? Mattias miał rację, nazywając cię dzieciakiem, zachowujesz się jak rozpieszczony bachor.

- JA?!- zdziwiłam się, nie ukrywając przy tym wzburzenia.- I kto to mówi? Królewska nadęta bufonowata mość?

- Licz się ze słowami- uciszył mnie prędko Vincent, marszcząc gniewnie czoło.- Nie pozwalaj sobie na zbyt wiele.

Mężczyzna gwizdnął na stajennych i nakazał im wyprowadzić Groma. Przy okazji młodzi chłopcy prędko osiodłali konia, ale nie przyszło im to z łatwością, jakiej można by się spodziewać: wierzchowiec zachowywał się spokojnie tylko wtedy, gdy za uzdę trzymał go Vincent.

- Czas na nas, Kapturku.

Król pomógł mi usadowić się na koniu. Bez słowa pozwoliłam się wsadzić na siodło, milcząc jak zaklęta i powstrzymując się od uszczypliwego komentarza, mającego uświadomić Vincentowi, że nie lubię być traktowana jak worek ziemniaków. Mężczyzna dosiadł Groma, a ja, nie pytając o pozwolenie, objęłam Króla w pasie, by nie spaść. Vincenta najwyraźniej mile zaskoczyła ta bezpośredniość, gdyż natychmiast posłał mi dość filuterny uśmiech, którego jednak nie zdecydowałam się odwzajemnić.

.

.

Król zmusił konia do zwolnienia tępa dopiero wtedy, gdy las Pagitty zaczął się przerzedzać, a do chaty Perpetuy pozostało zaledwie kilkadziesiąt metrów. Może właśnie dlatego, że od domostwa byłej Królowej oddzielał nas nadal gęsty pas zieleni, przez co byliśmy niewidoczni, Vincent mógł swobodnie zeskoczyć z konia. Następnie chwycił mnie mocno w talii i postawił na ziemi tuż obok siebie.

- To już koniec przejażdżki? Nie chcesz się przyznać przed swoją rodziną do wielkiej ujmy w honorze, jaką przynosi ci zadawanie się ze mną?- zakpiłam, na co Król pokręcił głową z niezadowoleniem.

- Nie o moją opinię teraz chodzi, a o twoje życie, Kapturku. Kiedy Perpetua dowiedziała się, że uciekłaś przed służbą u mnie pod „opiekuńcze” skrzydła Julietty, wściekła się i…

- Wybacz, ale dobrze wiesz, że opuściłam zamek z innego powodu- uściśliłam chłodno.

Vincent tylko w połowie się ze mną zgodził.

- Nie ważne, dlaczego mnie zostawiłaś. Liczy się tylko to, że uniknęłaś wykonywania swoich obowiązków, co Perpetua uznała za zdradę. Gdy moja babka dzierżyła władzę, występek przeciw królewskim rozkazom karała śmiercią przez tortury. Chociaż mamy obecnie inne czasy, uwierz, mentalność Perpetuy nie uległa zmianie.

Przymknęłam oczy, aby przetrawić to, co właśnie usłyszałam.

- Jeśli dobrze rozumiem…- zaczęłam powoli.- Twoja najdroższa babka nie wie, że uciekłam tylko dlatego, iż zobaczyłam cię z innym? I raczej nie ma szans, by pojęła, że schroniłam się w domu Julietty, jedynym miejscu, do którego nie masz wstępu tylko po to, abyś mnie nie znalazł? A to wszystko przez to, że zakochałam się w tobie jak ostatnia idiotka?

Dopiero po ostatnich słowach Vincent rozchmurzył się, gdyż najwyraźniej mile połechtałam jego męskie ego.

- Nie ująłbym tego lepiej. Gdy dotrzemy na miejsce, najlepiej nie próbuj tłumaczyć swojego postępowania. Gdyby Perpetua dowiedziała się, że podrywasz mnie, z pewnością od razu chwyciłaby za nóż. To co, gotowa na spotkanie z podstarzałą zabójczynią na emeryturze?- zapytał Król nieco zbyt radośnie, a ja spuściłam wzrok.

- Chodźmy, jeśli musimy.

Vincent wsiadł na konia, a ja zacisnęłam zęby. Dreptałam powoli obok niego, dusząc w sobie nadchodzący przypływ łez. Byłam zdeterminowana nie pokazać po sobie, jak bardzo zraniła mnie nasza rozmowa- przynajmniej nie teraz. Zdecydowałam, że wieczorem spróbuję wyjaśnić Królowi na spokojnie, że nie dam rady być dłużej Czarnym Kapturkiem.

Uczucie, które kiełkowało we mnie od dłuższego czasu, teraz nabrało kształtów realnego pragnienia: chciałam zakończyć tę dziwną przygodę z Magicznym Światem. Granice mojej wytrzymałości istnieją i choć ostatnio nieustannie je rozszerzałam, teraz dopiero odczułam, że wszelkie limity zostały przekroczone.

Czara goryczy przelała się.

Przerwałam swoje smętne rozmyślania, kiedy pozostawiliśmy las za sobą, a naszym oczom ukazała się chatka Perpetuy i jej właścicielka, która najwyraźniej za stosowne uznała powitanie nas.

Kobieta wyglądała gorzej niż wtedy, gdy widziałam ją po raz ostatni. Wyraźnie schudła, zapadła się w sobie, a jej zazwyczaj blade policzki gorzały niezdrową czerwienią.

Suknia Perpetuy łopotała złowieszczo na wietrze. Zerknęłam na Vincenta: z twarzy mężczyzny zniknęło wcześniejsze zadowolenie, zastąpione teraz przez codzienną powagę. Król zsiadł z konia, podszedł do swojej babki, klęknął przed nią i ucałował ją w dłoń, którą kobieta wyciągnęła na przywitanie.

- Witaj wnuku- odezwała się sztywno Perpetua i posłała Vincentowi czułe spojrzenie. Następnie przeniosła wzrok na mnie, a gdy nasze spojrzenia się spotkały, oznajmiła:

- Nie powinnaś się tu zjawiać, zdrajcom przeznaczony jest inny los, niż prawo do usługiwania MI.

Nim zdążyłam coś powiedzieć na swoją obronę, Król wstał i wyprostował się:

- Rozmawialiśmy już na ten temat, babciu- syknął.- Tak długo, jak w jej żyłach płynie czerwona krew i działa zaklęcie szczęścia, Karolina ma żyć.

- Kiedy…

- NIE ZAPOMINAJ, KTO TERAZ RZĄDZI!- ryknął wściekle Vincent, a jego oddech przyspieszył, przez co nawet pod peleryną było widać, jak jego klatka piersiowa unosi się i opada gwałtownie.

Nie ma to jak rodzinne powitania… Ale cóż, najbliższych nikt sobie nie wybiera. Zdecydowałam się jakoś pokojowo zakończyć tę farsę.

- Wybaczcie, że ośmielę się wam przerwać, Wasze Królewskie Moście- zaczęłam mówić i od razu skupiłam na sobie uwagę Perpetuy oraz jej wnuka. Uznałam, że najlepiej będzie grać skruszoną i pokorną, dlatego spuściłam głowę, wbiłam wzrok w ziemię i kontynuowałam.- Błagam o wybaczenie, moje zachowanie już więcej się nie powtórzy. Od dziś postaram się jeszcze lepiej wykonywać swoje obowiązki, a także…

- Stul dziób głupia krowo i bierz się do roboty. Chwastów w ogrodzie jest tyle, że niedługo da się nimi wyżywić największy oddział Czarnych Kapturów- warknęła była Królowa.

Nie patrząc moim rozmówcom w twarz, dygnęłam (jak zwykle niezbyt zgrabnie…) i skierowałam swoje kroki w stronę grządek za chatą. Odgłosy kłótni Vincenta z babką dobiegały mnie jeszcze przez chwilę, ale obydwoje Margoletti mówili przez zaciśnięte zęby, więc trudno było mi wyłapać jakiekolwiek słowa, o całych zdaniach w ogóle nie wspominając.

W sumie, podsłuchiwanie i tak nie miało większego sensu: moja decyzja o opuszczeniu tego miejsca już zapadła. Nie potrzebowałam mieć już nic więcej wspólnego z Magicznym Światem i jego władcami.

 .

.

.

Cytat: Wybrane fragmenty piosenki Taio Cruz- Break Your Heart

Do starych (ale jarych!) czytelniczek: zaległości zaczynam nadrabiać w środę. Tę środę!

Do nowych czytelniczek: Serce me raduje Wasza obecność- i do Was naskrobię wkrótce kilka słów;) Domi- Tobie odpiszę po prostu pod Twoim komentarzem, ponieważ nie znam Twojego adresu bloga, dobrze?

Pozdrawiam Was wszystkie serdecznie i życzę Wam udanej drugiej połowy wakacji! Wylegujcie się na plaży, spacerujcie po górach, albo zwiedzajcie świat autostopem- w tym roku boleśnie przekonuję się, że praca wypoczynkowi nie służy, więc nie bierzcie ze mnie przykładu;d